Królowa lasu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Królowa lasu
Pochodzenie Królowe Kungachelli
Wydawca Bibljoteka Dzieł Wyborowych
Data wydania 1926
Druk Sp. Akc. Zakł. Graf. Drukarnia Polska
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Skogsdrottningen
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
KRÓLOWA LASU

Marek Antonjusz Poppjusz był szanowanym kupcem rzymskim. Prowadził handel z dalekimi krajami i z Ostji wysyłał ładowne okręty do Hiszpanji, na wyspy Brytyjskie, a nawet na północne wybrzeże Germanji, Szczęście mu sprzyjało: zebrał niezliczone bogactwa i cieszył się, że je pozostawi swemu jedynemu synowi. Syn jednak nie odziedziczył zalet swego ojca. Ach, cały świat wie o tem, co znaczy być jedynym synem bogatego człowieka! Czy trzeba tutaj coś dodać? Jest to przecież stara historja.
Można pomyśleć, że bogowie dają umyślnie ludziom bogatym ograniczonych, lekkomyślnych, bezbarwnych, głupich i apatycznych spadkobierców, by ich przekonać do jakiego stopnia jest głupiem gromadzenie bogactw. Kiedy nareszcie ludziom otworzą się oczy? Kiedy zaczną zwracać uwagę na przestrogi bogów?
Młody Sylwjusz Antonjusz Poppjusz, mając lat dwadzieścia, zakosztował już wszystkich rozkoszy życia. Lubił czasem napomknąć, że sprzykrzyło mu się już wszystko, lecz mimo to starannie oddawał się przyjemnościom, a nawet pogrążył się w zupełnej rozpaczy, gdy zauważył, że od niejakiego czasu prześladować go zaczęły niepowodzenia, tworząc przeszkody w jego wesołym życiu.
W przeddzień słynnych, dorocznych wyścigów okulały jego numidyjskie konie, tajemnicze przygody miłosne zostały odkryte, na malarję zmarł nieoceniony kucharz. Młody Poppjusz czuł się tak nieszczęśliwym, że zdecydował skończyć samobójstwem. Sądził, zdaje się, że jest to najlepszy sposób przebłagania bogów niepowodzenia, które prześladując go, zmieniały mu życie w torturę.
Można zrozumieć człowieka nieszczęśliwego, który kończy samobójstwem, chcąc uciec od prześladujących go ludzi, lecz tylko taki głupiec, jak Sylwjusz Antonjusz mógł wybrać tę drogę, by zniknąć przed bogami. Mimo woli przypomina się znana bajka o człowieku, który chcąc się ukryć przed lwem, skoczył w prost w jego otwartą paszczę.
Młody Poppjusz miał zbyt słaby charakter, by zdecydować się na śmierć od miecza. Nie chciał również umierać od mąk trucizny. Po długich namysłach wybrał lekki rodzaj śmierci — w falach. Lecz kiedy stanął nad Tybrem z zamiarem utopienia się, zabrakło mu odwagi, by pogrążyć swe ciało w brudnej i mętnej wodzie rzecznej. Nagle ogarnęło go wielkie, święte pragnienie, właściwe wszystkim tułaczom: chciał ujrzeć morze.
Chcę umrzeć w przezroczysto — błękitnym morzu, gdzie promienie słońca przenikają aż do dna, — myślał Sylwjusz Antonjusz. Ciało moje będzie spoczywało na łożu z czerwonych korali. I kiedy będę pogrążał się w wodzie — na powierzchni ukaże się śnieżna, chłodna piana a nie cuchnące pęcherze, jak na rzece.
Wrócił do domu, kazał zaprząc konie i natychmiast wyjechał do Ostji. Wiedział, że jeden z okrętów jego ojca wyruszy niedługo na morze. Młody Poppjusz popędził konie z całej siły i udało mu się dojechać na miejsce w chwili, gdy podnoszono kotwicę. Nie wziął z sobą, naturalnie, żadnych rzeczy, żadnego bagażu. Nie zapytał nawet sternika, w którą udają się stronę. W każdym razie wypłyną na morze, a to mu przecież było potrzebne.
W krótkim czasie młody Poppjusz osiągnął swój cel. Triera wypłynęła z ujścia Tybru i przed nimi rozpostarło się Śródziemne morze, szafirowe, pieniste, migoczące w słońcu. Widok morza przypomniał Sylwjuszowi Antonjuszowi słowa poetów, że mieniąca się woda, jest tylko cienką tkaniną, rzuconą na najpiękniejszy świat. Mimowoli wierzył podaniu, że kto śmiało przedrze się przez całun wodny, dostanie się natychmiast do promienistego pałacu króla mórz. Młody człowiek cieszył się, że wybrał ten rodzaj śmierci. Faktycznie trudno było uwierzyć, że cudowna woda może zgubić człowieka. Czy to jest śmierć? To tylko najkrótsza droga do tego świata, gdzie niema fałszywych uciech, po których zostaje tylko przesyt i niesmak.
Z trudnością zdołał zapanować nad swoim zachwytem. Na statku znajdowali się przecież marynarze. Sylwjusz Antonjusz zdawał sobie sprawę, że chwila nie jest odpowiednią: nie zdąży wskoczyć do wody, gdy zręczny jakiś marynarz rzuci się za nim i wciągnie na pokład.
Tymczasem rozpięli żagle i zgadnie zaczęli wiosłować, Sternik podszedł do niego i powiedział z wyszukaną grzecznością:
— Jedziesz więc ze mną do kraju Germanów, kochany Sylwjuszu? Jest to wielkim zaszczytem dla mnie!
Młody Poppjusz przypomniał sobie, że człowiek ten nigdy nie wracał z podróży bez jakiegokolwiek upominku. Przywoził mu z krajów barbarzyńskich albo drewniane pałeczki, zapomocą których dzicy krzesali ogień, albo duży róg, używany przez nich do picia, albo naszyjnik z kłów niedźwiedzia, noszony jako ozdoba przez wielkiego wodza.
Dobry ten człowiek promieniał z radości, że wiezie syna swego chlebodawcy. Wysłanie syna w dalekie kraje zamiast pozostawienie go w towarzystwie rzymskiej młodzieży, od której można się nauczyć tylko rozpasania — uważał za mądry krok ze strony starego Poppjusza.
Młody Poppjusz nie wtajemniczył sternika w swoje plany. Obawiał się, że natychmiast odstawionoby go do domu, jeśliby się zdradził.
— Naturalnie, Halenie, — odpowiedział. Bardzobym pragnął ci towarzyszyć, lecz muszę cię prosić, byś mi pozwolił wylądować w Baji. — Zdecydowałem się za późno. Jak widzisz, brak mi rzeczy, i pieniędzy.
Halen jednakże starał się go przekonać, że z powodu takiego głupstwa nie warto rezygnować z podróży. Czyż nie znajduje się na doskonale zaopatrzonym okręcie swego ojca? Nie zabraknie mu ani ciepłego futra w razie złej pogody, ani lekkiego ubrania z syberyjskich tkanin, które nakładają zazwyczaj marynarze, kiedy w czasie ładnej pogody płyną przez znany archipelag.
W trzy miesiące po wypłynięciu z Ostji triera Halena płynęła między skalistemi wysepkami. Ani sternik, ani nikt z załogi nie wiedział, gdzie się właściwie znajdują, lecz byli zadowoleni, mogąc się schronić przed burzą, która szalała na otwartem morzu.
Sylwjusz Antonjusz miał — zdaje się — rację, twierdząc, że prześladują go bogowie. Nikt z pomiędzy obecnych na okręcie niepamiętał podobnej podróży. Nieszczęśliwi marynarze szeptali pomiędzy sobą, że odkąd wyjechali z Ostji, nie mieli pogody nawet w ciągu dwóch dni zrzędu. Burza następowała po burzy. Musieli znosić nieprawdopodobne braki. Cierpieli z powodu pragnienia i głodu, a równocześnie zmęczeni, zupełnie chorzy od bezsennych nocy nie mogli porzucić wioseł i żagli.
Pośród marynarzy wzrastało niezadowolenie, wywołane niemożliwością prowadzenia handlu. Czy podczas takiej pogody można było przybić do brzegu, wyładować towary i rozpocząć handel zamienny? Lecz niedość na tem. Kiedy podczas deszczu i mgły ukazywały się kontury jakiegoś lądu, musieli spieszyć na otwarte morze z obawy rozbicia się o skały. Pewnego razu, kiedy w nocy najechali na rafę podwodną, musieli wrzucić w morze połowę ładunku. O drugiej połowie bali się nawet myśleć, gdyż byli prawie pewni, że nie ocaleje po tych wszystkich wypadkach.
Widocznie Sylwjusz Antonjusz nie przyniósł marynarzom szczęścia. Żył jeszcze i jeszcze dotąd się nie utopił. Przecież życie jego nie stało się piękniejsze od chwili, gdy postanowił je zakończyć. Być może liczył na to, że morze samo nim zawładnie. Możliwem jest również, że rozgniewane fale nie podobały mu się więcej i wolał umrzeć w pachnącej, zielonkawej wodzie swej marmurowej wanny.
Lecz gdyby Halen i jego towarzysze podejrzewali w jakim celu przyłączył się do nich młody Poppjusz, żałowaliby gorzko, że nie wykonał swego zamiaru, gdyż wszyscy byli przekonani, że przyniósł im nieszczęście. Często w czasie ciemnych nocy Halen obawiał się, że marynarze pochwycą syna chlebodawcy i wrzucą w morze. Niejednemu z nich majaczyło się w czasie strasznej burzy, że z wody wysuwają się czarne ręce, Starając się zaczepić o okręt. Jednak marynarze nie mogli się zdecydować na ciągnienie losów, by się dowiedzieć, kogo z pośród nich chciały te ręce pociągnąć w odmęty. Lecz i sternik i marynarze oddawali sprawiedliwość Sylwjuszowi Antonjuszowi, przypuszczając, że burze przesycały atmosferę i kłębiły morze tylko z jego powodu.
Gdyby Sylwjusz Antonjusz zachowywał się w czasie tych ciężkich dni, jak na mężczyznę przystało, gdyby dzielił z nim pracę i niepokój — współtowarzysze mieliby dla niego prawdopodobnie pewne współczucie, jako dla nieszczęśliwego, który ściągnął na siebie gniew bogów. Lecz młody rzymianin nie starał się wzbudzić współczucia. Myślał jedynie o tem, jak schronić się przed wiatrem, rozkazując dostarczać sobie z ładunku przeróżne futra i kołdry, by zabezpieczyć się od zimna.
Jednakże wszelkie szemrania z powodu jego obecności przycichły momentalnie z chwilą, gdy wiatr przestał szaleć, zapędziwszy trierę ku skalistym wyspom. Stał się jak pies owczarski, który milknie widząc, że pastuch kieruje stado ku zagrodzie. Rozproszyły się ołowiane chmury, zabłysło słońce, Po raz pierwszy za cały czas podróży marynarze poczuli błogosławieństwo lata.
Przemęczeni ci ludzie omal, że nie szaleli pod wpływem słońca i ciepła. Zamiast położyć się i zasnąć, cieszyli się jak dzieci. Nadzieja znowu dodawała im skrzydeł. Byli pewni, że za szeregiem skalistych wysepek ukaże im się ląd stały. Liczyli na to, że będą tam ludzie i kto wie — na nieznanem wybrzeżu, dokąd wątpliwe czy już kiedykolwiek dopłynął jakiś rzymski okręt, można będzie znaleźć dobry zbyt na towary? Być może uda im się nareszcie dogodna wymiana i naładują okręt niedźwiedziemi i reniferowemi skórami, bryłami białego wosku i złocistym bursztynem.
Podczas gdy triera lawirowała między wyspami, które stawały się coraz wyższe i bogatsze w zieloność, marynarze zaczęli przystrajać okręt, by zwrócić na siebie uwagę dzikusów. Okręt, będący sam przez się najcudowniejszem dziełem człowieka, wkrótce mknął po falach, rywalizując wspaniałością z najbarwniejszemi ptakami. Niedawno jeszcze był uszkodzony przez burze, a teraz na maszcie jaśniał złoty szpic i zwisał przecudny żagiel z purpurowym brzegiem. Na przodzie okrętu wznosił się wspaniały posąg Neptuna, a ztyłu ustawiono namiot z różnokolorowych, jedwabnych tkanin. I doprawdy, marynarze nie omieszkali przewiesić przez burty dywany, których frendzle dotykały wody i owinąć ciężkie wiosła złotym galonem.
Sami również nie pozostali w strojach podróżnych, które pod wpływem niepogody i wody morskiej rozlatywały się w strzępy. Nałożyli białe szaty, opasując się czerwonemi szarfami, a włosy ujęli w błyszczące obręcze.
Nawet Sylwjusz Antonjusz otrząsnął się z lenistwa. Jak gdyby cieszył się nawet, że może się zająć czemś dostępnem i dla niego. Kazał się ogolić, ostrzyc i natrzeć wonnościami. Nałożył potem długą tunikę, na plecy zarzucił togę, przepasał szeroką złotą obręczą i z wielkiej skrzyni z klejnotami, którą Halen otworzył dla niego, wyjął kilka pierścieni, bransolet, naszyjników i złoty pas. Kiedy był gotów, odrzucił purpurowe zasłony jedwabnego namiotu i legł u wejścia na nizkim łożu, by mieszkańcy wybrzeża mogli go zauważyć odrazu.
W czasie tych przygotowań okręt posunął się przez cieśniny, które stawały się coraz węższe i węższe. Marynarze zauważyli nareszcie, że znaleźli się w ujściu rzeki i płyną po słodkiej wodzie. Z obu stron okrętu rozpościerał się ląd.
Triera posuwała się wolno po błyszczącej rzece. Pogoda była wspaniała, w przyrodzie spokój. A jak ożywiał osamotnioną pustkę wspaniały okręt handlowy!
Brzegi rzeki pokryte były wysokim, nieprzebytym, dziewiczym lasem. Drzewa iglaste wysuwały swe ciemne sylwetki aż do samej wody. Rzeka, trwając w wieczystym ruchu, wyrywała ziemię między korzeniami. Marynarzy zdumiewały nietylko odwieczne drzewa, lecz jeszcze bardziej ogołocone korzenie, podobne do olbrzymich rąk. Tutaj — myśleli nigdy nie uda się ludziom stworzyć orne pola, nie będzie nigdy miejsca na miasto, a nawet wioskę. Cała ziemia wokoło pokryta jest siecią żelaznych korzeni. I to jedno jest wystarczającem, by siła lasu pozostała wieczną, niezachwianą.
Nad rzeką drzewa rosły gęsto, korzenie ich były splątane tworzyły nieprzeniknioną zaporę. Zapora ta z kolącego igliwia była tak wysoką i mocną, że niejedno obronne miasto nie pragnęłoby lepszej osłony.
Jednakże w iglastym murze było widać gdzieniegdzie szczeliny. Do nich zbiegały się ścieżki, któremi zwierzęta chodziły pić w głąb lasu. Nic podobnego nie widzieli dotąd w życiu, W ciemnej głębinie rosły drzewa, których pnie były grubsze od rzymskich baszt obronnych, W tej zbitej masie drzewa wydzierały sobie wzajemnie powietrze i światło. Drzewo opierało się o drzewo, walczyło z niem, gięło. Jedno owijało korzeniami sęki drugiego. Współzawodniczyły i walczyły, jak ludzie.
Marynarze przypuszczali, że zwierzęta i ludzie, zamieszkujący te lasy muszą posiadać jakieś specjalne, nieznane rzymianom obyczaje. Przecież od góry do dołu las tworzył zbitą masę gałęzi. Zwieszały się z nich kiście srebrzystego mchu, nadające drzewom wygląd włochatych i brodatych czarowników. A pod niemi ziemia pokryta była gnijącymi pniami i nogi zapadały w próchno, jak w topniejący śnieg.
Las przesycony był aromatem, który wszystkim na okręcie wydał się przyjemnym i odurzającym. Był to silny zapach żywicy i miodu dzikich pszczół, z zapachem gnijących drzew i ogromnych, żółtych i czerwonych grzybów.
Było w tem bezwarunkowo coś strasznego. A równocześnie przyroda w całej swej sile, nienaruszona ręką człowieka, przedstawia widok imponujący. Jeden z marynarzy zaczął nucić pieśń na cześć boga lasu i mimowoli podchwyciła ją cała załoga. Wszyscy jak gdyby przestali oczekiwać spotkania z ludźmi w tym dziewiczym lesie. Dusze pełne były świętego zachwytu. Myśleli o bogu lasu i jego nimfach. Mówili sobie, że Pan wygnany z lasów Hellady schronił się na dalekiej północy. Z pobożnym śpiewem zagłębiali się w jego państwo.
W czasie każdej pauzy słyszeli cichą muzykę w lesie. Igliwie na szczytach drzew grało i śpiewało, drżąc od żaru południa. Marynarze coraz częściej przerywali śpiew, nadsłuchując, czy nie odezwie się flet samego Pana.
Okręt coraz wolniej posuwał się przy pomocy wioseł. Marynarze patrzyli na wodę, mieniącą się żółto-zielonymi, przy korzeniach zaś ciemno-fioletowymi błyskami. Zaglądali w wysokie, drżące i szeleszczące trzciny. Napięcie oczekiwania było tak wielkie, że dreszcz ich przejmował nawet na widok jakiegoś płynącego gniazda, lub białych, kwietnych dzbanuszków, odbijających jaskrawo na ciemnem tle trzciny. I znów dźwięczał hymn:

„O, Panie, władco lasu!...

Przestali się już troszczyć o handel. Czuli, że znajdują się u wrót przybytku bogów. Troski ziemskie stały im się obce.
Nagle spostrzegli przed sobą jedną z wydeptanych przez zwierzęta ścieżek, na końcu której stał jeleń, królewskie zwierzę z szerokiem czołem i gęstwiną rozłożystych rogów.
Na trierze zapanowało święte milczenie. Wiosła, wzniesione nad wodą, zastygły w bezruchu. Sylwjusz Antonjusz wstał ze swego porpurowego łoża.
Wszystkie oczy wpatrzone były w jelenia. Wydawało się, że dźwiga on coś na grzbiecie, lecz co — nie można było rozróżnić z powodu leśnego półmroku i zwisających gałęzi.
Potężny jeleń stał długo i, podniósłszy głowę, węszył powietrze w kierunku galery. Wreszcie upewnił się widocznie, że niema tam wrogów. Wszedł w wodę i zrobił jeszcze jeden krok. Pomiędzy rozłożystymi rogami zamajaczyło coś jasnego, jaskrawego. Czyżby jeleń niósł na grzbiecie wiązankę dzikich róż?
Marynarze ostrożnie poruszyli kilkakrotnie wiosłami. Galera posuwał się na spotkanie jelenia. Jak gdyby z własnej woli zbliżała się do trzcin.
Jeleń powoli stąpał w wodzie, ostrożnie zanudzając nogi, by nie ugrzęzły między korzeniami na dnie rzeki. Teraz poza rogami wyraźnie widać było twarzyczkę kobiecą, Otoczoną jasnymi włosami. Jeleń dźwigał na grzbiecie jedną z tych nimf, o których marzyli i które pragnęli ujrzeć ludzie w tym dziewiczym lesie.
Załogę ogarnęła święta ekstaza. Jeden z marynarzy, rodem z Sycylji, przypomniał sobie hymn, który śpiewał w młodości, bawiąc się na kwiecistych równinach koło Syrakuz, Zaśpiewał więc:

„O Arefuzo, nimfo zrodzona wśród kwiatów,
Promyku księżyca na tle ciemnych lasów“

I kiedy zahartowani przez burze ludzie zrozumieli słowa, tłumiąc drżenie głosu, podchwycili pieśń:

„O Arefuzo, nimfo zrodzona wśród kwiatów...“

Kierowali statek coraz bliżej i bliżej brzegu, bez względu na to, że już dwa razy zaczepił o dno rzeki.
A młoda nimfa bawiła się w chowanego za rogami jelenia. To kryła się, to ukazywała znowu i nietylko nie powstrzymywała jelenia, lecz przynaglała do brnięcia w wodzie.
Kiedy jeleń zrobił jeszcze kilka kroków naprzód, pogłaskała go jak gdyby poto, by się zatrzymał. Pochyliła się i zerwała kilka dzbanuszków, Ludzie na statku spoglądali na siebie zmieszani. Nimfa zjawiła się tylko po białe kwiaty, które drżały na powierzchni wody, a nie z powodu przybycia rzymskich marynarzy!
Wtedy Sylwjusz Antonjusz zdjął pierścień z palca i rzucił go nimfie, krzyknąwszy, by zwrócić jej uwagę.
Wyciągnęła rękę i schwyciła go w powietrzu. Oczy jej rozbłysły i znowu wyciągnęła rękę. Sylwjusz Antonjusz powtórzył swój manewr. Rzuciła wtedy nagle do rzeki zerwane kwiaty, pędząc po wodzie jelenia. Chwilami powstrzymywała go Sylwjusz Antonjusz rzucał znów pierścień i pokusa pchała ją naprzód.
Zupełnie nieoczekiwanie odrzuciła wszelkie wątpliwości. Z rumieńcami na twarzy, już bez żadnych nawoływań zbliżała się do okrętu. Jeleń szedł już po szyję w wodzie. Dotarł nareszcie do burty.
Marynarze przechylili się, by pomóc pięknej nimfie, o ile zechce dostać się na pokład galery.
Lecz nimfa nie widziała nikogo poza Sylwjuszem Antonjuszem, który strojny w pierścienie i perły stał piękny, jak wschodzące słońce. Kiedy młody rzymianin zauważył, że oczy nimfy spoczywają na nim, pochylił się bardziej niż wszyscy. Wołano nań, by był ostrożniejszym, gdyż może stracić równowagę i wpaść do wody.
Ostrzeżenia jednak nie osiągnęły celu. Niewiadomo — czy nimfa silnym ruchem pociągnęła go ku sobie, czy stało się to inaczej — lecz znalazł się poza burtą nim ktokolwiek zdążył go pochwycić.
Zresztą Sylwjuszowi Antonjuszowi nie groziło niebezpieczeństwo zatonięcia. Nimfa podchwyciła go rozpościerając swe różowe ramiona. Dotknął zaledwie wody. W tej samej chwili jeleń rzucił się wbok, wyskoczył na brzeg i znikł w głębi lasu. Zdała dolatywał tylko śmiech dzikiej amazonki, uwożącej Sylwjusza Antonjusza.
Halen i jego ludzie w ciągu minuty byli bezwładni ze strachu. Potem niektórzy zrzucili odzież, by płynąć do brzegu, lecz Halen powstrzymał ich.
— Bezspornie jest to wola bogów, — powiedział. Oto w jakim celu poprzez tysiące burz zagnali Sylwjusza Antonjusza Poppjusza do tej nieznanej ziemi. Cieszmy się, że byliśmy narzędziem w ich ręku! Lecz nie próbujmy przeszkadzać!
Marynarze pokornie ujęli wiosła i popłynęli wdół rzeki, śpiewając w takt rytmicznych uderzeń wioseł przeciągłą pieśń o ucieczce Arefuzy.
Po wysłuchaniu tego opowiadania podróżny powinien zrozumieć znaczenie starożytnego rysunku, który mu pokazano tam, gdzie onego czasu istniała Wielka Kungachella. Rozróżni wtedy i jelenia i rozłożystymi rogami i trierą z wiosłami długiemi, Nie można oczekiwać, by ujrzał Sylwjusza Antonjusza Poppjusza i piękną córę lasów: by ich ujrzeć — trzeba patrzeć oczyma starego podania.
Zrozumie nawet, że rysunek ten został wykonany przez młodego rzymianina. Bo rzeczywiście Sylwjusz Antonjusz sam ułożył to podanie i przekazał go dosłownie swoim potomkom. Rozumiał, jak miłem im będzie wiedzieć, że ród swój wywodzą od słynnych rzymian.
Podróżny nie powinien, naturalnie, przypuszczać, że na wybrzeżu błąkała się jedna z nimf Pana. Domyśli się, że w lesie koczowało dzikie plemię, a amazonka była córką króla, który rządził tymi biednymi ludźmi. Co zaś do młodej dziewczyny — to uwożąc Sylwjusza Antonjusza, chciała tylko zawładnąć jego klejnotami. O nim samym nie myślała i może nie podejrzewała nawet, że jest takim człowiekiem, jak ona.
Podróżny zrozumie, że imię Sylwjusza Antonjusza nie zachowałoby się w tych miejscowościach, gdyby był nadal prowadził dawne, rozpustne życie. Opowiedzą mu, jak młody rzymianin zmienił się pod wpływem smutku i nędzy i został u barbarzyńców nie pogardzonym niewolnikiem, a królem.
Zaczął karczować odwieczny las za pomocą ognia i siekiery, wzniósł pierwsze spojone domy, wybudował okręt i zaorał pola. On właśnie stworzył podwaliny wielkości dawnej Kungachelli.
Poznawszy tę historję, podróżny weselej spojrzy na okolicę. Chociaż zamiast miasta rozpościerają się pola i łąki, a na rzece nie widać barwnych żagli — słuchając opowiadania widział tutaj cienie przeszłości i oddychał marzeniem.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: anonimowy.