Kronika tygodniowa (Sienkiewicz)/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Kronika tygodniowa
Pochodzenie Pisma Henryka Sienkiewicza (wyd. Tygodnika Illustrowanego), Tom LXXXI
Data wydania 1906
Wydawnictwo Redakcya Tygodnika Illustrowanego
Drukarz Piotr Laskauer i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Indeks stron
Kronika tygodniowa.
VIII.
Treść: Przykry sen i miłe przebudzenie. Letnie mieszkania. Spis jednodniowy. Delegaci. Jacy lepsi. Kto jest osobą. Rozumowanie staruszki. Żydożercy. Praktyczne sposoby. Pamiętaj, abyś dzień święty święcił. Tańcująca filantropia. Bal na studentów. Przytulisko Dom dla szwaczek. Kasy pożyczkowe. 150,000 rs. Dodatnie rubryki. Nogi i głowa. Post. Książki i odczyty. „Biblioteka Warszawska“. Pośmiertny poemat Gustawa Zielińskiego. Dawne echa. Dawna i dzisiejsza poezya. „Książę Bismark jako mówca“ przez F. K. Kilka słów pro domo sua. Zrozumie, kto zechce.

Raz w wagonie miałem przykry sen, po którym jednak nastąpiło miłe przebudzenie, wracałem właśnie do kraju, ale śniło mi się, żem się od niego oddalał na długo. Marzyłem więc na temat: „Bywaj mi zdrowy, kraju kochany, już w mglistej nikniesz pomroce“ i mówiłem sobie w duchu: już cię nie ujrzę więcej, Warszawo, ani twych urządzeń; już nie będę odbierał więcej uprzejmych wezwań o zgubioną książeczkę legitymacyjną i „powiastek“ o niedopełnione meldunki, już nie będę więcej może nigdy w życiu widział judenhecy, już nie będę więcej oddychał świeżem powietrzem (we śnie się wszystko przeinacza) twoich ulic. Bądź zdrowa! Żal mi ścisnął serce! Już nie będę wskutek przesłanej mi przez kogoś tam prenumeraty chodził 1-o po świadectwo do rządcy domu, że ja jestem ja, 2-o do cyrkułu po świadectwo, że rządca jest rządca, 3-o na pocztę, gdzie mimo dowodów, że ja jestem ja, rządca jest rządca, a komisarz jest komisarz, patrzano na mnie tak, jakby się namyślano, czy zamiast oddać mi prenumeratę nie lepiej będzie krzyknąć odrazu: łapaj! trzymaj!.. Inni nazwaliby to kłopotami, niedogodnościami... ja, wieczny optymista, przyzwyczaiłem się już do tego wszystkiego. Bądź co bądź to takie swojskie! Niech tam gdzieindziej wymyślają sobie jakieś udogodnienia, my, Słowianie, lubimy stare zwyczaje; my mamy usposobienia sielankowe. Mamy wprawdzie jednocześnie trochę zawiele koniokradów, wypuszczanych dla braku świadków; mamy trochę od niejakiego czasu napadów nocnych, ale nie mamy za to szkół gminnych; małoletni Słowianie nasi, zamiast się dręczyć nad elementarzem, żyją sobie na łonie natury bez troski i bez spo... bez spożywania niezdrowych owoców pseudocywilizacyi.
Gdzieindziej każdy czuwa chciwie, aby to, co jest jego, było naprawdę jego, a my mamy serwituty; u nas bliźni ma prawo pasać bydełko i owieczki na pastwisku drugiego bliźniego, słowem: „u nas inaczej, inaczej, inaczej!“ Gdym tedy we śnie pomyślał, że tego wszystkiego już nie ujrzę, ogarnął mnie żal i rozczulenie. Nagle pociąg się zatrzymał... otwieram oczy... gdzie jestem? do jakiego to kraju przyjechałem? Aha! otwierają się drzwi wagonu, pokazuje się jakaś twarz z wąsami i faworytami w półkole, a nizki, basowy głos mówi:
— Pasport!...
Sen pierzchnął i począłem szukać paszportu z pośpiechem tak żywym, że radość moją mógłby ktoś obcy za strach poczytać.
Bądź co bądź jesteśmy jeszcze społeczeństwem idealnem. Gdy bowiem na zmateryalizowanym zachodzie do podróży wystarczają pieniądze, u nas potrzebne jest idealne czyste świadectwo moralności, lojalności i tożsamości. Ma ono przytem jeszcze te dobre strony, że się wymienia w niem stan i zajęcie podróżnika. Koniokradów, złodziei namnożyło się w ostatnich czasach tylu, że o ile, dla braku świadków lub dowodów nie siedzą w kozie, o tyle trudno odgadnąć, kto jest twym sąsiadem w wagonie. Jedynym sposobem przekonania się jest paszport. Gdy w nim wyczytasz: zajęcie: koniokrad! wtedy odrazu wiesz z kim masz do czynienia, choćby to był ktoś wypuszczony po raz dziesiąty dla braku dowodów.
Muszę też donieść czytelnikom, że obecnie i ci, którzy na lato wyjeżdżają na tak zwane letnie mieszkania, zobowiązani są zaopatrywać się w paszporty. Przedewszystkiem zmniejszy to liczbę wyjeżdżających, niejeden więc oszczędzi to, co byłby na letnie mieszkania wydał, powtóre zmniejszą się przesądy, jakoby w Warszawie latem było takie powietrze, że oddychać niem nie można, po trzecie powiększy się zapotrzebowanie na papier, wiadomo zaś, że im gorzej stoi jakieś społeczeństwo, tem więcej spotrzebowywa papieru.
Inni twierdzą, że miarą cywilizacyi jest ilość spotrzebowanego mydła. Fałsz największy! Mydlić lada kto potrafi, ale pisać nie każdy, u nas zaś pisze się więcej, niż gdziekolwiek na świecie. Albowiem posłuchajcie. W Płockiem wiatr wywrócił dwa słupy graniczne, jeden od strony pruskiej, drugi od naszej. W Prusach postawiono następnego dnia inny i skończyło się. Z tej strony wzięto się do rzeczy daleko porządniej: poczęto pisać, pisać i pisać... Pisano przez rok; sprawdzono, że słupa niema, zbadano, że go przewrócił wiatr, zbadano dlaczego wiatr wiał na słup... upłynął rok, zaczął się drugi. Słupa wprawdzie dotąd niema, ale papieru wyszło tyle, że na ten widok właściciele papierni wykonali z radości taniec dzikich, — ponieważ zaś konsumpcya papieru jest dowodem wyższości społecznej, zatem nieprzyjaciele Słowian mieli jeszcze dowód, żeśmy nie tacy owacy.
Spis jednodniowy nie jest dotąd ogłoszony, ale ukończony. Pisma humorystyczne przepełnione są epizodami z działalności delegatów. Podobno faktem jest, że młodsi i przystojniejsi delegaci zdołali zebrać daleko więcej i daleko dokładniejszych wiadomości. Przyjmowano ich i rozmawiano z nimi chętniej. Przypuszczają wszelako, że informacye, jakich im udzielały mieszkanki Warszawy o swoich latach, są stanowczo błędne. Ale podobno nie było sposobu wydobycia prawdy — i żadne zaklęcia nic nie pomagały.
Słyszałem także, że w niektórych moich kolegach budziło śmiech politowania następujące zestawienie rubryk: 1-o stan i zajęcie, 2-o czy umie pisać? Kto pod rubryką: zajęcie — napisał: literat — temu drugie pytanie wydawało się nonsensem, a jednak nie jest to tak głupie pytanie, jakby się mogło zdawać; nie chcę wszelako dłużej zatrzymywać się nad tym drażliwym przedmiotem, bo narobiłbym sobie nieprzyjaciół. Jeśli spis nie będzie tak dokładnym, jakby sobie należało życzyć, to z tej przyczyny, że jednak nieoświeconym klasom ludności i żydkom nie można było wytłumaczyć, że nie idzie tu o podatki. Wiemy, że żydkowie np. ukrywali istnienie swych dzieci. Pewien delegat, przyszedłszy do mieszkania biednego izraelity, zadaje pytanie, ile osób w mieszkaniu? Odpowiadają mu trzy. Nazwiska? Icek, Siora i Ryfka. Niema nikogo więcej z osób? Niema. W tej chwili z drugiej izby daje się słyszeć płacz dziecka. A to co? pyta „delegat“. — To Lejbuś. — A cóżeście powiedzieli, że tylko trzy osoby? — Ny! — odpowiada stary Icek — co on za osobe! Pan rządca to osobe, pan delegat — to osobe, pan rewirowy — to osobe, — a co za osobe Lejbuś? — on ma dwa lata. Napróżno następnie delegowany ofiarował w imieniu społeczeństwa Lejbusiowi tytuł osoby. Ojciec w imieniu syna odmawiał stale przyjęcia tego zaszczytu.
Loika nieoświeconych ludzi jest czasem dziwna. Pewna zgryźliwa staruszka mruczała na widok delegata: „po szpitalach nie przyjmują darmo, a spis to robią?“ Dobra staruszko! to rzecz inna, a to inna. Ale wprawdzie i nasi żydożercy rozumują w ten sposób; żydzi są bogaci i liczni — zatem zapędźmy ich do obozu naszych przyjaciół.
Po ostatniej judenhecy dużo mówiono o żydach, o potrzebie reformy chederów, o lichwie, o wyzyskiwaniu, o zagarnięciu przez żydów handlu i przemysłu i o środkach obrony społecznej. Inaczej mówiąc: pisano wiele na wodzie. Środki prawodawcze nie od nas zależą, — wszystkie tedy reformy prawodawcze należą do sfery pobożnych tęsknot. Ale my i w praktyce, w sferze naszej możności nie umiemy się bronić. Oto np. mówią: żydzi zagarnęli handel. Chrześcijanin nie może z nimi współzawodnictwa wytrzymać. A czy przychodzi komu do głowy, że gdyby chrześcijanin dzień święty święcił tak, jak Żyd, to ten Żyd dwa dni w tygodniu musiałby trzymać sklep zamknięty: w sobotę, bo szabas, w niedzielę, bo niedziela. I wówczas chrześcijaninowi łatwiejby z nim było konkurować. Ale my na wsi i w mieście właśnie większość sprawunków robimy w niedzielę, w sklepach żydowskich. Robią zaś to tak samo ci, co rozprawiają o trudnej konkurencyi, jak i inni.
Takich pól praktycznych, na którychby można ograniczyć wyłączność żydowską, znalazłoby się może i więcej i zapewne lepiejby było odnajdywać je, niż czczemi słowami krzewić i podtrzymywać niechęć i nienawiść jednych przeciw drugim.
Ale to przedmiot, o którym już aż nadto pisano. Teraz na porządku dziennym jest tańcująca filantropia. Miasto nasze tak jest miłosierne, że co karnawał poci się na biednych, na niezamożnych, na wstydzących się żebrać, gotowe nawet tańczyć na wstydzących się pracować. W dawnych czasach bywały także żywe obrazy na „Przytulisko“. Instytucya ta, o której cały rok było cicho, odmładza się w epoce widowisk, jak stara panna na karnawał, lub jak kwestya wschodnia na wiosnę. W ostatnich czasach przeszła przez rozmaite reformy, które jej wyszły podobno na zdrowie. W dniu, w którym to piszemy, jest wielki bal w resursie kupieckiej na niezamożnych studentów. Tańcująca filantropia umie, jak się pokazuje, być zarazem uczciwą i godną pochwały filantropią. Bal zapowiada się świetnie; gospodyń mnóstwo — macte animo!
Mówią także o mających się dokonać filantropijnych czynach bez pomocy nóg. Do tych należą: założenie domu dla czterystu szwaczek z mieszkaniami darmo i popieranie kas pożyczkowych. Ostatniem tem zadaniem mają się zająć pp. August Potocki, St. Skarzyński. Panowie ci zamierzyli sobie doprowadzić kapitał kasy do 150,000 rb. I rzeczywiście, zmieniłyby się one wówczas niejako w banki rzemieślnicze z tanim kredytem i wyrwały raz na zawsze pracującą klasę ludności z rąk lichwiarzy.
To są dodatnie rubryki ostatnich rachunków. Karnawał zapewne ożywi się teraz niezmiernie, bo kto się wytańcował dla biednych, ten zechce potańcować i dla siebie. Ale, jak dawniej mówiono, że gdy Mars zaczyna grzmieć, milkną muzy, tak dziś możnaby powiedzieć, gdy nogi w ruchu, głowa w spokoju. Post przyniesie zapewne na swych chudych ramionach całe serye odczytów i setki tomów nowych książek, dziś ruch umysłowy niewielki i wiązanka nowości mała. Biblioteka Warszawska wydrukowała w ostatnim numerze pośmiertny utwór Gustawa Zielińskiego, przesłany redakcyi przez syna zmarłego. Jest to fantazya p. t. „Pokusy“. — Jest w tym poemacie jakaś nuta rytmiczna, przypominająca Kirgiza, jakieś tchnienie od stepów, nad którymi lubił się duch zmarły unosić, jak „berkut“. Początek zaraz dźwięczy tą znajomą kirgiską nutą. Brzmi ona, jak następuje:

Pędzi jeździec przez stepy w noc ciemną,
Jakąś żądzą trawiony tajemną —
Czy ucieka, czy może w pogoni
Za tabunem porwanych mu koni?...
Czy go nuda w świat szeroki żenie?...
Może miłość lub zemsty pragnienie?
Myśl człowieka — to przepaść! Któż zgadnie,
Jaki tam twór porusza się na dnie.

Noc stepową rozdziera światło meteoru. Przy jego blaskach jeździec spostrzega czterech innych, dążących ku sobie. Są to pokusy. Jedna z nich w postaci szkarłatnego rycerza mówi do jeźdźca: „pójdź na wschód — tam w odległym aule czeka cię najpiękniejsza dziewica wschodu; w jej objęciach zapomnisz o świecie całym. Drugi, złoty rycerz ofiaruje jeźdźcowi bogactwa, trzeci srebrny — władzę, czwarty:

.....ręką wskazał na pożary:
Tam walka — spór to dawny, jak świat stary...


A nachylając się do jeźdźca ucha,
Szepnął mu słowo — tym jednym wyrazem
Tak rozpromienił młodzieńczego ducha,
Że bez wahania wyrzekł: „jedźmy razem!“

Nie jest to najwyższy z utworów Zielińskiego. Zawiele w nim metafor: zwłaszcza trzy poprzednie postacie jeźdźców za mało zrozumiałe, i wogóle alegorya nie dość jasna. Ale jest w tej fantazyi wysoki polot. Jest to poezya, która wedle horacyuszowskiego wyrażenia lata jeszcze, „jak łabędź pod niebem“. Datuje ona z owych niedawnych jeszcze czasów, kiedy poeci nie wahali się kłaść palców na olbrzymie harfy i wyśpiewywać wielkich uczuć. Dziś się czasy zmieniły. Poezya, idąc w ślad za całą sztuką, zaczyna lubić „genre“. Będziemy może mieć wielkich poetów w tym rodzaju, ale rodzaj pozostanie mały. Dlatego mimo słabszych stron „Pokus“, które tej fantazyi nie pozwalają stanąć obok Kirgiza, oddycha się niemi szeroko, jak oddycha się powietrzem stepowem, słyszy się w nich echo dawnych wielkich czasów, — echo tem cenniejsze, że zagrobowe, i że płynące z piersi, która umilkła na długo przed skonem.
W tymże numerze Biblioteki godny jest uwagi artykuł przez F. K. zatytułowany: „Książę Bismark jako mówca“. — Autor przechodzi szereg walk parlamentowych z czasów kulturkampfu i przytacza większość mów żelaznego człowieka. Gdy się czyta te mowy, zdaje się, tkwi w nich nietylko gniew rozdrażnionego lwa, ale i najgłębsze przekonanie. Czytelnik przysiągłby, jak gotowi byli zapewne przysięgać i ówcześni słuchacze parlamentowi, że żelazny człowiek nie pójdzie do Kanossy. A jednak książę pójdzie, jeśli tego będzie potrzeba i znowu patrząc z pod krzaczastych brwi w oczy parlamentowi, powie:
Jeśli myślicie, że dla doktryny, dla teoryi poświęcę praktykę, to jesteście... Tu niewiadomo, jak zakończy książę, ale wiadomo, że bywa on w parlamencie nie parlamentarny i że teoryą jego jest nie mieć teoryi. Artykuł jest ciekawy, bo dobrze maluje tego gwałtownego praktyka w polityce. Przytem: takich ludzi można nienawidzieć, lecz zastanawiać się nad nimi warto. Artykuł nie jest jeszcze skończony, czekamy zatem z ciekawością, co Fr. K. powie nam więcej w dalszych numerach.
Zakończylibyśmy na tem wzmiankę o numerze ostatnim, gdyby nie zawarte w nim sprawozdanie o „Słowie“. „Biblioteka“ jest dla nas prawdziwie „rara avis“, wita nas bowiem z przychylnością, zachętą i uznaniem. Inni niezbyt nas do tego przyzwyczaili, dlatego zaczęliśmy coraz więcej przywiązywać wiary do łacińskiego wyrażenia: „homo homini lupus“ i dlatego wdzięczni jesteśmy naprawdę „Bibliotece“ za jej pochwały i przychylność. Pisze jednak „Biblioteka“, że uznanie jej byłoby jeszcze zupełniejsze, gdyby nie zastrzeżenie w pierwszym numerze „Słowa“, które brzmi jak następuje: „Nie będziemy organem żadnej koteryi, ani nieupoważnionych przez ogół partyi“. Co do tego, nie mamy zamiaru być organem koteryi — no! tego nam nikt za złe wziąć nie może. Co do „nieupoważnionych przez ogół partyi“, winniśmy wyjaśnienie. Zgadzamy się zupełnie z szanownem pismem, że żaden o dobro kraju dbały publicysta krępować się nie może ideą jakiegoś specyalnego upoważnienia czyli mandatu. Zapewniamy również wszystkich, że gdy przyjdzie zabrać głos w jakiej sprawie społecznej, zabierzemy go tak, jak zabraliśmy z powodu ostatnich wypadków, a zatem bez zwoływania poprzednio plebiscytu i pytania go, czy nam mówić pozwoli. Wyrażenie nasze o nieupoważnionych przez ogół partyach może dlatego wzbudziło nieporozumienie, że nie było dokładnie zredagowane, ale zredagowanem dokładniej być nie mogło. Są jednakże pewne ideały, na których straży stoi cały ogół, które są naszem zdrowiem, naszem życiem, i które odczuwa każde serce. Są ideały tak proste, a zarazem tak wielkie, że odszczepieństwo względem nich ogół potępiłby z całą siłą i bez chwili wahania. Owóż pragnęliśmy tylko zapewnić, że od tych ideałów w piśmie naszem nie odstąpimy i razem z „Biblioteką“ — i razem z całą prasą będziemy ich strzegli. Sądziliśmy też, i podobno nie omyliliśmy się, że tak właśnie zrozumiał nas ogół naszych czytelników. Trzeba się koniecznie rozumieć, by nawet w dobrej wierze nie robić sobie niesłusznych zarzutów. Naturalnie, że kto chce działać, kto chce pracować dla dobra publicznego, ten nie potrzebuje od nikogo mandatu, raz dlatego, że każdy ma prawo postępować, jak mu sumienie i obywatelska powinność nakazuje, powtóre, że ogół nie ma prawa upoważniać. Nie należało tedy brać słów naszych o „nieupoważnionych partyach“ literalnie i jesteśmy przekonani, że odtąd „Biblioteka“ tak ich nie weźmie. Ale czy inni nie wezmą — kwestya! Bywają ludzie albo naprawdę głusi, albo tacy, którzy nie chcą słyszeć, gdy im dogodniej. Na szczęście tylko, że prawda ma własność oliwy i wychodzi na wierzch sama przez się. A wtedy nie widać już infuzoryi, które się na dnie w łyżce wody kręcą.

Słowo. R. 1882. №. 34.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.