Kowalowa Góra

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Gliński
Tytuł Kowalowa Góra. Na widecie
Podtytuł Kowalowa góra
Data wydania 1922
Wydawnictwo Księgarnia Św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań, Warszawa
Źródło skany na commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
KOWALOWA GÓRA.
(Z podań ludowych galicyjskich.)



Chata nie chata, lepianka nie lepianka — w połowie siedziba ludzka, a w połowie mogła być schroniskiem dla zwierzęcia jakiego; i gdyby zamieszkaną nie była przez człowieka, zająłby już dawno w posiadanie swoje tę klecionkę duch albo wilk. W trzeciej części zapadła się w ziemię, ściany pokrzywiły się i powyginały w garby, a jedno malutkie okienko o czterech szybach podało się w stronę ścian pochyłych, jakby lepiej przyjrzeć się chciało rosnącym bujnie pokrzywom i białym kwiatom szaleju. Prawie większą część tej chaty zajęły drzwi o dwóch skrzydłach, tworzące równoramienny, ukośny jeno kwadrat, bo i one, ściśle połączone będąc z całością budowy, musiały się zastosować do tej linji pochyłej; różnej zaś wielkości powypalane w nich dziury i czerwone skry, wybiegające co chwila nad dach ziemianki, pozwalały domyślać się łatwo, że w części chałupy była kuźnia, a gdzie to okienko — kowala mieszkanie.
Do gliniastego boku góry przypierała chałupa owa; dach jej, pokryty bujną warstwą ziemi, z tą górą spojony był szczelnie; mech i trawa rosły na nim szeroko; karłowata brzoza zielone rozpuściła gałązki — nasionko jej ptak albo wicher może przyniósł.
Niedaleka była im droga.
Na górze las wyrastał szeroko, daleko — dużo w nim było brzóz o korze białej i dębów o wspaniałych konarach. Między lasem a dachem chałupy pusta rozciągała się przestrzeń, trawą zarosła, ale na niej tu i tam młode pędy brzeziny pojawiały się coraz gęściej, biorąc pod swoje władanie nawet chatę kowala, której dach oddawna gruba warstwa ziemi pokrywała. Nad chałupą był więc las, a przed nią pole szczere, równe, zielone, jakąś dużą zakończone mogiłą. Dziwiłbyś się, coby w tej pustyni mogła robić chata kowala, gdyby nie dalekie szczekanie psów, odzywające się co chwila, które mówiło, że wieś jest blisko.
Tak, o staj kilka, w leśnym rozdole, nad stawem błękitnym, usiadła wieś duża, a wyżej, w otoczeniu świerków i wrzosów — biały dwór dziedzica. Dziedzic zwał się Różycem, kowal Jaremą; pan Różyc miał syna Jana, Jarema żonę Marynę. Gdy żył nieboszczyk pan Kazimierz, dziad Jana a ojciec dzisiejszego dziedzica, Jarema we dworze służył i był nie na jednym bankiecie panów, i był na jednym wielkim bankiecie, na którym pan Kazimierz na śmierć się zapił, a inni z nim razem. Pił i Jarema to wino straszne, ale wytrzymał. Pan Różyc, umierając, kazał synowi pić — taka już była natura tego rodu. Lecz nie nadchodziła chwila stosowna do tak wielkiego bankietu, burzyło się wino w piwnicach Różyców, a Jarema twierdził, że pan Kazimierz niespokojnie w grobie się przewracał.
Dawniej zachodził często Jarema do dworu, ale od lat kilku krokiem prawie z chaty się nie ruszył, bo za daleko było na jego stare lata do sioła, a lat siedmdziesiąt siadło na pochylony kark Jaremy. Dawniej u dworu i we wsi miał robotę, ale teraz napróżno stukałby o kowadło — z rozżarzonego żelaza sypałyby się skry, lecz nie podałoby się żelazo. Nie nawiedza nikt już niedołęgi, a i on zapomniał, którędy do wsi wiedzie droga. Jeżeli Marynie, o trzy lata młodszej od siebie, każe miechami poruszać, a sam weźmie kawał żelaza i kuć pocznie — nie z potrzeby to czyni, ale z przyzwyczajenia. Głodu jakoś nie zna, bo nieboszczyk pan stary za służbę wierną a krwawą dał parę morgów pola i drzewa z lasu, z którego sobie tę chałupę sklecił i w której spory kawał czasu przeżył, bo lat trzydzieści. Oddawna nie widział dworu, ni wsi, ni ludzkiej prawie twarzy. Czasem na stepie zamajaczy jeździec jaki, czasem w śnieżną noc zimową zaświecą oczy wilka, czasem w skwar letni złocisty piorun zabłyska, odpowie echo mu w borze, a wichry zakołyszą drzewami i w bezbrzeżną dal pogonią, pędząc czarne przed sobą chmury, na których po przejściu burzy barwny pas tęczy zawisa. Ten jeździec, wilk, piorun, echo, wicher i tęcza — to jedyne obrazy, na które od lat kilku patrzy Jarema. A gdy mu jakie dawne wspomnienia myśl poruszą i mocno w sercu załaskoczą — za młot chwyta, a żonie każe dąć w miechy. Kuje wtedy, co starczy sił, pot mu uperla czoło, a z ust piosenka wybiega:

Kują młoty kowalowe...
Aż powietrze drży stepowe...
Czach! — czach!
Bucha, pryska płomień złoty...
Kowalowe kują młoty...
Strach! — strach!

Ot i teraz iskry się sypią i słychać drżący głos Jaremy; ale słabo uderza młot o kowadło, z wyschłej piersi urywanemi dźwiękami pieśń wypada:

Kują młoty kowalowe...

Zasapał się, młot ze zmęczonej dłoni wyleciał.
— Nie zdużam!... — rzekł.
— Wypij stary, czarkę, a lepiej pójdzie odezwała się Maryna, miech puszczając.
— A skąd ty ją masz, ha?...
— Czy jaby dla ciebie nie schowała, Jaremko?
Z uśmiechem dobyła flaszki, w kątku schowanej, i podała dziadowi. Jarema drżącą ręką nalał po brzegi, wychylił duszkiem, zmarszczył się, chrząknął i podał babie.
— Do waćpani!
Wypili... Jarema młot ujął, Maryna do miecha się wzięła. Uderzył dwa razy i znów się zasapał.
— A widzisz, że lepiej! — odezwała się baba.
— Daj jeszcze! — zagadał, bełkocąc już nieco — to zupełnie dobrze będzie.
Baba podniosła butelczynę.
— Do waćpani!...
Wypróżnili flaszkę, ale już nie do miechów i młotów im było. Jarema kiwnął się na lewo, Maryna na prawo, i już we dwa głosy śpiewać zaczęli:

Kują młoty kowalowe...

— Z nieboszczykiem Różycem, świeć Panie nad jego duszą, śpiewaliśmy tę piosenkę... ot tam, gdzie ta mogiła, babo!... Tylko że wtedy na jej miejscu ogromna kuźnia stała... a pan wyprawił w niej bankiet. — Bhu! nie doczekać już mnie... ni wnukom moim, których nie mam... okazji takiej...

Kują młoty kowalowe...

— Chodź babo, a potańczymy trochę.
Ledwie za próg wyjść zdołali, musieli usiąść na przyźbie.
— Czy widzisz, że nasza chata pochyliła się czegoś? Nijak prosto oprzeć się o ściany nie można... — odezwał się kowal, macając rękami chałupę.
— A prawda, że czegoś bokiem stoi — odpowiedziała baba.
Zaczęli przypatrywać się i dziwowali się bardzo, że dzisiaj dopiero spostrzegli tę krzywiznę. Nie dziw! pochyliła się razem z nimi powoli, powoli. Wzrok się przyzwyczajał do krzywej linji słupów, a przyzwyczajał przez lat trzy dziesiątki.
— Ano! nie dzisiaj się to stać musiało — tłumaczył Jarema. — Ja zauważył oddawna, że czegoś pleców prosto nie trzymam, jak siądę koło niej; ale myślał, że to tylko mój kark się wygiął, a tymczasem i chatyna garbu dostała...
Wpatrzył się w przestrzeń i kiwnął się parę razy, jakby sen miał na oczach.
— Czy ty wiesz, co to za mogiła tam? — odezwał się po chwili.
— A wiem.
— A znasz waćpani historję o niej?
— A znam!
— To posłuchaj!... Kuźnia tam była przed laty i bankiet... rozumiesz, babo!.... Pan Kazimierz Różyc był i ja był — ciągnął dalej plączącym się językiem. — Muzyka, jakby gromy niebieskie biły; a z piwnic pańskich beczki, wielkie jak armaty, przytoczyliśmy. Co tam młoty kowalskie przy bankiecie, na który ja patrzał; co tam wino na dzisiejszych stołach przy winie, jakie my tam pili!... Mocne, aż grzało krew... czerwone, jak z ognia żelazo wyjęte, a takie, że gdy kroplę jedną wypijesz, wiadrami już pić się chce i kąpać się po uszy...
Kiwnął się, że o mało z przyźby nie zleciał...
— Hej, hej! — bełkotał dalej. — W żadnej kuźni takie młoty nie biły, jak w tamtej kuźni... bo też takich kowali już niema, ot co!... Pan Różyc łeb sobie przepalił, taj wieczny mu odpoczynek! Inni winem się tem na śmierć zapili... Taka już natura, nic na to nie poradzisz. Pił dziad i kazał synom, wnukom i prawnukom pić, ot co!... Grzmiało, powiadam waćpani, a pryskało, jakby kto gorące żelazo do wody zanurzył... A czy wiesz, babo, jaki testament pan Kazimierz zostawił?...
— A wiem — wpółsennie odpowiedziała kowalicha.
— To słuchaj!...
Maryna chrapać zaczęła na dobre, ale kowal zdawał się nie zważać na to i senną bajkę swoją ciągnął dalej:
— „Jaremo!“ rzekł do mnie, „zanieś to wino synowi i powiedz, niech pije! To rozkaz mój... słyszysz, Jaremo!...“ Ba! dobrze powiedzieć: pij! ale jak niema bankietu, to na nic wszystko!...
Kiwnął się i ochrypłym, półsennym głosem śpiewać zaczął:

Kują młoty kowalowe...

Siwa głowa na pierś zwisła; zmrużyły się powieki, parę razy otworzył usta: „Kują młoty...“ wyszeptał i zasnął głęboko.
Ku zachodowi schyliło się słońce, gdy obudził się Jarema. Maryny już przy sobie nie zastał; sen z powiek jej wcześniej odlecieć musiał, lecz budzić męża nie chciała — wymknęła się cicho do roboty w ogrodzie, pierzynkę mu tylko przyniosła i włożyła za plecy, by miękciej było staremu.
— Hołubka! — szepnął Jarema. — Muszę na zimę buty jej podkuć.
Powstał z zamiarem odszukania swojej baby — nagle się wstrzymał i, przykładając dłoń do oczu, dla zakrycia ich od czerwonych promieni zachodzącego słońca, wpatrzył się w przestrzeń daleką.
Hen, hen — na stepowej równinie przesuwały się szybko postacie na koniach, wlot puszczonych. Jedna, druga, trzecia, dziesiąta mignęła; pędziły drogą, do wsi prowadzącą, okrążając legendową mogiłę. I zdało się Jaremie, że na jej wierzchu stanął pan Kazimierz Różyc z pełnym puharem wina i wyciągniętą ręką wskazywał w stronę dworu — a później wino rozlał na step szeroki i puhar cisnął o ziemię.
Błysnęło — wino rozlało się, zajęło przestrzeń ogromną i wzdętym popłynęło strumieniem. Nagle posłyszał tuż koło siebie głos starego Różyca:
— Jaremo, czas!...
— Wszelki duch! — krzyknął przestraszony kowal.
Przetarł oczy — obejrzał się...
Cichy, samotny step był przed nim — czerwone słońce dotykało kraju ziemi, wilgotny powiew wiatru przynosił zdaleka zapach pól. Po chwili odezwał się dzwon cerkiewny, na nieszpór bijąc.
— Maryno! — krzyknął Jarema.
Z za węgła ukazała się przyzwana.
— Pan mnie woła!
Maryna wypatrzyła się na starego, nie rozumiejąc znaczenia słów.
Nagle przed chatą zadudniły kopyta końskie — młody Jan, syn teraźniejszego dziedzica a wnuk Kazimierza, stanął przed kowalem.
— Zdrów, Jaremo? — zawołał.
— A...a...a! — wybąknął stary, zdejmując powoli czapkę z osiwiałej głowy.
Młodzieniec zeskoczył z konia i ucałował w ramię dziada.
— Bankiet! — wykrzyknął.
— Aaa! — pełnym głosem wypadło z piersi Jeremy.
— Widziałeś narzeczoną moją, kochankę moją, Polę? Za dwa tygodnie nasz ślub; zaprasza ciebie, a ja chcę, by podarunek ślubny był dla niej ręką twoją wykuty. Rozumiesz, stary?
— Ro-zu-miem!
— Ja ci pomogę, bo ręka twoja już osłabła, młota nie dźwignie.
Jarema wyprostował się.
— A widzieli wy, panie, lampę, kiedy gaśnie? Mruga słabo i nie oświeca nic dokoła, ale przed samem zagaśnięciem płomieniem buchnie.
— Tylko sza! — odezwał się Różyc — będę do ciebie przychodził z drużbami swoimi; niech nikt nie wie o tym przedślubnym podarunku, nikt z gości obecnych...
— A co ma być, panie?
Młody Różyc się zaśmiał...
— Mówiła, że zabije mnie, jeżeli ją zdradzę. Więc mieczyk jej dam, niech nim w serce niewierne uderzy!
— I hukniem, panie: „Kują młoty“!
— Brawo! — zawołał Różyc. — Znać dobrą w tobie krew.
— Jak ojciec wasz? — zapytał Jarema.
— Czeka jutro ciebie... Bywaj, stary!
Podniósł się duży słup pyłu i młody Różyc zniknął z przed oczu kowala.
Pół wieku ubyło dziadowi — dumny był, szczęśliwy był, że nie kto inny dłoń przyłoży do ślubnego podarunku dla narzeczonej wnuka pana Kazimierza.
Zaszedł do kuźni i miechy spróbował... Jak wściekłe dęły. Młot ujął — lekki mu się wydał jak piórko. Dźwignął dużą sztukę żelaza, aż się Maryna zdziwiła powrotnej kowala sile.
— Lampa, lampa, waćpani! — rzekł stary. — Nagotuj czystą koszulę a gromnicę... i obraz świętego Mikołaja...
Maryna zawiodła...
— Nie płacz, stara; nie wiekować nam przecie na ziemi!
— A co ja pocznę bez ciebie, sierota biedneńka?...
— Za mną pójdziesz!...
— Gdybyż?...
— Pójdziesz!
Zapaliło się światło w małżeńskiej izbie kowala, staruszkowie uklękli przed obrazem i modlili się o śmierć wspólną.
Na drugi dzień, o świcie, niewidziany oddawna gość we wsi się pojawił.
— Jarema! — zawołali zdziwieni włościanie.
— Do dworu poszedł! — szeptali, gdy znikł im z oczu.
Ten i ów udał się na zwiady, ale nic pewnego powiedzieć nie umiał.
Jarema zabawił długo w zamkniętym pokoju dziedzica, kredensowy chłopak słyszał rozmawiających głosów kilkanaście... Mówiono szeptem, z czego rad nie był podsłuchujący chłopiec.
Po paru godzinach stary kowal dwór opuścił, w połowie wsi zatrzymali go ludzie.
— Kowalicha żyje?
— Oj, oj!
— A co was przygnało?
— Jenteresa własne.
— We dworze? ha?
— Ano!... tak wypadło!
— Zwaćpaniał Jarema! ni do gospodarza którego, ni do karczemki zaszedł, a do pana Różyca to zaraz!
Stary nasrożył się.
— A daliście mi roboty przez te ostatnie cztery lata? Nie Jarema wam konie kuje, lecz Cygan złodziej.
— Gdyby podkowy z lemieszki były, tobyśmy do was przyszli; ale żelazo już was nie słucha — odezwał się młody parobczak.
— Dowcipny! — mruknął kowal.
Zaczęli śmiać się z niedołęgi i pytać, czy dużo koni podkuł od czasu, kiedy wieś innego kowala dostała.
Jarema nie odpowiadał na żarty i śmiechy nie zważał i tak przez całą wieś przeszedł wśród drwinek parobczaków, krzyku dzieci, docinków dziewcząt, którym pomagały psy sielskie, warcząc zajadle.
Upłynęło dni kilka.
Jednej ciemnej, bezksiężycowej nocy stróż, pilnujący kołowrotu, ujrzał daleko na stepie, w stronie, gdzie była chata kowala, ogniste snopy iskier. Party ciekawością, pobiegł do kuźni Jaremy, ale zajrzeć do wnętrza bał się. Rzęsiste skry buchały, silną ręką ciskane młoty uderzały grzmotliwie w kowadło, a kilkanaście głosów naraz śpiewało:

Kują młoty kowalowe...

— Czach, czach! — towarzyszył pieśni podniecony głos kowalichy.
Stary Maksym splunął.
— Pfu!... zwiedźmiała Maryna, Jarema z czortami biesiaduje.
Przeżegnał się i do wsi poszedł z wieścią niezwykłą.
Zaczęto nawiedzać Jaremę.
— A co tu u was po nocach kuje?
— Młot o kowadło — odpowiedział zapytany.
— Hm, hm... samo kuje?
Jarema pokiwał głową.
— Durne wy ludzie, durne! — mruknął.
— Wam staremu spać, nie w kowala zabawiać się po nocach...
— Spać! — burknął kowal — a jak spać nie można, to co robić? Ot, człowiek jak zacznie machać młotkiem, zmęczy się, spotnieje jak ruda mysz, to i sen przyjdzie.
Chłop poruszył głową.
— Kiedy to u was nie w pojedynkę robota idzie...
— At! tak się wam zdaje, a cichą nocą to i grzmotu więcej słychać...
— Bo to, widzicie, Jaremo, ludzie gadają...
— Że djabeł kuje — zaśmiał się kowal.
— A baba z wami mu pomaga... Nieczysta sprawa i koniec! Zwiedźmiła się Maryna, mówią... ot co!
— A święty Mikołaj nad łóżkiem u mnie, co?...
— Można obraz do ściany obrócić, ta swoje robić.
— A Hospod‘ na niebie? Czy i Jego do ściany obrócić każesz, ha?
Chłop podrapał się w głowę.
— Gadają, taj koniec!
— Wielka sztuka, że gadają! Od czego mowa, ta rozum głupi?
— I to prawda! Ale wy wiecie, Jaremo, że jak w nocy coś kuje, to mówią, że nieczysta siła.
— Zobaczymy, kto z Bogiem! — odpowiedział kowal. — Ja w grzechby się nie bawił, mając śmierć za plecami.
Chłop pożegnał Jaremę, ale przekonać się nie dał. Co noc w kuźni pryskanie iskier, huk młotów zaniepokoiły wieś całą. Poszli do pana Różyca, ale on im to samo, co Jarema, powiedział; udali się do panienki, która bawiła we dworze przy narzeczonym, ale panienka nic nie odpowiedziała, tylko się przestrach jakiś odmalował na jej twarzy. Tymczasem we wsi bydło padać zaczęło i kilka węzłów splątanego zboża na polu dostrzeżono.
— Jarema! — uderzyli w głos jeden i odgrażali się zemstą staremu kowalowi.
Zbliżał się dzień zaślubin Poli z młodym Różycem, liczni goście napełnili dwór dziedzica. Dobyto puhar dziadowski, by nim Jan uroczystość rozpoczął. Gwarno było przez dzień cały, dopiero wieczorem wrzawa umilkła.
Wieś spała, ciemno było w dworze pańskim, a hen, daleko, na stepie, z podwojoną siłą wybuchnęły iskry ogniste. Przed karczmą zebrała się gromada ludzi i uderzyła w radę.
— Jarema kuje, Maryna złe ziele warzy... Krowy przestały mleka dawać, u Maksyma klacz zdechła, Hrehorowi wół się utopił, a Dmytra krew zabiła... Do kowala! do kowalichy!... Cepy na plecy, kamienie do rąk, niech idzie do cerkwi z pokłonem, inaczej... śmierć!
Gromadnie na step wyszli i kierowali się na skry kowalowej kuźni. Szli cicho, z zabobonną trwogą w sercach, ale w poczuciu zemsty słusznej za złe, którego doznali.
O kilkanaście kroków przed chatą Jaremy zatrzymali się z nieokreślonem wahaniem. Snopy iskier wylatywały falisto za każdem poruszeniem kowalskiego miecha, silne dłonie uderzały młotami. Słychać było ciężkie oddechy piersi i szczęk żelaza, a głosów kilkanaście śpiewało:

Kują młoty kowalowe...

— Kamienie w drzwi! — zakomenderował Maksym.
Rozległ się huk straszny, sto granitowych odłamów grzmotnęło w stare ściany Jaremowej chałupy i ze stu piersi naraz rozległ się okrzyk, do wycia zwierząt dzikich podobny. Runęły stare drzwi kuźni; a promienny snop światła nazewnątrz wybiegł. Tłum skoczył do progu chaty z klątwą na ustach... Nagle drgnął i cofnął się przerażony.
W powietrzu rozległ się grzmot wielki, wiatr się zerwał szalony, szum burzy zakołysał powietrzem, zabrzmiał jęk okropny i nieprzenikniona ciemność zaległa dokoła. To góra się usunęła i przywaliła masą ziemi chatę starego kowala.
Jarema padł ostatni pod strasznym naciskiem gruzów. W chwili śmierci stanął przed nim pan Kazimierz Różyc z puharem wina, że[1] słowami na ustach:
— Prawnukom moim!
Na drugi dzień Pola wzięła długą, ciężką żałobę.
Nikt nie odkopywał zwłok zasypanych kowalów — gdzie stała kuźnia Jaremy, wznosi się dzisiaj mogiła wielka, Kowalową Górą nazwana.




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – ze.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Gliński.