Strona:Selma Lagerlöf - Królowe Kungachelli.pdf/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

nie widzieli dotąd w życiu, W ciemnej głębinie rosły drzewa, których pnie były grubsze od rzymskich baszt obronnych, W tej zbitej masie drzewa wydzierały sobie wzajemnie powietrze i światło. Drzewo opierało się o drzewo, walczyło z niem, gięło. Jedno owijało korzeniami sęki drugiego. Współzawodniczyły i walczyły, jak ludzie.
Marynarze przypuszczali, że zwierzęta i ludzie, zamieszkujący te lasy muszą posiadać jakieś specjalne, nieznane rzymianom obyczaje. Przecież od góry do dołu las tworzył zbitą masę gałęzi. Zwieszały się z nich kiście srebrzystego mchu, nadające drzewom wygląd włochatych i brodatych czarowników. A pod niemi ziemia pokryta była gnijącymi pniami i nogi zapadały w próchno, jak w topniejący śnieg.
Las przesycony był aromatem, który wszystkim na okręcie wydał się przyjemnym i odurzającym. Był to silny zapach żywicy i miodu dzikich pszczół, z zapachem gnijących drzew i ogromnych, żółtych i czerwonych grzybów.
Było w tem bezwarunkowo coś strasznego. A równocześnie przyroda w całej swej sile, nienaruszona ręką człowieka, przedstawia widok imponujący. Jeden z marynarzy zaczął nucić pieśń na cześć boga lasu i mimowoli podchwyciła ją cała załoga. Wszyscy jak gdyby przestali oczekiwać spotkania z ludźmi w tym dziewiczym lesie. Dusze pełne były świętego zachwytu. Myśleli o bogu lasu i jego nimfach. Mówili sobie, że Pan wygnany z lasów Hellady schronił się