Królewicz-żebrak/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Królewicz-żebrak
Podtytuł Opowiadanie historyczne
Data wydania 1902
Wydawnictwo Księgarnia Ch. J. Rosenweina
Drukarz W. Thiell
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


X.

Królewicz-żebrak.

Wypada nam teraz wyjaśnić, co stało się z prawdziwym księciem Walii. Mówiliśmy że John Canty wiódł przemocą księcia do domu, z czego tłum w okół zebrany mocno się cieszył. Jakiś człowiek w ciemnem ubraniu zaczął bronić chłopca; taki jednak wszczął się hałas, iż nie słyszano co mówił ów człowiek w ciemnem ubraniu. Książę bronił się o ile sił mu starczyło. W przystępie gniewu John Canty zamierzył się kijem sękatym, wznosząc go w górę. Obrońca chłopca chwycił Canty’ego za rękę, wskutek czego tenże uderzony został kijem.
John Canty wpadł w wściekłość.
— Ha! — krzyknął — czemu się mieszasz w tę sprawę. Masz, na coś zasłużył.
W jednej chwili laska spadła na głowę obrońcy, a nieznajomy upadł na ziemię i leżał opuszczony samotny.
Tłum uliczników rozbiegł się, nikt nie zwrócił uwagi na pobitego człowieka.
Książę wpadł do komórki Canty’ego, drzwi zatrzasnąwszy za sobą. Na stole stała butelka, a w niej tlił się kawałek złamanej łojowej świecy, oświetlając tę nędzną komórkę. W kącie siedziały dwie młode dziewczęta i w średnim wieku kobieta. Z przeciwległego kąta wysunęła się baba z rozwianemi siwemi włosami, zaiskrzonym wzrokiem spoglądając w około.
— Uciesz się stara, — rzekł do niej John Canty — schwytaliśmy nareszcie tego błazna! Zbliż się syneczku, — dodał — i opowiedz swoje przygody, jeżeliś tylko ich nie zapomniał, przedewszystkiem jednak, powiedz nam kto jesteś!
Twarz młodego księcia zapłonęła gniewem. Spojrzawszy w oczy dumnie Johnowi Canty, rzekł:
— Mówiłem i powtarzam, że jestem Edward, książę Walii.
Na wyrazy te stara kobieta stanęła w osłupieniu, John Canty zaśmiał się brutalnie, a matka i dwie siostry Toma, wylazłszy z kąta, podbiegły ku księciu, wołając:
— Tom, drogi nasz Tom, biedne ty dziecko, co mówisz...
Padłszy na kolana przed księciem matka patrzyła mu w oblicze, mówiąc łzawie:
— Biedaku! biedaku! — To te głupie książki pozbawiły cię rozumu... Jakąż boleścią napełniasz moje macierzyńskie serce...
— Syn twój, dobra kobieto, zdrów i przy najlepszym rozumie, — mówił młody książę, pozwól mi pójść do pałacu, a król — ojciec zaraz powróci ci syna!
— Król ojciec twój! — zawołała kobieta. — Nie mów podobnych niedorzeczności drogi synu. Przypatrz mi się dobrze, wszakżem to ja, twoja matka.
Książę przecząco potrząsnął głową. — Nie chciał bym zasmucać cię, biedna kobieto, — odrzekł, wszak wyznać muszę, iż widzę cię po raz pierwszy w mem życiu!
Matka Toma, siadłszy na podłodze łkać gorzko zaczęła, co spostrzegłszy dziewczęta:
— Niech Tom pójdzie spać, ojcze, zaczęły — skoro się wyśpi, i słabość jego przeminie!
— Spać!... zawołał z wściekłością ojciec Toma. Jutro musimy płacić komorne za tę nędzną lepiankę, bo inaczej nas jak psów wygnają. Pokaż darmozjadzie, próżniaku, coś użebrał...
— Radzę ci, liczyć się ze słowami — odparł książę — jestem synem króla!
Canty zamierzył się laską na księcia, co spostrzegłszy matka, podbiegła w jego obronie.
Mające spaść na chłopca uderzenia i ciosy, posypały się na nią. Przelękłe dziewczęta wcisnęły się w najciaśniejszy zakątek. Babka podbiegła na pomoc synowi, zdwajając uderzenia.
Książę wyrwał się matce, wołając:
— Nie pozwolę tak tobą poniewierać dłużej, niechaj te łotry raczej nademną się urągają!
Wszystkie uderzenia skierowały się teraz na księcia, matce i dziewczętom dostało się również.
Nagle John Canty, wykrzyknął:
— Spać mi w tej chwili, wszyscy, rozumiecie!
W mgnieniu oka, jak na komendę, zgaszono światła. Ojciec i babka wprędce zasnęli. Podszedłszy na palcach do księcia, dziewczęta ponakrywały go słomą i łachmankami. Matka przyszła również, a gładząc go po główce, rozpłakała się po nad nim, za co jej książę dziękował, przyrzekając, iż za poczciwe, dobre jej serce, król szczodrze ją wynagrodzi. Słowa te jeszcze większą rozpacz wzbudziły w biednej kobiecie.
— Zwarjował... moje drogie dziecko, biedny mój Tom zwarjował, a wszystko przez te książki. I tuliła go do siebie, zalewając się łzami, aż wreszcie położyła się na tapczanie oczów jednak nie mogąc zamknąć. Smutne rozmyślania nad obłąkaniem Toma zasnąć jej nie dawały, i przyszło jej na myśl, iż być może ten chłopiec rzeczywiście nie jest jej synem. Sama jednak w tejże chwili zaprzeczyła sobie. Jak nie ma być jej synem. Czyż może być inne dziecko, tyle podobne do Toma? A jeżeli, ten chłopiec w istocie nie jest Tomem, powracała uporczywie myśl, na którą nie była w stanie dać odpowiedzi.
I zaczęła przemyśliwać, w jaki sposób zbadać można. Leżała przez czas długi w myślach pogrążona, wreszcie zerwała się nagle, zapalając świecę.
— Ha, wpadłam na myśl, — wyszepnęła — proch pewnego razu spalił mu twarz i odtąd skoro go tylko nagle rozbudzą, lub przestraszą, zasłania oczy rękami, jak to czynił w chwili wypadku. I to nie dłonią na dół, ale przeciwnie ku górze. To przysłanianie twarzy zauważyłam wiele razy. Poznam go teraz — szeptała, zbliżywszy się do łóżka śpiącego.
Trzymając w ręku zapaloną świecę zbliżała się do niego, powstrzymując oddech. Książę szeroko otworzywszy oczy, wzrokiem przerażonym powiódł w około, ręki swej jednak ku twarzy nie podniósł.
Biedna kobieta obumarła prawie ze smutku i obawy; na palcach powróciła do swego tapczana i siadłszy na nim, zadumała się głęboko.
— Mimo, że jest obłąkanym, — mówiła sobie, — ręce ma jednak rozumne. Nie podobna, aby tak prędko zapomniał dawnego nawyknienia.
Podniósłszy się cicho, dwukrotnie jeszcze budziła chłopca, niestety jednak, bez oczekiwanego skutku!
— Nie, to być nie może, — wołała — on musi być moim synem!
I położywszy się zasnęła, ale snem bardzo niespokojnym.
Godziny biegły za godzinami. Biedny książę spał, jak zabity, wreszcie, zbudziwszy się ze snu, zawołał:
— Wiljamsie, zbliż no się tu! Brr! jaki miałem sen straszny, posłuchaj! Wystaw sobie, śniło mi się, żem naraz został żebrakiem. Co to! — zawołał, — niema przy mnie nikogo! Gdzież służba pałacowa? lokaje! dworzanie! hej! do mnie, co prędzej!
— Co ci się stało? — zapytał głos kobiecy — kogo tak przywołujesz do siebie?
— Sir Wiljamsa — rzekł książę. — A kto ty jesteś?
— Jakto kto? — głos odrzekł — jestem siostra twoja, Ania. Ach, prawda, przepomniałam, żeś ty biedaku wciąż słaby, obłąkany. Nie mów więcej, zaklinam, bo ściągniesz znów karę.
Przestraszony książę wyskoczył z łóżka. Całe ciało miał obolałe. Rzuciwszy się powtórnie na zgniłą słomę, zawołał z rozpaczą:
— Boże! więc to nie sen, lecz prawda... straszna okropna prawda!
Mimo, iż było jeszcze zupełnie ciemno, z ulicy dobiegał hałas. Ktoś gwałtownie we drzwi uderzał.
John Canty zbudził się, wołając:
— Kto tam! czego chcecie!
— Ha! czy wiesz ty, łotrze jeden, kogoś wczoraj obił kijem! — wołał głos za drzwiami.
— Kogo? Nie pytam i wiedzieć nie chcę — rzekł Canty.
— Ha! ha! wkrótce będziesz musiał inaczej odpowiedzieć, mówił tenże głos. — Uciekaj bez namysłu, inaczej biada ci, biada! Zamordowałeś księcia!
— Wielki Chryste — zawołał John Canty, stając przerażony.
Obudziwszy ze snu całą rodzinę nakazał żywo zabierać się w drogę.
W parę chwil cała gromada Cantych pędziła ciemną uliczką. John Canty schwyciwszy księcia za rękę, ciągnął go za sobą.
— Trzymaj język za zębami — wołał, a nie nazywaj mnie ty głupcze po imieniu, rozumiesz, ponieważ inne przybrałem. A gdybym cię przypadkiem zgubił gdzie w tłoku, pamiętaj, żebyś był na moście Londyńskim!
Wkrótce cała rodzina znalazła się na jakiejś jasnej ulicy w pobliżu Tamizy. Wszędzie płonęły ogniska, w około których krzyczano, śpiewano i tańczono. Matka i siostry Toma zamieszały się gdzieś w tłumie, książę również wyrwać się usiłował, było to jednak daremnem, bowiem przeciskając się Canty, trzymał go silnie za rękę. Wreszcie czyjaś dłoń silnie pochwyciła Canty’ego za ramiona.
— Dokąd to tak śpieszysz, przyjacielu, zagadnął nieznajomy, przytrzymując Canty’ego.
— Co ciebie to obchodzi, puść mnie, rozumiesz, odparł tenże.
Nieznajomy zagrodził drogę laską, wołając.
— Nie postąpisz dalej. — Wypij wprzód zdrowie księcia Walii.
— Dobrze, — rzekł Canty — dawaj kubek, lecz prędko!
Ucztujący przynieśli wielkie naczynie. Człowiek, który zaczepił Canty’ego trzymał je przed nim. John powinien był pochwycić za kubek jedną ręką, a drugą podnieść pokrywę. Taki był zwyczaj niegdyś w starej Anglii.

Canty na jedną sekundę wypuścił rękę księcia, z czego, korzystając tenże, zamieszawszy się w tłumie zniknął bez śladu tak, że nie podobna, było go odnaleść. Tak biegnąc przed siebie krętemi uliczkami Londynu, książę wkrótce dowiedział się, że ucztują na cześć młodego księcia Walii. Dowiedział się, że to właśnie biednego Toma powszechnie uważają za księcia. Ponieważ według otrzymanych objaśnień książę Walii miał teraz właśnie ucztować z lordami, tam to więc udał się prawdziwy królewicz Edward, by ukazawszy się oczom wszystkich, pognębić i zdemaskować zarazem fałszywego księcia.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Samuel Langhorne Clemens.