Kapitan Czart/Tom I/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Louis Gallet
Tytuł Kapitan Czart
Tom I
Podtytuł Przygody Cyrana de Bergerac
Wydawca Bibljoteka Groszowa
Data wydania 1925
Drukarz Zakłady Graficzne „Drukarnia Bankowa“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Wiktor Gomulicki
Tytuł orygin. Le Capitaine Satan
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron
XII

Roland nie spieszył się bynajmniej z przedstawieniem brata margrabiemu de Faventines.. Ale ten ostatni położył koniec jego namysłom, przybył bowiem pierwszy do pałacu przy ulicy Ś-go Pawła, aby powinszować obu braciom tak szczęśliwego zdarzenia.
Wieczorem tegoż samego dnia Roland i Ludwik udali się do margrabiego, na szczególne jego zaproszenie, i po raz pierwszy od pamiętnej sceny improwizacji Manuel znalazł się oko w oko z Gilbertą.
— Pani! — rzekł Roland de Lembrat do narzeczonej z lekkim uśmiechem, którego zdradziecka słodycz nie została przez nikogo zauważona — — oto ów śmiały poeta, którego natchnieniem stałaś się pani dnia pewnego. Wolno mu teraz prawić pani tyle wierszy, ile mu się podoba. Nie jest to już człowiek obcy, jest to brat mój... i pani także — dodał z naciskiem.
Spojrzenia Gilberty i Manuela spotkały się i twarz panny de Faventines oblała się silnym rumieńcem, młodzieniec zaś, nadzwyczaj pomieszany, wyjąkał kilka słów bez związku.
Dopełniwszy nieuniknionej formalności, Roland pozostawił brata sam na sam z narzeczoną i zajął miejsce obok margrabiny. Znajdował dziką rozkosz w igraniu z ogniem, w pozostawianiu pozornej swobody miłosnym zabiegom Manuela.
Możliwe następstwa tego zbliżenia mało go obchodziły. Alboż nie miał poczucia swej wielkiej siły? alboż nie wiedział, że gdy zechce, jedno słowo jego wystarczy do rzucenia brata w ściek, z którego wyciągnął go Cyrano?
Ochłonąwszy nieco, Manuel usiadł odważnie obok Gilberty i postanowił nie tracić ani minuty, aby wydobyć się z położenia, którego delikatność umiał ocenić właściwie Bergerac.
Wiemy już, że był to charakter łatwo zapalny i skłonny do wybuchów; osobliwa mieszanina odwagi i obawy; umysł niedostatecznie jeszcze zrównoważony i może niezupełnie dorastający zadania, które los przed nim postawił.
Gdy Manuel odnalazł brata, przyrzekł mu posłuszeństwo, przyjaźń i szacunek, a oto nagle widzimy go zapominającego najzupełniej, pod wpływem miłości, o wszystkich przyrzeczeniach.
Osądził, że dość czyni, zrzekając się majątkowych korzyści, jakie mu zapewniało urodzenie, i że za tę cenę wolno mu już słuchać głosu serca.
Był bardzo młody, nie znał się na ustępstwach i ugodach, praktykowanych w świecie; przedewszystkiem zaś, był po uszy zakochany.
Któż mógłby dziwić się, że miłość opanowała młodzieńca niepodzielnie? któż zwłaszcza mógłby go za to potępiać?
— Pani — rzekł do Gilberty — nadzwyczajne zdarzenie, które w życiu mem zaszło, jakkolwiek wstrząsnęło całą moją istotę, nie pozwoliło mi jednak zapomnieć przeszłości. W przeszłości zaś tej znajduje się fakt, który zmusza mnie prosić panią. o prze baczenie.
Panna spodziewała się tych słów; prawie czekała na nie. Jednak gdy nadeszły, wysłuchała ich ze drżeniem, prawie z trwogą.
W tejże chwili wszakże przyszło jej na pamięć, że ma przed sobą nie biednego ulicznego śpiewaka, lecz szlachcica, brata człowieka, który ma zostać jej mężem, i że, tak, czy owak, nie zdoła uniknąć tego niebezpiecznego starcia; przybrała więc minę poważną, prawie lodowatą i zwróciła na Manuela zimne, pytające spojrzenie.
— Tak jest — podjął młodzieniec, — muszę prosić panią o przebczenie. Gdym nie był niczem, śmiałość moja, choć w istocie nadzwyczajna, nie mogła pani dotknąć, ani nawet być przez nią zauważoną; dziś...
Zaciął się. Gilberta powtórzyła:
— Dziś....
— Dziś — kończył — czuję, że szlachcic winien wytłumaczyć się z zuchwalstwa, którego dopuścił się względem pani włóczęga.
Panie! — odpowiedziała, spuszczając, oczy Gilberta — zrywając całkowicie z przeszłością, powinieneś pan zapomnieć o wszystkiem, co ma z nią łączność.
Zapomnieć! — powtórzył młodzieniec, — Żądasz pani ode mnie jedynej rzeczy, której przyrzec ci nie mogę. Każ mi pani upokorzyć się i uniżyć przed sobą, przypomnij, żem ci, winien głęboki szacunek, ale nie żądaj ode mnie ofiary z mych wspomnień.
Gilberta nic nie odrzekła.
— Pozwól pani — podjął Manuel, podniecając się dźwiękiem słów własnych, a bardziej Jeszcze olśniewającą pięknością Gilberty — pozwól, abym się wyspowiadał przed tobą. Gdy poznasz paru moje całe życie, zdobędziesz się może na słówko wyrozumiałości lub choćby współczucia.
Jął mówić ośmielony jej milczeniem; jął mówić o wszystkiem, co wycierpiał, o wszystkiem, na co się odważył. Opowiedział, jak nocami przemykał się w cieniu murów pałacowych; wyjaśnił tajemnicę bukietów, które każdego poranku rozkwitały ne oknie Gilberty; wyspowiadał się ze wszystkich marzeń, ze wszystkich próżnych zamysłów, ze wszystkich szaleństw poety i zakochanego.
Gdy Gilberta słuchała tej spowiedzi, tajało jej piersiach serce i zatrzymywał się oddech. Zapomniała o ojcu, zapomniała o Rolandzie zapomniała o świecie całym.
Wyrwało ich z tego odurzenia zarazem bolesnego i rozkosznego spojrzenie Rolanda. Hrabia od kilku chwil stał przed nimi, obrzucając oboje wzrokiem ognistym.
Manuel opuścił salon margrabiego napółnieprzytomny i nic nie było w stanie otrzeźwić go z tego półsnu, w jaki wprawiła go rozmowa z ukochaną.
Następnych dni wicehrabia Ludwik de Lembrat powracał nieustannie do pałacu Favantines.
Reszta łatwa do odgadnięcia: Manuel i Gilberta wzajem się pokochali. Wyznanie miłosne wybiegło z ich ust prawie mimowolnie; przyszłość ukazywała im się teraz pełna trwogi i gróźb.
W tydzień mniej więcej po bytności w Domu Cyklopa, a w ciągu tego czasu nic się napozór w sprawie tej nie zmieniło — wicehrabia Roland de Lembrat zaprosił swego przyszłego teścia, oraz panią de Faventines i Gilbertę na zabawę, którą miał wyprawić pojutrze.
— Sądziłem — dodał — że robię państwu przyjemność, zapraszając też czcigodnego Jana de Lamothe..
— Starostę! — zawołał ojciec Gilberty. — Ależ zapomniałeś, kochany hrabio, że nie smakuje on bynajmniej w zebraniach takich, jak my, profanów.
— Bądź spokojny, panie margrabio; przyjdzie on i upewniam pana, że będzie nam często dotrzymywał miejsca w pałacu Lembrat — oświadczył hrabia z uśmiechem, który, jakby mimowolnie, skierował do Manuela.
Zabawa, na którą zapraszał Roland, nie była bynajmniej zaimprowizowaną naprędce. Rinaldo na dłuźo przedtem czynił do niej przygotowania, i dopiero, gdy były one ukończone, pan jego zajął się rozsyłaniem zaproszeń.
Rankiem tego dnia ważnego Ben Joel otrzymał pismo, zawierające tylko te słowa: „Dziś wieczorem“.
Podczas gdy w mroku rozstawiano sidła, w które miał być pochwycony Manuel, ten ostatni ubierał się starannie na zabawę, nucąc półgłosem piosenkę miłosną, w której imię Gilberty powtarzało się nieustannie.
Roland de Lembrat miał widocznie, dużo przyjaciół, gdyż salony jego zapełnił tłum równie liczny, jak świetny i ożywiony. Sprosił on na ten wieczór całą śmietankę paryskiego towarzystwa. Tłoczono się i duszono potrosze — co dla powodzenia zabawy stanowi przyprawę konieczną.
Pierwszą osobą, którą dostrzegł margrabia de Faventines, wchodząc do salonu, był imćpan Jan de Lamothe. Starosta miał minę poważniejszą jeszcze i bardziej nadętą, niż zwykle.
— Pan tu? — zapytał wesoło margrabia, Pan — mędrzec, uczony, w tem wesołem gronie trzpiotów i lekkoduchów?
— Wszędzie jest miejsce dla sprawiedliwości, panie margrabio-odrzekł uroczyście starzec.
— Wiem o tem; sądzę jednak, że nie sędziego tu spotykam, lecz przyjaciela?
— Jednego i drugiego, margrabio.
— Jesteś pan bardzo surowy dzisiejszego wieczora; miałżebyś zachowywać jeszcze w sercu urazę do Bergeraca i wiedząc, że go tu znajdziesz, przygotowywać się do przekonania go o magję, herezję i bluźnierstwa przeciw religii?
— Nie, ale bądź pan pewny, że i jego kolej nadejdzie.
— A czyjaż nadeszła już, jeśli łaska? Przybyliśmy tu wszyscy, aby zabawić się wesoło, aby uczcić wspólną biesiadą powrót Ludwika de Lembrat, aby przyjąć, udział w szczęściu jego brata.
Czyżbyśmy, nie wiedząc, o tem, deptali po wężach, lub czyżby dom hrabiego był kryjówką spiskowców?
— Nie — zaprzeczył dość oschle starosta.
— W takim razie nic już nie rozumiem.
Jan de Lamothe pochylił się wówczas do ucha margrabiego i szepnął słów kilka.
— Co pan mówisz? — zawołał de Faventines.— Czyż to możliwe?
— Jest z wszelką pewnością tak, jak panu powiedziałem. Hrabia de Lembrat uprzedził mnie zawczasu. Spełnię powinność swą do końca.
— Dziwne! niesłychane! — powtórzył kilkakrotnie margrabia i, wsparty na ramieniu starosty, wmieszał się w tłum gości.
W chwili, gdy obaj mijali drzwi otwarte do pierwszego salonu, ujrzeli Gilbertę, której towarzyszył Manuel.
Margrabia poruszył się gwałtownie, jakby chciał pobiec do młodzieńca i odtrącić go od swej córki. Przytrzymał go de Lamothe, mówiąc:
— Miarkuj się, margrabio, Jeszcze nie pora.
Manuel i Gilberta przeszli spokojnie i usiedli przy otwartem oknie, wychodzącem na ogród. Noc była cicha i jasna; zapach kwiatów unosił się w powietrzu; w gąszczach słychać było głosy wesołe i wybuchy śmiechu.
— Więc przyznaje pani — mówił półgłosem młodzieniec, dla którego początek jego miłości był tematem niewyczerpanym — że miałem szczęście być przez nią poznanym?
— Od pierwszego spojrzenia. Było to bezwątpienia przeczucie.
— Ach! czynisz mnie dumnym, Gilberto. Jakto? wbrew przesądom społecznym, wbrew opinii świata całe o, ten biedny cygan, ten poeta uliczny potrafił wzbudzić sympatię w sercu patrycjuszki?
— Sama nie wiem, jak się to stało, Ludwiku.O! ilem ja wycierpiała, powtarzając sobie po tysiąc razy, że dzieli nas przepaść nie do przebycia, że żadna siła ludzka zbliżyć nas do siebie nie potrafi! Postanowiłam poświęcić się, zrobić z uczucia swego ofiarę, zachowując jednak do śmierci, jako najwyższą pociechę, pamięć pierwszego wzruszenia.
— Droga Gilberto! Kiedyż będę mógł pochlubić się jawnie swem szczęściem?
— Gdy tylko zdobędziesz się na odwagę wyjawienia prawdy Rolandowi, jak ja postanowiłam wyznać ją swemu ojcu.
— Rolandowi! Zawsze o nim zapominam! Czemuż przywracając mi rodzinę, Bóg zmusił mnie wybierać pomiędzy niewdzięcznością i-nieszczęściem!
— Nie Boga trzeba tu oskarżać.
— A kogoż?
— Mnie. Nie miałam odwagi sprzeciwiać się swemu ojcu, a jednak powinnam była to zrobić, gdyż nie kochałam hrabiego. Teraz spełnię swój obowiązek.
A brat?
— Brat jest człowiekiem zbyt prawym, aby miał żywić niechęć do ciebie za uczucia, które,moje serce przepełniają.
— Żyjmy więc teraźniejszością, Gilberta.
— Żyjmy teraźniejszością i wierzmy w przyszłość.
W salonie pojawił się Cyrano. Spostrzegł zdaleka zakochanych i zaraz do nich pośpieszył.
W kilka chwil później ukazał się sam Roland. Powitawszy już wcześniej większą część swych gości, wymknął się był do swego pokoju, gdzie miał błyskawicznie krótką naradę z Rinaldem.
— Wszystko gotowe-oświadczył mu ten ostatni. Hrabia, zjawiwszy się zpowrotem w salonie, pośpieszył przedewszystkiem do Sawinjnsza.
— A! nareszcie! — rzekł, witając poetę. — Spóźniasz się, mój drogi. A właśnie czekamy na ciebie z przedstawieniem.
— Cóż to za przedstawienie?
— Trochę muzyki, przytem mały balecik.
I zaraz, zwracając się do Gilberty, zapytał:
— Pani jesteś królową zabawy, ja skromnym wykonawcą jej zleceń. Czy królowa pozwoli, abym dał znak zaczęcia?
— Ależ tak, niezawodnie! — odrzekła Gilberta z pośpiechem.
Hrabia klasnął w ręce, Zawieszona w jednym końcu salonu kurtyna podniosła się i muzykanci, zajmujący niewielką estradę, wykonali lekką uwerturę baletową, Na scenie ukazali się tancerze włoscy będący podówczas w modzie w Paryżu.
Balet trwał krótko. Był on tylko prologiem komedii, którą miano za chwilę odegrać.
— Przepyszne! pochwalił Cyrano.—Masz dobry smak, kochany Rolandzie.
— Nieprawda? — odparł ironicznie hrabia.—mam ja jeszcze dla ciebie wiele innych niespodzianek.
W tej chwili w otwartych drzwiach ukazała się dwuznaczna postać Rinalda. Łotr niósł tacę z chłodnikami; postępowali za nim inni służący, pełniąc tęż samą czynność. Odpowiednio do swej roli przybrał on minę uczciwą, pokorną i prawie naiwną.
— Czyżbym się mylił? — rzekł Cyrano. przyglądając się służącemu.-Zdaje mi się, przyjacielu Rolandzie, że to ten gałgan Rinaldo, który przebywał w Fougerolles za dobrych czasów naszego dzieciństwa?
— Ten sam-przytaknął Roland. Jednocześnie rzucił znaczące spojrzenie staroście, jakby zwracając uwagę jego na to, co ma nastąpić. De Lamothe skłonił poważnie głową na znak, że rozumie.
Przez szczególny zbieg okoliczności, który był może wynikiem umyślnego planu Rolanda, wszystkie główne osoby, przybyłe na zabawę, znlazły się w otaczającej go grupie.
Rinaldo obszedł tę grupę,podsuwając wszystkim z uniżonością swą tacę, i znalazł się niebawem przy Manuelu. Zamiast jednak podać młodzieńcowi chłodniki, stanął nieruchomo i jął wpatrywać się weń z natężoną uwagą, jakby coś sobie przypominając.
— Cóż tak mi się przyglądasz, przyjacielu?zapytał Manuel.
Rinaldo drgnął i zatoczył się, odgrywając znakomicie rolę człowieka, schwytanego na gorącym uczynku, Taca wysunęła mu się z rąk, kryształowe naczynia rozbiły się z brzękiem na posadzce.
Hałas przyciągnął w tę stronę większą część gości. Hrabia miał już publiczność, której pragnął i której potrzebował.
— Niezgrabjaszu!-krzyknął na Rinalda.
Służący przyjął obelgę bez zmrużenia oczu i przystąpiwszy do swego pana, szepnął mu coś na ucho.
— Czy wiesz, kochany bracie-przemówił głośno Roland do Manuela — co tak bardzo człowieka tego przeraziło?
—Nie zgaduję, doprawdy — odparł spokojnie młodzieniec.
— Oto, wydało mu się, że cię zna.
— To, bardzo możliwe. Ja wszakże go nie znam.
— Mówi nawet-nacierał Roland-że jest pewny swego, i dodaje...
— Cóż takiego dodaje?
— Że nie jesteś moim bratem.
Nadzwyczajna ciekawość objawiła się w tłumie.Świetne grono węszyło skandal. Manuel doświadczył jakby ogłuszenia. Zapanował jednak nad sobą i, zmuszając się do uśmiechu, wyjąkał:
— Twoi służący są nielada żartownisiami!
— Baczność! — mruknął do siebie Cyrano.—Wilk zrzuca jagnięcią skórę.
Rinaldo stał w środku grupy, do której przyłączali się coraz nowi 2goście Manuel zbliżył się doń, położył rękę na jego ramieniu i, patrząc mu oko w oko, wyrzekł z naciskiem:
— No, przyjacielu! przypatrz mi się dokładnie i powiedz z łaski swojej: kimże to ja jestem, jeśli nie wicehrabią Ludwikiem?
Fagas przybrał minę zakłopotaną.
— Z przeproszeniem jaśnie pana — rzekł z maskowaną ironicznie bezczelnością — jaśnie pan jest Szymon Vidal
— Szymon Vidal! syn ogrodnika z Fougerollesl — zaśmiał się szyderczo Cyrano. — Paradny koncept, ani słowa!
— Tak ponowił Rinaldo — mały Szymuś, który zginął równocześnie z naszym drogim paniczem.
Cyrano wzruszył ramionami.
— Ten człowiek mówi od rzeczy — zwrócił się do Manuela. Niema co mu odpowiadać.
— Mnie to zostaw, kochany Cyrano. Trzeba, żeby wszyscy byli sędziami mego honoru.
I przystępując ponownie do Rinalda, rzekł z mocą:
— Twoja pamięć, kochanku, jest zanadto wierna, a raczej zanadto usłużna. I po czemże poznajesz tak niezawodnie Szymona Vidal, który był dzieckiem pięcioletniem, gdy zniknął z domu?
— Dlaczegóż nie miałbym go poznać? Byłem w jego wieku i zapamiętałem go doskonale. Wszystkie jego rysy rozpoznaję w pańskich, które od tygodnia badam z uwagą, Gdyby mi zresztą pozostawała jeszcze jaka wątpliwość, jeden szczegół wystarczy do jej usunięcia. Pewnego razu, bawiąc się z Szymusiem, rozciąłem mu czoło kamieniem. Rana była szeroka i głęboka-wybornie pamiętam.
I przy tych słowach, wyciągając rękę do czoła Manuela:
— Oto blizna! — oświadczył z przerażającym spokojem.
Teatralna ta scena zbudziła szmer wśród obecnych.
— Nędzniku!-wrzasnął Manuel — zapłacono ci, abyś wygłosił te niedorzeczne oszczerstwa! Bracie mój, w imię prawdy i sprawiedliwości — wypędź tego zuchwalca!
Roland odpowiedział wybuchem wzgardliwego śmiechu, Na niego teraz przyszła kolej zabrania głosu w tej tragikomedii podstępu i podłości.
— Precz z maską, panie!-wyrzekł wyniośle. — Człowiek ten powiedział prawdę. Od tygodnia już haniebnie mię zwodzisz.
— Co on mówi? — jęknęła Gilberta. która śledziła tę scenę z przestrachem, pozbawiającym ją prawie przytomności.
— Zastanów się, co czynisz, Rolandzie! — wtrącił surowo Cyrano, nie dając czasu do odpowiedzi swemu protegowanemu.
— Nie przeszkadzaj, Bergeraku.Od trzech dni wiadomo mi już dokładnie, że ten, co się bratem moim mianuje, jest oszustem; od trzech dni powstrzymuję z wysiłkiem gniew i oburzenie. Świadectwo służącego jest niewystarczające, przyznaję to, ale dzięki wytrwałym poszukiwaniom, badaniom i pogróżkom, udało mi się zdobyć inne, bardziej przekonywające i straszniejsze. Pewny, że winowajca już mi się z rąk nie wymknie, pozwoliłem mu przez pewien czas broić bezkarnie; zamiarem moim było od początku zedrzeć publicznie maskę z nikczemnika, napiętnować go w czach całego grona ludzi uczciwych, którzy widzieli, jak zwiedziony na chwilę szatańskiem podejściem, przyciskałem go do piersi, jak brata. Tamto przyjęcie było jawne i głośne; jawną i głośną musi być też kara.
Manuel schronił się instynktownie pod opiekę Cyrana.
— Sawinjuszu! Sawinjuszu!-szeptał z trwogą—broń mię, bo nie mam już nic do powiedzenia, bo czuję, że zginąć muszę.
Cyrano był zawsze gotowy do odparcia ciosu.
— W straszną grę wdałeś się, hrabio de Lembrat-rzekł z mocą.-Zaniechaj jej, póki czas. Dowody tożsamości Ludwika istnieją, w moich zaś rękach znajduje się broń, której doniosłości nie znasz jeszcze.Jest nią testament twego ojca.
— Wprowadzono cię w błąd, mój Cyrano, jak nas wszystkich. Ten człowiek nie należy do rodziny de Lembrat: nadużył on twej dobrej wiary i twego dobrego serca. Ty sam, nie mając dość siły, aby oprzeć się pierwszemu wzruszeniu, ośmieliłeś bezwiednie oszusta, którego ofiarą ja paść miałem.
Wypowiedziane to zostało ze zdumiewającym spokojem. Roland de Lembrat był strasznym zapaśnikiem.
— A podobieństwo Ludwika do ojca?-nacierał kipiący gniewem poeta-a piśmienne dowody? Cóż na to powiesz?
— Nic zgoła — zakończył zimno Roland. — Wykryłem i udowodniłem oszustwo; do pana starosty należy wymierzyć winowajcy sprawiedliwość.
— A! to i pan starosta do dzieła należy? Winszuję ci, Rolandzie — wszystkoś umiał przewidzieć i przygotować.
Na te słowa wystąpił czcigodny Jan de Lamothe I z zaDowoleniem wewnętrznem, którego nie starał się ukrywać, wyrzekł:
— Tak, mój panie, wszystko zostało przewidziane. Nic nie ujdzie wzroku sędziego — słyszysz pan? — nic! Pomyśl pan nad tem. Od trzech dni uprzedzony przez pana de Lembrat, pracowałem w pocie czoła, aby zburzyć, coś pan zbudował. Powiodło mi się. Poleciłem uwięzić i poddać badaniu pańskich wspólników.
— Moich wspólników! — wrzasnął Cyrano.— Przez Boga żywego! mości starosto, okiełznaj swój język, jeśli nie chcesz, abyśmy się na serio pogniewali z sobą!
Przed groźnym gestem wojowniczego autora „Podróży na księżyc“ Jan de Lamothe uważał za właściwe cofnąć się kilka kroków wtył.
— Powoli, panie de Bergerac-zaśpiewał, przedzieliwszy się od poety wystarczającą przestrzenią — ja, mój panie, nie jestem awanturnikiem. Mnie nie przezywają „Kapitanem Czartem.“ Mogę przedstawić panu dowody, że hrabia de Lembrat postąpił, jak mu obowiązek honoru nakazywał postąpić.
—I jakież to dowody, mości sędzio?
— Zeznania świadków.
—Jakich świadków?.
— Ben Joela i jego siostry.
— Ach, Ben Joela! — wykrzyknął radośnie Manuel — jestem ocalony!
Cyrano krzyknął nań z gniewem:
— Dzieciaku naiwny! — nic-że nie pojmujesz?
Manuel w istocie nic zgoła nie pojmował. Nie domyślał się on nawet, jak głęboka jest przepaść, do której go wtrącono.
Otwarły się drzwi, do salonu wprowadzono Ben Joela i Zillę. Manuel postąpił kilka kroków ku nim.
Ale nagle, spotkawszy ich spojrzenia, zadrżał, stanął w miejscu i pobladł śmiertelnie.
Twarz Ben Joela była pokryta chmurami, jak niebo jesienne; twarz Zilli była marmurowa.
Manuel uczuł się w tej chwili całkowicie, nieodwołalnie zgubionym. Cyrano przeciwnie, zdawał się przyjmować porażkę obojętnie. Z zimną krwią rozsiadł się na krześle i śledził dalszy przebieg intrygi.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Louis Gallet i tłumacza: Wiktor Gomulicki.