Strona:Pisma Henryka Sienkiewicza (ed. Tyg. Illustr.) vol. 81.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—  147  —

książeczkę legitymacyjną i „powiastek“ o niedopełnione meldunki, już nie będę więcej może nigdy w życiu widział judenhecy, już nie będę więcej oddychał świeżem powietrzem (we śnie się wszystko przeinacza) twoich ulic. Bądź zdrowa! Żal mi ścisnął serce! Już nie będę wskutek przesłanej mi przez kogoś tam prenumeraty chodził 1-o po świadectwo do rządcy domu, że ja jestem ja, 2-o do cyrkułu po świadectwo, że rządca jest rządca, 3-o na pocztę, gdzie mimo dowodów, że ja jestem ja, rządca jest rządca, a komisarz jest komisarz, patarzano na mnie tak, jakby się namyślano, czy zamiast oddać mi prenumeratę nie lepiej będzie krzyknąć odrazu: łapaj! trzymaj!.. Inni nazwaliby to kłopotami, niedogodnościami... ja, wieczny optymista, przyzwyczaiłem się już do tego wszystkiego. Bądź co bądź to takie swojskie! Niech tam gdzieindziej wymyślają sobie jakieś udogodnienia, my, Słowianie, lubimy stare zwyczaje; my mamy usposobienia sielankowe. Mamy wprawdzie jednocześnie trochę zawiele koniokradów, wypuszczanych dla braku świadków; mamy trochę od niejakiego czasu napadów nocnych, ale nie mamy za to szkół gminnych; małoletni Słowianie nasi, zamiast się dręczyć nad elementarzem, żyją sobie na łonie natury bez troski i bez spo... bez spożywania niezdrowych owoców pseudocywilizacyi.