Przejdź do zawartości

Karjera Nikodema Dyzmy/Rozdział 17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Dołęga-Mostowicz
Tytuł Karjera Nikodema Dyzmy
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wyd. 1937
Druk „Grafia“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ 17.

Dwa najładniejsze pokoje w mieszkaniu pani Przełęskiej zostały oddane do dyspozycji kochanej Ninusi. Wyglądały jak dwa wielkie klomby i co wieczora lokaj z pokojówką nie mało mieli roboty z wynoszeniem koszów i doniczek do kredensowego, by uratować jaśnie panienkę (taki tytuł nakazała jaśnie pani) przed niechybnem uduszeniem się.
Codziennie od południa rozpoczynała się pielgrzymka pań i panów z mondu, śpieszących obejrzeć żywą sensację sezonu.
Trwało to tydzień małemi dawkami i przypieczętowane zostało wielkim balem, wydanym przez panią Przełęską, by wszystkim wobec zaprezentować ukochaną siostrzenicę.
Na bal raczyli nawet przybyć księstwo Roztoccy, którzy witającej ich z wypiekami na twarzy pani Przełęskiej oświadczyli, że miło jest im bardzo znaleźć się w tym domu, który swoją sympatją darzy prezes Nikodem Dyzma.
Naogół w tych sferach mówiono już niemal głośno o zaręczynach Nikodema, które oficjalnie ogłoszone zostaną, dopiero po uzyskaniu przez Ninę unieważnienia małżeństwa.
Kwestją frapującą wszystkich i nie dającą spać damom, słynącym z tego, że zawsze są doskonale poinformowane, było pytanie: co się stało z tym Kunickim?
Wiedziano tyle tylko, że wyjechał zagranicę i zgodził się na unieważnienie. Ale dlaczego? No i dlaczego zostawił Ninie cały majątek?...
O tem mogło powiedzieć tylko kilka osób, lecz Krzepicki zbywał pytania uśmiechem, pani Przełęska nie należała do kobiet, z których cokolwiek można wbrew ich woli wydusić. Niny pytać nie wypadało, no a prezesa Dyzmy niktby się nie odważył.
Pani Koniecpolska, która spróbowała, opierając się na — jak sądziła — upoważniającem ją do poufałości niedawnem współwyznawstwie Trzypromiennej Gwiazdy, skarżyła się później:
— Wyobraźcie sobie, zapytał mnie, czy nie mam większego zmartwienia!
Bal udał się znakomicie, chociaż jego bohaterka nie umiała ukryć zażenowania, wynikającego z jej obecnej sytuacji i z faktu powrotu do dawnego stanowiska.
W Warszawie otoczyła ją atmosfera zaciekawionej życzliwości i szacunku, który — jak szybko zorientowała się — zawdzięczała wielkiej popularności Nikodema.
Każdy człowiek, zbliżający się do niej, uważał za swój święty obowiązek przynajmniej kilka zdań powiedzieć o Dyzmie, używając samych superlatywów. Słuchała tego z niesłabnącą przyjemnością, lecz i z cieniem jakiegoś prawie zdziwienia. Wiedziała przecie od dawna, że Nikodem jest znakomitością, że jest poważnym mężem stanu i człowiekiem wielkiej wiedzy i zalet. Tam jednak, w Koborowie, wydał się jej mniejszym. Teraz, gdy ze wszystkich stron słyszała tylko słowa podziwu i zachwytu, gdy przekonała się, że zbyt nisko oceniała jego wartość, nabrała wobec niego pewnego rodzaju onieśmielenia.
Tryb życia Niny ułożył się, pomimo swojej atrakcyjności, a raczej dzięki nieustannej atrakcyjności — jednostajnie.
Zrana chodziła z ciotką na spacer, lub robiła zakupy w sklepach. O pierwszej wracała, zastając zawsze kogoś, kto przyszedł ją obejrzeć, później był obiad albo w domu, albo u znajomych, czasami na zaproszenie Nikodema w restauracji. O siódmej zjawiał się on sam i jechali do teatru czy kina. W pierwszym wypadku Nikodem odprowadzał ją do domu i żegnali się w bramie, natomiast w drugim — kino kończy się znacznie wcześniej niż teatr — wchodził z nią na górę i razem jedli kolację.
Nikodem wciąż nalegał, by przyszła do niego, lecz ona odkładała to z dnia na dzień.
Byli właśnie na bardzo sprośnej farsie i Dyzma postanowił sforsować jej upór. Gdy samochód zatrzymał się przed domem pani Przełęskiej, odprawił auto.
— Pójdę pieszo. To niedaleko — powiedział szoferowi.
Kiedy Nina chciała nacisnąć guzik dzwonka, powstrzymał jej rękę:
— Nie, Nineczko, teraz pójdziemy do mnie.
— O nie, ja idę do siebie.
— Koniecznie musisz!
— Ależ to niemożliwe! Co sobie ciocia o mnie pomyśli.
— Pomyśli, co zechce. Cóż to ciebie obchodzi?
— Nie, nie! — upierała się.
— Na chwilę, na pół godzinki — prosił — czy ty mnie już nie kochasz?
Przytuliła się do niego i szepnęła:
— Więc dobrze, ale nie teraz.
— Teraz.
— Nie. Jutro. Powiemy, że idziemy do kina.
Skrzywił się i chciał jeszcze nalegać, lecz Nina zadzwoniła i w bramie rozległy się kroki stróża.
Szybko pocałowała go w usta i zniknęła w bramie.
Mróz był dość duży i Nikodem nastawił kołnierz futra. Zrobił kilka kroków w kierunku domu, lecz zaraz zatrzymał się i zawrócił ku Kruczej. W alei Jerozolimskiej był jeszcze dość duży ruch, a Nowy Świat ujrzał gęsto zatłoczony.
Wstąpił do baru, wypił kilka wódek i zjadł wielką porcję golonki z grochem. Za bufetem stała tęga dziewczyna w białym kitlu.
— Niczegowata baba — pomyślał i nagle przyszło mu na myśl, że przecie dość jest wyjść na ulicę i kiwnąć palcem na taką, która mu się podoba.
Zapłacił, wbrew zwyczajowi nie sprawdzając rachunku i wyszedł.
Wybór istotnie był nie mały. Po kilku minutach upatrzył sobie jedną. Nie chciał jej zabierać do domu, wolał wydać na hotel. Zaprowadziła go do jakiejś brudnej nory na Chmielnej.
Było już po trzeciej gdy zaczął się ubierać, wyjął dwadzieścia złotych, położył na stoliku i mruknąwszy „dowidzenia“, wyszedł na ciemny korytarz. Gdzieś na samym końcu paliła się żarówka.
Gruba baba, właścicielka hotelu, wprowadzała właśnie nową parę, w drugim końcu korytarza otworzyły się drzwi — ktoś wychodził:
Nikodem z przyzwyczajenia sięgnął po papierośnicę i skonstatował jej brak. Szybko zawrócił i nie zamykając drzwi, wpadł do pokoju:
Dziewczyna siedziała na łóżku w kucki i wyszczerbionym grzebieniem czesała zmierzwione włosy.
— Dawaj porcygar, cholero!
— Jaki porcygar?
— Jaki? Już ja ci pokażę jaki! Dawaj zaraz, bo i tak znajdę, a tobie mordę rozbiję!
— Czego wrzeszczysz? Chcesz zbiegowisko zrobić?! Drzwi nie możesz zamknąć?!
Obejrzał się. Istotnie w ciemnym korytarzu ktoś stał. Gdy odwrócił się tak, że na jego twarz padło światło, usłyszał cichy okrzyk, a później szybkie kroki.
Zamknął drzwi, przekręcił klucz i schował do kieszeni. Podszedł do łóżka. Dziewczyna wciąż flegmatycznie rozczesywała włosy. Jednym ruchem wyrwał jej grzebień i cisnął o podłogę.
— Nooo!... Czego się rzucasz, frajerze?! — powiedziała prawie barytonem.
— Oddaj porcygar, słyszysz!
— Ja nie brałam — wzruszyła ramionami.
Zamachnął się i uderzył ją w twarz tak silnie, że wywróciła się i głową stuknęła o ścianę.
— Dawaj! Cholero! — zamachnął się znowu.
Zakryła twarz łokciem. Chwycił jej torebkę. Wewnątrz było kilka ubogich drobiazgów, para wymiętych banknotów i brudna chustka do nosa.
Przyglądała się mu w milczeniu.
— Uu... żmija!
Jednym ruchem wyrwał z pod niej poduszkę i rzucił na podłogę. Wraz z nią z brzękiem upadła papierośnica. Podniósł ją, obejrzał i schował do kieszeni:
— Złodziejka — mruknął — ścierwo.
— Sameś, frajerze, ją tam schował!
— Łżesz! — ryknął.
Nie odpowiedziała. Otworzył drzwi i wyszedł. Na ulicy zrzadka paliły się latarnie.
Dorożki ani śladu. Trzeba było iść pieszo. Mróz zwiększył się, śnieg pod nogami skrzypiał. Przechodniów było niewielu. Szedł prędko. Gdy skręcał w Marszałkowską obejrzał się. Po drugiej stronie w odległości kilku kamienic równie prędko szła jakaś dziewczyna.
— Druga taka sama — pomyślał — niema głupich.
Szedł tak szybko, że tamta musiała prawie biec, jednakże widocznie postanowiła nie dać za wygraną, gdyż odwróciwszy się przy Nowogrodzkiej, zobaczył ją znowu. Przystanął, lecz ku jego zdziwieniu i ona wówczas przystanęła koło jakiejś nieoświetlonej wystawy sklepowej. Drobna, ubogo ubrana dziewczyna w czarnym kapeluszu.
Splunął i poszedł dalej. Zawrócił na ulicę Wspólną. Po kilku minutach był już przed swoją bramą.. Stróż otworzył i nisko się ukłonił.
— O której wrócił szofer? — zapytał Dyzma, gdyż lubił kontrolować podwładnych.
— Tak, proszę wielmożnego pana, około jedenastej.
— A dach na garażu naprawili?
— A jakże, proszę wielmożnego pana.
Skinął mu głową i wszedł na schody. Ani Nikodem ani stróż nie zauważyli sylwetki dziewczyny, która przyglądała się im przez okratowanie bramy.
Serce jej biło mocno.
Podniosła oczy na fronton gmachu.
Na wysokości pierwszego piętra widniał czarny napis:

Państwowy Bank Zbożowy

— Bank!...
I nagle wszystko stało się jasne. Zupełnie jasne. Nikodem, jej Nikodem, który ją porzucił, chociaż go tak kochała, chociaż go wciąż kocha i zapomnieć nie może, Nikodem szykuje wielką robotę. Może podkop, a może tylko rozprucie kasy... W każdym razie ze stróżem jest w zmowie. Przecie widziała, jak go wpuścił i rozmawiał z nim pocichu.
Państwowy Bank Zbożowy.
A może wkręcił się tam za woźnego? Ale chyba nie, pocóżby przychodził w nocy.
Serce jej biło mocno.
Przeszła na drugą stronę i czekała.
Może zadzwonią dzwonki alarmowe, może u wylotu ulicy ukaże się policja? O, wówczas dobrze wie, co zrobić należy: zadzwoni i uprzedzi stróża... Prawda, Nikodem okłamał ją, zapomniał, nie wrócił, ale jeszcze może wrócić... Dobrze mu powodzi się, futro ma... A wtedy jechał bogatą maszyną... Gdy mieszkał u nich na Łuckiej, nawet nie śniło się jej, że ten Dyzma to taki klawy chłop, szemrany, swój...
Świt już przenikał przez gruby kożuch chmur, gdy zdecydowała się odejść. Zimno było. Gdy doszła na ulicę Łucką, brama już była otwarta: — dwadzieścia groszy oszczędności.
Następnego ranka poszła na Wspólną. Z niepokojem myślała o tem, że zobaczy bank, otoczony przez policję, że Nikodem może jest aresztowany, a może udało mu się zbiec.
Odetchnęła z ulgą. Kołowrot drzwi kręcił się nieustannie. Wchodzili i wychodzili interesanci, raz po raz zatrzymywały się samochody.
Chyba podkop, albo wyłom w murze... Na dłuższą metę...
Odnalazła go nareszcie. O, teraz już jej nie ucieknie. Pewna była, że w ciągu dnia tutaj go nie zobaczy, ale przyjdzie wieczorem, będzie warować i stanie mu twarzą w twarz...
I przyszła.
Dziesiąta, jedenasta... Nerwowym krokiem chodziła po przeciwległym trotuarze. Padał miękki, łagodny śnieg, wielkie jego płaty pod światło latarni z białych stawały się czarnemi.
Zaczepiono ją dwa razy. Nawet jeden facet był młody i wyglądał zamożnie, ale przecząco pokręciła głową.
Zaczęła niepokoić się: a może on dziś nie przyjdzie?... Jednakże będzie czekać! Musi... Mężczyźni to zawsze tacy, jak z oczu, to i z pamięci. Ten Zosiny rudy Władek to też przecie wrócił do niej...
Niecierpliwie wyglądała ku Marszałkowskiej i w przeciwną stronę i dopiero trzask zamykanej bramy zwrócił jej uwagę na kamienicę, w której mieści się bank.
Wychodził z niej Nikodem w towarzystwie jakiejś eleganckiej pani.
Śmieli się do siebie.
Dziewczyna ukryła się za występem muru. Przeszli na jej stronę, a że chodnik był wąski, mogła ich dosięgnąć ręką, gdy ją mijali. Dobiegł ją wyraźnie głos Nikodema:
— Jak ty zechcesz, kochana Nineczko, to..
Dalsze słowa zagłuszyła trąbka przejeżdżającego taksometru, natomiast zobaczyła, że wzięli się pod ręce.
— To tak!... — powiedziała w zamyśleniu.
Wolnym krokiem ruszyła za nimi.
Nie zdziwił ją fakt istnienia rywalki. Przecie nie mogła przypuszczać, by nie miał żadnej kobiety. Przestraszyła ją wszakże piękność tej pani.
— Kocha ją... napewno kocha... Ale dlaczego — zrodził się płomyk nadziei — dlaczego w takim razie wczorajszej nocy z inną w hotelu?...
Tkwiła w tem jakaś tajemnica. Gdyby nie to, może dopędziłaby ich zaraz i rzuciła tej kobiecie w oczy, że ma starsze, dawniejsze prawo do Nikodema, że go kocha...
— Wróci do mnie, wróci... Powiem mu, że oczy wypłakałam, że każda z takich, jak ja, ma swego przyjaciela, a ja jednak nie mam, chociaż pierwszorzędni chłopcy napraszali się... Musi wrócić...

∗             ∗

Nikodem odprowadził Ninę i zawrócił do domu. Rozmyślał właśnie nad tem, że Jurczak, uchodzący w Łyskowie za znawcę kobiet, jednak mylił się, twierdząc, że tylko brunetki są namiętne, gdy usłyszał swoje imię.
Odwrócił się. Przed nim stała Mańka.
— Nikodem — szepnęła cicho.
— Ach, to ty — powiedział, nie ukrywając niezadowolenia.
— Pamiętasz mnie?...
— Czego chcesz?
Patrzyła nań szeroko otwartemi oczyma. Nie wiedziała, co ma mówić.
— No, czego chcesz? — zapytał poirytowanym głosem.
— To tak mnie witasz? Co ja ci złego zrobiłam, Nikodem? — rzekła z wyrzutem.
— A, tam, z tem bajdurzeniem! Ani złego, ani dobrego, czego chcesz?
Milczała.
— Gadaj, do cholery!
Dziewczyna wciąż milczała.
Zaklął i chciał odejść, lecz chwyciła go za rękaw.
— Puść!
— Nie puszczę. Musisz mnie wysłuchać.
— No więc gadaj, do pioruna, o co chodzi?
— Widzisz, Nikodem, ty pewno nie wiesz, że ja bardzo za tobą tęskniłam, bo wiesz, że nawet kochanka nie mam, wciąż czekam na ciebie... Szukałam cię, ciągle myślałam, że jednak wrócisz, że nie zapomniałeś.
Wzruszył ramionami:
— Co wogóle miałem pamiętać, albo zapominać?
— Ale mówiłeś, że wrócisz!
— Ślubu z tobą nie brałem. Mało, co się mówi.
— Widzisz... ja ciebie kocham.
Roześmiał się głośno:
— Wielkie mecyje! Co noc kogoś kochasz.
— To mi wymawiasz? Niby co, dla przyjemności jestem „taką“? Z głodu zdechłabym. Muszę, chociaż za każdym razem rzygać mi się chce z obrzydzenia.
— Dobrze, dobrze, już tylko nie bujaj.
— Prawdę mówię. Chyba nikt mi nie pozazdrości. Psie życie.
— No, ale co to mnie obchodzi?
— Wróć do mnie!
— Nie. Nic z tego.
— Możesz mieszkać u nas darmo. Zapłacę za ciebie.
Wybuchnął śmiechem.
Przyglądała mu się z niepokojem:
— Czego się śmiejesz?
— Śmieję się, bo durna jesteś. Wybij to sobie z głowy.
— Dlaczego mnie nie chcesz? Czy już ci nie podobam się?
— A odczep się, Mańka, pókim dobry.
— A przecie wtedy mówiłeś, że wrócisz.
— Pluję na to co mówiłem! Rozumiesz? Teraz żenię się i wybij sobie ze łba, żebym takim patałachem, jak ty, sobie głowę zawracał. Nie takie ja teraz mam kobiety.
— Żenisz się z tą, coś z nią szedł?
— Z tą czy nie z tą, nie twojej babki interes.
— Ja wiem, że z tą — w głosie jej zabrzmiała nienawiść.
— Co tobie do tego?
— To, że ciebie kocham! — krzyknęła.
— Cicho, czego wrzeszczysz! Kochasz to kochaj, mam to gdzieś. A teraz odczep się, bo nie mam czasu.
Znowu chwyciła go za rękaw.
— Zaczekaj jeszcze chwilę.
— No.
— Pójdź ze mną na noc...
Uczepiła się nadziei, że zdoła go jeszcze namówić, odciągnąć od tamtej.
Odepchnął ją lekko:
— Odejdź.
— Nikodem!...
W jej oczach zabłysły łzy.
— Jeszcze mi tu wyć zaczniesz, no mówię ci, że nie mogę. Dziś nie mogę. Gdybym nawet chciał.
— Dlaczego?
— Mam robotę.
— Aha!... — skinęła głową z powagą.
Zrozumiała, że oczywiście taka rzecz jak „zrobienie“ banku, to nie byle co i że ona, Mańka, wobec tego nic nie znaczy.
— Ale później — zaczęła — później...
— Może później. Dowidzenia.
Chciał odejść, lecz jeszcze raz go zatrzymała:
— Nikodem, nie pocałujesz mnie?
— O jej! Nudzisz.
Pochylił się ku niej i cmoknął w policzek. Mańka wszakże nie dała się tem zbyć i objąwszy szyję Dyzmy przywarła do jego ust.
Miała wargi soczyste, jędrne i zimne od mrozu.
— No, dość — odsunął ją od siebie.
— Wróć! Wróć do mnie — wyszeptała.
— A to piła z ciebie. Zobaczę, może później. Dowidzenia.
Skinęła w milczeniu głową.
Długo jeszcze stała na miejscu, patrząc za nim. Gdy znikł na skrzyżowaniu ulic, otarła chustką oczy i poszła w przeciwną stronę.
Nikodem był wściekły. Ta Mańka, która zjawiła się nagle ni z tego, ni z owego... Dawno o niej zapomniał... I wogóle jakiem prawem go się czepia?!... No oczywiście, kocha się i w gruncie dobra dziewczyna, ale to jeszcze nie powód, by łaziła za nim...
— Jeszcze mnie kiedy skompromituje. Albo Ninie nagada czego. Cholera!
Postanowił sobie, że jeżeli go jeszcze raz zaczepi, tak ją obsztorcuje, że już więcej nie ośmieli się.
W mieszkaniu powietrze było jeszcze przesycone perfumami Niny. Rozebrał się i chciał położyć się do łóżka, gdy przypomniał sobie, że jutro rano Krzepicki wyjeżdża do Koborowa i, że musi mu przygotować różne papiery.
Pracował dobre pół godziny i kończył właśnie, gdy rozległ się dzwonek telefonu. Podniósł słuchawkę.
Telefonował Wareda. Siedzą całą paczką w knajpie i zdecydowali wydzwonić Nikodema.
— Od czasu przyjazdu pani Niny — skarżył się pułkownik — wcale cię nie widzimy. Przyjeżdżaj koniecznie.
Dyzma jednak kategorycznie odmówił. Był zmęczony i senny.
Wogóle nie lubił knajpy. Wypić od czasu do czasu — owszem, ale siedzieć godzinami przy stoliku i zalać się na trupa, — nie. Jeżeli dawniej birbantował z Waredą, Ulanickim i innymi, robił to tylko dla nawiązania stosunków.
Teraz marzeniem jego, do którego stale powracał, było równe, spokojne życie w Koborowie.
Sprawa unieważnienia małżeństwa Niny posuwała się szybko. Największe ułatwienie w niej stwarzał fakt sfałszowania nazwiska przez męża — resztę robiły pieniądze, a tych obecnie Dyzmie nie brakowało.
Dni upływały jeden za drugim, nie przynosząc ważniejszych zdarzeń.
Nieobecność Krzepickiego dała się jednak odczuwać Nikodemowi na każdym kroku przy urzędowaniu w banku.
Chociaż miał już niejaką rutynę i wiedział, co należy robić w tym, a co w tym wypadku, bywały jednak kwestje, którym podołać nie umiał. Wówczas jedynym ratunkiem był ciężki atak reumatyzmu.
Jeżeli wszakże popełnił, pomimo posuniętych do maksimum ostrożności, kilka błędów — kładziono to na karb roztargnienia pana prezesa z powodu zakochania, o którem w banku obszernie dyskutowano. Źródłem głównych informacyj w tym względzie był Ignacy, który codziennie nosił kosze kwiatów do mieszkania narzeczonej pana prezesa.
Nina bywała kilka razy w tygodniu u Nikodema.
Pani Przełęska, nie wiedząc o tem, głośno i wobec wszystkich zachwycała się wielkiemi zmianami na awantaż w urodzie i usposobieniu siostrzenicy.
— Kochać i być kochaną, — mówiła do niej — to, moja droga najlepsza kosmetyka dla kobiety. Przecież ty rozkwitasz w oczach!
Nina śmiała się później, opowiadając to Nikodemowi.
O swoim mężu nie myślała prawie wcale. Zresztą nie miała na to czasu. Wir towarzyski wciągnął ją całkowicie. A bawiła się tem lepiej, że miała ogromne powodzenie. Młodzi i starsi panowie nadskakiwali jej zawzięcie, w każdym salonie otaczało ją moc wielbicieli.
Wśród nich znalazł się i taki, na którego Dyzma zaczął patrzeć z niepokojem.
Niepokój zaś ten uzasadniały nie tyle zalety tamtego, ile zachowanie się Niny. Wyróżniała go aż nazbyt oczywiście. Najczęściej z nim rozmawiała i tańczyła.
Był to prawie czterdziestoletni mężczyzna, wysoki, szczupły, o włosach konopiastych, wyzłoconych od słońca. Spadł nagle, djabli wiedzą, skąd, chyba z całego świata, gdyż opowiadał o Australji, Peru, czy Grenlandji z taką swobodą, jakby to były Konstancin, czy Milanówek. Nazywał się Hell, Oskar Hell. Mówił o sobie, że urodził się w Rosji, a Dyzmę nazywał kolegą, od czasu, gdy dowiedział się, że jest oxfordczykiem. Sam studjował w Cambridge. Władał zresztą językiem polskim równie dobrze, jak i dziesiątkiem innych. Gdy go proszono, by określił swoją narodowość, zabawnym ruchem rozkładał ręce.
Na Ninie od początku wywarł dodatnie wrażenie, co Nikodem dostrzegł bez trudu, tem bardziej, że nie starała się swej sympatji do tego przybłędy ukryć.
Sytuacji jeszcze nie można było nazwać niebezpieczną, jednakże niepokój Dyzmy wzrastał. Na dobitek nie miał pod ręką Krzepickiego, który na wszystko umie znaleźć sposoby. Napisał doń o wszystkiem, odpowiedzi jednak nie mógł się doczekać.
Tymczasem Oskar Hell zadomowił się w Warszawie na dobre. Nawiązał szerokie stosunki, był na każdym balu, „fiksie“, dancingu. A że nie prowadził żadnych interesów, a zawsze miał pieniądze, uznany został za bogatego, a nawet za pożądaną partję. Przywiózł go do Polski hr. Pomiałowski, zaprosiwszy na polowanie na dziki. Sam nie wiele mógł o Hellu powiedzieć, gdyż poznał go na pokładzie statku włoskiego, podczas wycieczki do wysp Kanaryjskich.
Nikodem cały zasób swego sprytu skierował ku odseparowaniu Niny od tego obieżyświata, bał się jednak postawić przed nią kwestję otwarcie, wiedział bowiem, że tem może sprawę pogorszyć.
Taki stan rzeczy trwałby niewiadomo, jak długo, gdyby w rozmowie między Hellem a Niną nie padło raz przypadkowo imię Kasi Kunickiej.
Okazało się, że Hell znał ją dobrze, że spotykał się z nią często w Davos, Cannes i w Genewie, że nawet korespondują od czasu do czasu, gdyż oboje interesują się telepatją i wymieniają na ten temat nowe spostrzeżenia i informacje.
Ninę bardzo podnieciła ta wiadomość. Nie miała dotychczas pojęcia, co się z Kasią dzieje, a lubiła ją przecie bardzo. Zresztą zbyt mocne wiązały ją z Kasią wspomnienia, by mogła obojętnie odnieść się do tej niespodzianki.
Naturalnie przy pierwszej sposobności powiedziała Nikodemowi:
— Wyobraź sobie, że pan Hell dobrze zna Kasię! Spotykał ją zagranicą, a nawet pisują do siebie listy! Biedna Kasia, taka samotna... Żal mi jej bardzo.
— Eee... może ten cały Hell kłamie.
— Nikuś! Jak możesz tak mówić — oburzała się — pan Oskar jest prawdziwym gentlemanem.
To zadecydowało.
Dyzma postanowił działać. I to natychmiast. Postanowił poradzić się Waredy i tegoż dnia umówił się z nim na kolację.
Po pierwszej wódce przystąpił do rzeczy:
— Widzisz Wacuś... Ty znasz tego Hella?
— Znam. Wesoły gość.
— Wesoły — nie wesoły, pies z nim tańcował! Ale widzisz, on mi nawala w parafję.
— Niby w czem?
— Włazi mi w paradę u mojej narzeczonej.
— No to zdziel draba po gębie i jak będzie się stawiał — para pistoletów i koniec.
— Pojedynek? — skrzywił się Dyzma.
— No, pewno. Ja ci Nikuś powiadam: w takich wypadkach najlepiej szast prast bez gadania.
— Kiedy widzisz... Mnie nie o to chodzi. Chodzi o babę. A baba, to jeszcze gotowa więcej na niego lecieć, jak go przetrącę, albo co.
— A więc, jak myślisz postąpić?
Dyzma podrapał się w podbródek.
— Żeby może takiego aresztować?... Czort jego wie, co za ptaszek, obieżyświat, włóczęga...
— Hm... między nami mówiąc, niema żadnego powodu.
— A może szpieg? — niepewnie powiedział Dyzma.
— A jeżeli nie? Niby dlaczego ma być zaraz szpiegiem?
— Może nie być, a może i być. Nikt go nie zna. Skąd ma forsę? Co? Z czego żyje?
— Hm...
— Przybłęda. Obcy obywatel...
— No tak — zastanowił się Wareda — możliwe. Możnaby sprawdzić jego dokumenty. Ewentualnie nawet zrobić rewizję w jego hotelu, ale jak okaże się, że jest w porządku, będzie fiasco. To nie jest sposób...
Wypił kieliszek wódki i nagle uderzył dłonią w stół:
— Będzie sposób! A wiesz, że to będzie sposób...
— No?
— Tobie przecie nie chodzi o to, żeby go wsadzić, tylko o to, żeby go... odsadzić?
— Jakto odsadzić?
— No, odsadzić od pani Niny.
— A no tak.
— No więc to jest sposób. Aresztuje się go, zrobi się rewizję, puści się o tem wzmiankę do gazet, a później faceta się przeprosi i wypuści.
— No, to co pomoże?
— Jakto co? Nie kapujesz?
— Nie.
— No przecie to proste. Cóż ty myślisz, że pani Nina zechce przestawać z takim, co jest podejrzany o szpiegostwo?
Dyzma zastanowił się i odparł po pauzie:
— Chyba nie.
— Że wogóle takiego będą przyjmować w towarzystwie?... Nie, bracie, po takim szpasie, będzie musiał zapakować manatki i wyjechać.
— Hm... Ale... może przecie wytłumaczyć, że to była pomyłka — zauważył Nikodem.
— A my — powiedział Wareda — możemy dać do zrozumienia, że go wypuszczono, bo był za sprytny i umiał ukryć w porę dowody winy.
Dyzma przyznał pułkownikowi rację. Plan był gotów i nie zwlekając z jego wykonaniem, Wareda zadzwonił do swego kolegi szefa II oddziału Sztabu, pułkownika Jarca.
Wieczorem spotkali się już we trójkę. Przed Jarcem nie wyjaśnili całej sprawy, gdyż Dyzma nie chciał wtajemniczać go w swoje niepokoje narzeczeńskie. Zresztą Jarc nie interesował się niemi. Wystarczyło mu w zupełności to, że prezes Dyzma podejrzewa tego cudzoziemca, który nie ma tu żadnego znaczenia, że prezesowi zależy na skompromitowaniu Hella, no i że kolacja była wyśmienita.
Nazajutrz rzecz miała być przeprowadzona wczesnym rankiem.
Nikodem od przyjścia do banku był w podnieconym nastroju. Nie mógł się doczekać pism popołudniowych, i co kilka minut wysyłał woźnego na ulicę, by dowiedzieć się, czy jeszcze nie wyszły.
Wreszcie woźny przyniósł trzy dzienniki.
Dyzma zaczął je gorączkowo przeglądać. W dwóch pierwszych nie było ani słowa o Hellu. Natomiast trzeci podawał na pierwszej stronie czarnym drukiem niedużą wzmiankę p. t. „Na tropie nowej jaczejki szpiegowskiej“. — „Aresztowanie wytwornego szpiega w luksusowym hotelu“.
We wzmiance nie było — jak się ułożyli — podane całkowite nazwisko Hella. Figurował tam jako H. Natomiast szereg informacyj, o nim zamieszczono w ten sposób, że nikt, kto znał Hella, nie mógł mieć najmniejszych wątpliwości, że tu o niego właśnie chodzi.
Dyzma zatarł ręce.
Odzyskał równowagę ducha, zaczął przeglądać papiery, kazał przynieść korespondencję do podpisu, żartobliwie rozmawiał z sekretarką, zrobił raid po biurach banku, przyczem z uśmiechem odpowiadał na ukłony, poczem zabrał się do czytania listów. Między innemi znalazł list Krzepickiego. Ten pisał:

Szanowny Panie Prezesie!
Przedewszystkiem śpieszę donieść, że wszystko dotychczas w porządku. Z żadną opozycją nie
spotkałem się, ani z sabotażem. Już potrochu orjentuję się w interesach. Koborowo to złote jabłko. Moje powinszowania. Za miesiąc będę znał tu każdą trocinę i każdy kamyczek. Ale tu wszyscy boją się pana prezesa, jak ognia! Jeszcze bardziej, niż w Banku. Byłem już dwa razy w Grodnie w urzędzie skarbowym. Rabinowicz daje po 700 zł. za sztukę. Chce wziąć 30 jałówek, ale płaci wekslami sześciomiesięcznemi firmy „Natan Golder i S-ka“, żyro kantoru bankierskiego Kugla w Białymstoku. Proszę Pana Prezesa depeszować, czy mam je przyjąć? Kasperski powiada, że są pewne.

Hella, o którym Pan Prezes pisze nie znam i nic o nim nie słyszałem. Jeżeli chodzi o moją radę, to radzę zbytnio nie przejmować się. Ale ostrożność nie zawadzi nigdy. To też zdaje mi się, że najlepiej będzie powiedzieć pani Ninie, że ten Hell cierpi na nieuleczalną weneryczną chorobę. To ją odstraszy.

Byłem dwa razy w pawilonie u Żorża Ponimirskiego, gdyż jest ciężko chory. Lekarz powiada, że zapalenie płuc. Gorączka bardzo wysoka, majaczy, wcale mnie nie poznał. Tak myślę, że może kipnąć. Gdy dowiedział się, że Kunickiego djabli wzięli, dostał szału radości i bez palta wybiegł do parku. Oczywiście, zaziębił się. Latał po parku i krzyczał na całe gardło. W gruncie rzeczy szkoda mi go. Biedny chłopak.

Dalej Krzepicki zdawał relację z wpływów i wydatków, prosił Nikodema o przyśpieszenie sprawy podkładów kolejowych i zapowiadał, że wkrótce wpadnie na dzień — dwa do Warszawy.
Nikodem był kontent. Podyktował maszynistce depeszę, polecającą przyjąć weksle, o ile Krzepicki sam w nie wierzy i zadzwonił do pani Przełęskiej, że zaprasza się do niej na obiad.
Gdy przyszedł, oprócz domowych zastał młodszą hrabiankę Czarską i dwóch młodych ludzi, których poznał, lecz nazwisk ich nie pamiętał.
Zaraz po powitaniach zapytał:
— Wiedzą już państwo o tem aresztowaniu?
— O jakiem?
— Nie, nie wiemy.
— Kogo aresztowali?
— Jakto — pokiwał głową Dyzma — w dzisiejszych czasach nikogo nie można być pewnym. A taki wydawał się sympatyczny facet.
— Ale kto? — nie mogła wytrzymać pani Przełęska.
— Kto? A no ten Oskar Hell.
— Kto? — zapytała niespokojnie Nina.
— Hell — odparł, obserwując wyraz jej twarzy.
— Niemożliwe! Pan Oskar?!
Nikodem flegmatycznie sięgnął do kieszeni i podał gazetę pani Przełęskiej, wskazując miejsce zakreślone czerwonym ołówkiem.
Przeczytała głośno i zakończyła westchnieniem:
— A to ładna historja! Mój Boże!
Nina wzięła dziennik i sama przeczytała wzmiankę. Była tem przygnębiona.
— Jakto nikomu dziś wierzyć nie można — sentencjonalnie powiedziała pani Przełęska.
— Ohyda — wyrzuciła z siebie Nina — ludzie są ohydni, jedno wielkie bagnisko!
— No, nie trzeba przesadzać — rzekł krótko Dyzma.
Zaczęła się rozmowa o Hellu, przyczem prawie wszyscy przypomnieli sobie różne szczegóły z jego zachowania się, które od dawna wyglądały wysoce podejrzanie.
Nina nie słyszała rozmowy. Myślała o tem, jak zły i fałszywy jest świat, jak bardzo w nim sama jest i bezbronna, jak nieprzygotowana na niespodziewane ciosy, które mogą spaść z każdej strony.
Przyglądała się Dyzmie. Wełniste włosy, kwadratowe czoło, krótki nos, usta wąskie i ogromna, potężna szczęka dolna. Tułów może przydługi i rozstawione nogi.
— Zdawałoby się zwykły człowiek — myślała — a jednak w tej pozornej pospolitości uderza jakaś skupiona, zaczajona siła, jakaś uśpiona moc, ale celowo ukrywana... Nik... mój Nik...
Była jakby zaskoczona tem, że ten poważny człowiek z mądrym półuśmiechem na twarzy, słuchający w milczeniu paplaniny tych ludzi, że ten mąż stanu, wielki ekonomista, ten człowiek tak... obcy, może nie obcy, lecz jakby jej daleki, jest jej Nikiem! No tak! Jej narzeczonym, wkrótce mężem, jest tym, który będzie odtąd kierować jej losem, życiem, który zapewni jej bezpieczeństwo, osłoni przed wszelkiem złem... O on to potrafi, jak nikt inny. Jest jak piramida na pustyni, której żaden huragan nie poruszy... Pan Hell też był prawdziwym mężczyzną, ale...
Wolała już o nim nie myśleć.
Podano do stołu. Toczyła się zwykła rozmowa o niczem.
Gdy po obiedzie na chwilę znaleźli się sami, szepnęła Dyzmie:
— Kocham, bardzo kocham.
Wziął ją za rękę i pocałował.
— Niku... Dziś pojedziemy do ciebie?
— A chciałabyś? — zapytał figlarnie.
Przygryzła wargi i patrząc mu prosto w oczy rozszerzonemi źrenicami wyszeptała:
— Bardzo, bardzo... bardzo...
Nieco zbladła, co już Dyzma znał dobrze.
— Trzy dni — mówiła — nie byliśmy razem...
— Dobrze — skinął głową i pomyślał: — Oho, będzie zajęcie.
Gdy wychodzili przed ósmą, Nina zapowiedziała, że idą do Opery. Ze śmiechem wyjaśniła Nikodemowi później, że dlatego wybrała Operę, że dziś grają tam „Afrykankę“, która kończy się aż po północy.
— Przebiegła jest twoja Nineczka, prawda?
— Ho... ho!..

∗             ∗

Przeczekał, aż kroki Niny ucichły w bramie i spojrzał na zegarek. Była pierwsza. Zawrócił ku domowi.
Znajdował się zaledwie kilkanaście metrów od kamienicy, w której mieścił się bank, gdy ujrzał Mańkę. Stała oparta o latarnię. Wyraźnie czekała na niego.
Nastroszył się. Chciał przejść, udając, że jej nie spostrzega, lecz zastąpiła mu drogę.
— Czego? — warknął głucho.
— Nikodem...
— Czego?!
— Nikodem... Nie gniewaj się... Ale ja bez ciebie żyć nie mogę...
— Poszła wont! Pluję na ciebie! I nie leź ścierwo jedna, bo ci pysk rozwalę!
Patrzała nań przerażonemi oczyma.
— Ale za co? Za co, Nikodem?
— Nadojadłaś mnie, do cholery i już.
— Ale ja ciebie kocham, a ty obiecałeś.
— Pluję na to, co obiecałem i na ciebie pluję! Rozumiesz!? Byle dziwka, byle szmata przyczepi się i napastuje. Taki pośmieciuch!
— Nikodem!...
— Wont, cholero!!!
Pchnął ją tak, że zatoczyła się i upadła na stertę brudnego śniegu.
Nie wstawała. Patrzyła za odchodzącym:
— To tak?!...
Zakryła twarz zmarzniętemi rękoma i płakała.
— Pośmieciuch... dziwka... szmata...
Nagłe zerwała się i pogroziła pięścią w kierunku banku:
— Poczekajże ty!
Otrzepała paletko ze śniegu i prędko, jak mogła najprędzej, zaczęła iść ku Marszałkowskiej.
— Popamiętasz mnie jeszcze, popamiętasz!... Ja cię nie będę miała, ale i tamta nie! Już ja cię urządzę.
Chęć zemsty, natychmiastowej zemsty, opanowała ją wszechwładnie.
Prawie biegła.
Nie zawahała się, gdy stojący przy wejściu policjant zapytał ją czego chce.
— Chcę „kapować“ na jednego — powiedziała.
— Kapować?... Dobra, idź do dyżurnego przodownika. Tamte drzwi.
W dużym pokoju, przedzielonym balustradką, stanęła przed biurkiem.
— Czego, — zapytał zajęty pisaniem przodownik nie podnosząc oczu.
Rozejrzała się. Byli sami.
— Wsypać chcę jednego.
— No? — zapytał flegmatycznie.
— On w maju jeszcze zakatrupił jednego Żyda. Dużo forsy zagrabił. Sam chwalił się i pokazywał. A teraz szykuje się do obrobienia banku na Wspólnej.
Przodownik odłożył pióro i podniósł na nią oczy:
— Banku? Kto taki?
— Nazywa się Dyzma. Nikodem Dyzma.
— A ty skąd o tem wiesz?
— Wiem.
— Jak się nazywasz?
— Mańka Barcik.
— Adres?
— Łucka 36.
— Zawód twój?
— Dziewczynka — odparła po chwili wahania.
— A dlaczego go sypiesz?
— To moja sprawa.
Przodownik zanotował nazwisko i adres.
— Powiadasz, że szykuje się na bank na Wspólnej?
— Tak.
— A wiesz, że tu żartów niema? Jeżeli zełgałaś, pójdziesz do aresztu.
— Wiem.
Przyjrzał się jej. Była spokojna. Z zaciętego wyrazu jej twarzy wywnioskował, że mówi prawdę.
— Gdzie on teraz jest ten Dyzma?
— W banku.
— Co?!
— Sama widziałam jak wchodził. On ze stróżem ma sztamę.
Policjant chwycił słuchawkę telefonu i wymienił numer.
— Jest pan komisarz?... Proszę koniecznie obudzić. Ważna sprawa. Tu dyżurny przodownik Kasparski.
Po dłuższej chwili odezwał się komisarz. Przodownik zameldował mu, że jest takie doniesienie.
— Zatrzymać ją — kazał komisarz — zaraz przyjadę i sam ją zbadam.
Przodownik położył słuchawkę i wskazał Mańce ławkę pod ścianą.
— Poczekaj.
— Dobrze.
Usiadła. O, on ją popamięta!
Nikodem leżał w łóżku i czytał gazetę, gdy zadzwonił telefon.
Zaklął i postanowił nie wstawać. Telefon jednak nie przestawał dzwonić.
— Co za cholera!?
Nie nakładając pantofli wyskoczył z łóżka, w ciemnym gabinecie potknął się o krzesło.
— Hallo!
— Czy mogę mówić z panem prezesem Dyzmą?
— Jestem. Kto mówi?
— Tu mówi komisarz Jaskólski. Moje uszanowanie panu prezesowi.
— Dzień dobry. O co chodzi?
— Przepraszam pana prezesa, że dzwonię tak późno, ale jest bardzo ważna sprawa.
— Co za sprawa?
— Zgłosiła się do komisarjatu prostytutka, nazwiskiem Barcik, zeznając, że pan prezes robi podkop pod Bankiem Zbożowym.
— Co?...
Komisarz wybuchnął śmiechem.
— Nie wygląda na warjatkę, ale z uporem twierdzi to, co panu prezesowi mówię. Czy pan prezes ją zna?
— A czort ją wie.
— No, naturalnie. Kazałem ją zatrzymać. Myślałem początkowo, że jest pijana, ale nie. Ona nie wie, że pan jest prezesem Banku Zbożowego. I chociaż jej to powiedziałem, nie chce cofnąć zeznania. Musi mieć do pana prezesa jakąś złość. Czy pan prezes rzeczywiście mieszkał kiedyś na ulicy Łuckiej?
— Ależ Boże broń! Jak żyję nie mieszkałem.
— Byłem tego pewny — odparł komisarz — to gadzina! Uśmieje się pan prezes, ale ona twierdzi, że pan w maju zabił i obrabował jakiegoś żyda. Nawet wymienia hotel, w którym pan pokazywał jej owe zrabowane pieniądze!
— A to cholera!
— No, to zrozumiałe, panie prezesie. Ale nie wiem, co mam z nią zrobić?
— Wylać na zbitą mordę!
— Kiedy ona gwałtem upiera się przy swojem zeznaniu i żąda, żeby je zaprotokułować. Formalnie rzecz biorąc, musiałbym w każdym razie zrobić protokół.
— A poco? — pośpiesznie zapytał Dyzma — nie trzeba żadnego protokółu.
— Rozumiem, panie prezesie, ale możnaby spisać i pociągnąć ją do odpowiedzialności za fałszywe oskarżenie.
— Eee tam, poco?
— Posiedzi ze trzy miesiące.
— Nie warto. Najlepiej niech pan komisarz poradzi jej, żeby dała spokój.
— Ba! Nie zgodzi się. Zacięta bestja.
— No, to zależy od tego, jak pan będzie radził.
— Nie rozumiem, panie prezesie?
— Już tam wy, policja, macie swoje sposoby...
— Aha! — połapał się komisarz. — Będzie załatwione, panie prezesie. Moje najniższe uszanowanie. Jeszcze raz przepraszam za niepokój.
— Szkodzi nic. Dziękuję bardzo. A ja już przy sposobności będę pamiętał o panu, panie komisarzu.
Komisarz rozpłynął się w podziękowaniach i, kładąc słuchawkę, nacisnął jednocześnie guzik dzwonka. W drzwiach stanął policjant.
— Dawać ją tu.
— No, więc widzisz, całe twoje zeznanie jest fałszywe. Pójdziesz do kryminału.
Czekał na jej odpowiedź, lecz dziewczyna milczała.
— Ale szkoda mi ciebie. Jesteś młoda i głupia, więc jeszcze radzę ci po dobroci, cofnij swoje zeznanie.
— Nie cofnę — powiedziała z uporem — niech tam będzie i kryminał.
Komisarz zerwał się na równe nogi i zaczął krzyczeć, waląc pięścią w stół:
— Ach, ty gadzino! Cofniesz! Ja ci powiadam, że cofniesz! Jak pies odszczekasz!
Chodził wzburzony po pokoju. Wreszcie zatrzymał się przed Mańką:
— No? Cofniesz?
— Nie — odpowiedziała krótko i przygryzła wargi.
— Walasek — rzekł do wchodzącego policjanta — weźcie ją do ostatniego pokoju i wytłumaczcie, że składanie fałszywych oskarżeń na dostojników państwa nie kalkuluje się.
— Rozkaz, panie komisarzu.
Wziął dziewczynę za łokieć i wyprowadził na korytarz.

Wlokła się długo, bardzo długo. Słońce już wzeszło, coraz więcej ludzi było na ulicy. Zataczała się i potykała. Przechodnie oglądali się za nią. Jakaś starsza pani, mijając ją, powiedziała z pogardą:
— Tfy, bezwstydna pijaczka!
Mańka nic nie odpowiedziała.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Dołęga-Mostowicz.