Kandyd, czyli Optymizm/XXII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wolter
Tytuł Kandyd, czyli Optymizm
Podtytuł XXII. Co się zdarzyło Kandydowi i Marcinowi we Francyi
Pochodzenie Powiastki filozoficzne /
Tom pierwszy
Data wydania 1922
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Drukarz Drukarnia »Czasu« w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

XXII. Co się zdarzyło Kandydowi i Marcinowi we Francyi.

Kandyd zatrzymał się w Bordeaux tylko tyle, ile trzeba było aby sprzedać parę kamyków z Dorado, i zaopatrzyć się w wygodny pojazd na dwie osoby; nie umiał się już bowiem obejść bez filozofa Marcina. Zmartwiony był tylko bardzo, że musi rozstać się z baranem, którego zostawił Akademii nauk w Bordeaux. Ta ogłosiła jako przedmiot dorocznego konkursu zagadnienie, czemu ów baran ma czerwoną wełnę; nagrodę przyznano pewnemu uczonemu z północy, który udowodnił, przez A plus B, minus C, podzielone przez D, że baran musiał być czerwony i umrzeć na księgosusz.
Wszelako, wszyscy podróżni których Kandyd spotkał w gospodach po drodze, powiadali: „Jedziemy do Paryża“. Ta powszechna skwapliwość obudziła w nim wreszcie ochotę ujrzenia stolicy; nie było to wielkiem zboczeniem z drogi do Wenecyi.
Wjechał do miasta od przedmieścia Saint-Marceau; doznał wrażenia, że znajduje się w najszpetniejszej mieścinie Westfalii.
Zaledwie Kandyd dobił do gospody, uczuł objawy lekkiej choroby, spowodowanej zmęczeniem. Ponieważ miał na palcu olbrzymi dyament, a również zauważono w jego pojeździe nader ciężką szkatułę, znalazło się natychmiast dwóch lekarzy, których wcale nie wzywał, paru serdecznych przyjaciół nie odstępujących go ani na chwilę, i dwie dewotki które grzały mu polewkę. Marcin powiadał: „Przypominam sobie, iż, podczas pierwszej podróży, również zachorzałem w Paryżu; byłem bardzo ubogi; to też, nie miałem na usługi ani przyjaciół, ani dewotek, ani lekarzy, i wyzdrowiałem“.
Wszelako, pod wpływem lekarstw i puszczania krwi, choroba Kandyda pogorszyła się znacznie. Pewien poczciwy obywatel, zamieszkały w tejże dzielnicy, przyszedł, z całą słodyczą, domagać się odeń obligu płatnego na okaziciela[1] na tamten świat. Kandyd nie chciał o tem słyszeć; dewotki upewniały że to nowa moda; Kandyd odpowiedział, że nie należy do ludzi upędzających się za modą. Marcin chciał wyrzucić natręta oknem. Klecha przysięgał, że nie zechcą pochować Kandyda. Marcin klął się, iż wnet pochowa samego klechę, jeśli nie zostawi ich w spokoju. Kłótnia stawała się coraz żywsza; Marcin wziął go za kark i wyrzucił bez ceremonii, co spowodowało wielkie zgorszenie, i, w następstwie, protokół w policyi.
Kandyd wyzdrowiał; podczas rekonwalescencyi miewał u siebie na wieczerzy nader wykwintne towarzystwo. Grywano dość grubo. Kandyd był wielce zdziwiony, że nigdy nie widział w swojej karcie asów; Marcin nie dziwił się zgoła.
Pośród nowo poznanych osób, które zaopiekowały się Kandydem ze szczególną troskliwością, znajdował się młody labuś, jeden z owych ludzi wścibskich, zawsze gorliwych, zawsze usłużnych, bezczelnych, obleśnych, narzucających się: z tych co to czyhają na świeżo przybyłych podróżnych, opowiadają im najnowsze skandaliki, i stręczą uciechy za wszelką cenę. Najpierw zaprowadził Kandyda i Marcina do teatru. Grano właśnie nową tragedyę. Kandydowi wypadło miejsce w pobliżu kółka znawców. To nie przeszkodziło, iż wylewał łzy w najpiękniejszych miejscach, ile że były doskonale odegrane. Jeden ze znawców, siedzący obok, rzekł w międzyakcie: „Zupełnie niewłaściwie pan płaczesz: aktorka jest bardzo licha; partner jej jeszcze lichszy; sztuka jeszcze gorsza niż aktorzy; autor nie umie ani słowa po arabsku a wszakże scena rozgrywa się w Arabii; co więcej, jestto człowiek który nie wierzy we wrodzone pojęcia; przyniosę panu jutro dwadzieścia broszur przeciw niemu. — Racz mi pan powiedzieć, ile posiadacie sztuk teatralnych we Francyi?“ zapytał Kandyd labusia; ów odpowiedział: „Pięć do sześciu tysięcy. — To dużo, rzekł Kandyd: a ile między niemi dobrych? — Z jakich piętnaście, odparł tamten. — To dużo“, rzekł Marcin.
Kandyd był bardzo pod wrażeniem aktorki, która grała królowę Elżbietę w pewnej dość płaskiej tragedyi[2], wystawianej od czasu do czasu. „Ta aktorka, rzekł do Marcina, podoba mi się bardzo, przypomina cośkolwiek pannę Kunegundę; chętniebym się z nią poznał“. Labuś ofiarował się go wprowadzić. Kandyd, wychowany w Niemczech, zapytał, jaka jest etykieta i jak traktuje się we Francyi królowe angielskie. „Zależy jak i gdzie, rzekł labuś; na prowincyi, prowadzi się je do gospody, w Paryżu uwielbia się je, jeżeli ładne, a po śmierci rzuca do kloaki. — Królowe do kloaki! rzekł Kandyd. — Nie inaczej, odpad Marcin;. ten pan ma słuszność; byłem w Paryżu, kiedy panna Monima[3] przeniosła się, jak to mówią, do lepszego świata; odmówiono jej tego, co ludzie tutejsi nazywają honorami pogrzebu, to znaczy prawa do gnicia na szpetnym cmentarzu razem ze wszystkimi dziadami całej dzielnicy. Pogrzebano ją całkiem osobno, gdzieś w rogu ulicy Burgundzkiej, co musiało jej sprawić niezmierną boleść, była to bowiem wielce szlachetnie myśląca osoba. — To bardzo nieuprzejmie, rzekł Kandyd. — Co pan chcesz, rzekł Marcin, tutejsi ludzie mają takie zapatrywania. Wyobraź sobie wszystkie możliwe sprzeczności, wszystkie przeciwieństwa, a znajdziesz je w rządzie, w trybunałach, w kościołach, w widowiskach tego osobliwego narodku. — Czy to prawda, że w Paryżu zawsze się śmieją? rzekł Kandyd. — Tak, odparł labuś, ale wściekając się równocześnie; tutaj bowiem wyrzekają na wszystko trzymając się za boki od śmiechu; ba, śmiejąc się, czynią rzeczy najbardziej haniebne.
— Kto jest, spytał Kandyd, ten gruby wieprz, co oto tak wymyślał na sztukę na której się spłakałem, i na aktorów którzy sprawili mi tyle przyjemności? — To wieczny malkontent, odparł labuś, który zarabia na życie mówieniem źle o każdej sztuce i książce; nienawidzi wszystkiego co ma powodzenie, jak eunuchy nienawidzą ludzi posiadających siłę męzką; to jeden z owych płazów literackich żywiących się błotem i trucizną; zwykła wesz kałamarzowa. — Co nazywasz pan wszą kałamarzową? rzekł Kandyd. — To, odparł księżyk, ot, taki skryba dziennikarski, taki Fréron[4][5].
W ten sposób Kandyd, Marcin i labuś rozprawiali na schodach, przyglądając się publiczności opuszczającej teatr. „Mimo że wielce pragnę ujrzeć pannę Kunegundę, rzekł Kandyd, chciałbym wszelako zjeść wieczerzę w towarzystwie panny Clairon, była bowiem zachwycająca“.
Labuś nie był człowiekiem mogącym mieć przystęp do panny Clairon, która obracała się jedynie w dobrem towarzystwie. »Zajęta jest dziś wieczór, rzekł; ale miło mi będzie zaprowadzić cię do pewnej dystyngowanej damy: tam poznasz Paryż, jakgdybyś żył w nim od czterech lat“.
Kandyd, z natury ciekawy, pozwolił się zaprowadzić do owej damy, mieszkającej w dzielnicy św. Honoryusza. Towarzystwo siedziało właśnie przy faraonie; każdy z tuzina smętnych poniterów trzymał w ręce plik karteczek, żałosny rejestr niepowodzeń wieczoru. Panowało głębokie milczenie, bladość obsiadła czoła poniterów, niepewność czoło trzymającego bank; zaś gospodyni domu, siedząc obok nieubłaganego bankiera, śledziła oczyma rysia wszystkie parole, wszystkie stawki graczy; wszelkie zakusy wyłamania się z prawideł poskramiała z uwagą surową lecz grzeczną, nie okazując gniewu, z obawy aby nie postradać klienteli. Dama ta kazała się nazywać margrabiną de Parolignac. Córka jej, piętnastoletnia panienka, siedziała wśród poniterów i mrugnięciem oka ostrzegała o oszukaństwach nieboraków, którzy starali się naprawiać okrucieństwa losu. Labuś, Kandyd i Marcin weszli; nikt się nie podniósł z miejsca, nie pozdrowił, nie spojrzał na nich; wszyscy byli głęboko zajęci kartami. „Pani baronowa de Thunder-ten-tronckh była uprzejmiejsza“, pomyślał Kandyd.
Tymczasem, labuś nachylił się do ucha margrabiny, która podniosła się z lekka, uczciła Kandyda wdzięcznym uśmiechem, Marcina zaś dystyngowanem skinieniem głowy. Kazała podać krzesło i karty Kandydowi, który, w dwóch taliach, przegrał pięćdziesiąt tysięcy; poczem wszyscy zasiedli bardzo wesoło do wieczerzy. Wszyscy dziwili się, że Kandyd nie był wzburzony po stracie; lokaje szeptali między sobą ze swą lokajską filozofią: „To musi być z pewnością jakiś milord angielski“.
Wieczerza toczyła się jak zazwyczaj w Paryżu: zrazu milczenie, potem gwar słów niepodobnych do rozróżnienia, następnie koncepty, po największej części bez smaku, fałszywe nowinki, niedorzeczne rozprawy, trochę polityki i dużo obmowy; mówiono nawet o nowych książkach. „Czy czytał kto z państwa, rzekł labuś, romans imć Gauchat[6], doktora teologii? — Owszem, odparł jeden z biesiadników, ale nie mogłem go dokończyć. Mnóstwo mamy niedorzecznych gryzmołów, ale wszystkie razem nie dają wyobrażenia o bredniach pana Gauchat, doktora teologii. Jestem tak przesycony bezmiarem ohydnych książek który zalewa nas codziennie, że wolałem zabrać się do poniterki przy faraonie. — A cóż powiecie na Mięszaniny archidyakona Trublet[7]? rzekł księżyk. — Och, rzekła pani de Parolignac, cóż za śmiertelna nuda! jak on bystro roztrząsa rzeczy wszystkiem wiadome! jak ciężko rozprawia o tem co nie jest warte ani lekkiej wzmianki! jak, bez cienia dowcipu, przywłaszcza sobie dowcip drugich! jak psuje wszystko co łupi z innych! coż za obrzydliwość, ale nie złapie mnie już więcej; wystarczy przeczytać parę stronic tego miłego archidyakona“.
Był przy stole człowiek uczony i pełen smaku, który potwierdzał wszystko co mówiła margrabina. Rozmowa zeszła na tragedye; dama zapytała, dlaczego istnieją tragedye, które grywa się niekiedy, a których niepodobna przeczytać. Znawca wytłómaczył jej bardzo zręcznie, że sztuka może budzić pewne zaciekawienie a nie posiadać żadnej wartości; wykazał, w zwięzłych słowach, że niedość jest powtórzyć jedną z owych pospolitych sytuacyi, które spotyka się w każdym romansie i które zawsze przykuwają widzów, ale że trzeba być oryginalnym bez dziwactwa, często wzniosłym, zawsze naturalnym, znać serce ludzkie i umieć mówić jego głosem; być wielkim poetą, tak wszelako aby nigdy żaden z bohaterów sztuki sam nie zdał się poetą; znać doskonale język, władać nim czysto, harmonijnie, tak aby nigdy rym nie bogacił się kosztem treści. „Ktokolwiek, dodał, nie przestrzega wszystkich tych prawideł, może zyskać poklask w teatrze jedną lub drugą tragedyą, ale nigdy nie będzie liczony w poczet wielkich pisarzy. Bardzo mało mamy dobrych tragedyj: jedne to dyalogowane idylle, dobrze napisane i gładko rymowane; drugie, usypiające rozprawy polityczne, albo też niecierpliwiące gadulstwo; inne, majaki obłąkańca, o barbarzyńskim stylu, z wątkiem rwącym się co chwila, długie apostrofy do bogów ponieważ autor nie umie mówić do ludzi, fałszywe maksymy, napuszone komunały“.
Kandyd wysłuchał tych uwag z nabożeństwem i powziął wielki szacunek dla mowcy; że zaś margrabina raczyła go posadzić koło siebie, nachylił się nieco i odważył się spytać, kto jest ten człowiek wygłaszający tak światłe zdania. „To uczony, rzekła dama; nie grywa w karty, ale labuś przyprowadza go niekiedy na wieczerzę. Zna się wyśmienicie na teatrze i na książkach; napisał sam tragedyę którą wygwizdano, i książkę, która rozeszła się w jednym egzemplarzu, ofiarowanym mi przez autora. — Wielki człowiek! rzekł Kandyd, to drugi Pangloss“.
Zaczem, obracając się ku niemu, rzekł: „Jest pan zapewne zdania, że wszystko idzie jak najlepiej w świecie fizycznym i moralnym, i że nic nie mogłoby się dziać inaczej? — Ja? odparł uczony, ani odrobinę; uważam iż wszystko idzie u nas na opak; nikt nie zna ani swojej rangi ani stanowiska, nie wie ani co czyni ani co powinien czynić. Z wyjątkiem kolacyi które bywają dość wesołe i w czasie których panuje jakaś harmonia, resztę czasu trawi się na niedorzecznych kłótniach: jansenistów przeciw molinistom, sądowników przeciw klechom, literatów przeciw literatom, dworaków przeciw dworakom, finansistów przeciw ludowi, mężów przeciw żonom, krewnych przeciw krewnym; jedna ustawiczna wojna“.
Kandyd odpowiedział: »Widziałem gorsze rzeczy; ale pewien mędrzec, którego, na nieszczęście, potem powieszono, pouczył mnie, że to wszystko jest właśnie doskonale: to są cienie na pięknym obrazie. — Pański wisielec kpił sobie chyba z ludzi, rzekł Marcin; te jego cienie, to ohydne plamy. — To ludzie robią te plamy, rzekł Kandyd, i nie mogą inaczej. — Zatem, to nie ich wina“, rzekł Marcin. Gracze, nie rozumiejący przeważnie nic z tego języka, pili; Marcin zapuścił się w dysputę z uczonym, Kandyd zaś opowiedział pani domu to i owo ze swych przygód.
Po wieczerzy, margrabina zaprowadziła Kandyda do buduaru i posadziła na kanapie. „I cóż! rzekła, ciągle zatem kochasz bez opamiętania pannę Kunegundę von Thunder-ten-tronckh? — Tak, pani“, odparł Kandyd. Margrabina rzekła z tkliwym uśmiechem: „Odpowiadasz jak galant z Westfalii; Francuz powiedziałby: Prawda, kochałem pannę Kunegundę; ale, widząc ciebie, pani, lękam się że już jej nie kocham. — Ach, pani, odparł Kandyd, odpowiem jak zechcesz. — Twoja miłość dla niej, rzekła margrabina, obudziła się gdyś jej podnosił chusteczkę: otóż, pozwalam abyś mi podniósł podwiązkę. — Z całego serca“, rzekł Kandyd; i tak uczynił. „A teraz, zapnij mi ją“, rzekła dama; Kandyd znów był posłuszny. „Widzisz, młodzieńcze, rzekła dama, jesteś tutaj obcy; paryskim wielbicielom każę niekiedy wzdychać przez dwa tygodnie, ale tobie gotowam uledz zaraz pierwszej nocy, trzebaż bowiem okazać gościnność młodzieńcowi przybyłemu z Westfalii“. Tu, piękna dama, spostrzegłszy dwa olbrzymie dyamenty na rękach młodego cudzoziemca, zaczęła wychwalać je tak szczerze, że, niebawem, z palców Kandyda przeszły na palce margrabiny.
Wracając do domu z labusiem, Kandyd odczuwał niejakie wyrzuty, iż sprzeniewierzył się pannie Kunegundzie. Labuś współczuł z jego troską: zbyt skąpo bowiem przypuszczono go do udziału w pięćdziesięciu tysiącach zostawionych przez Kandyda na zielonym stoliku i w wartości dwóch brylantów, wpół danych, wpół wymuszonych. Miał najszczerszy zamiar wyzyskać, ile się da, tę cenną znajomość. Raz po razu zagadywał Kandyda o pannę Kunegundę; Kandyd zwierzył mu się, że, skoro ją ujrzy w Wenecyi, nieomieszka błagać o przebaczenie za swą niewierność.
Frant rozwijał coraz więcej grzeczności i nadskakiwań, okazując serdeczne zainteresowanie dla wszystkiego co Kandyd mówi, czyni, zamierza.
„Zatem, drogi panie, rzekł, masz się spotkać w Wenecyi ze swą ukochaną? — Tak, odparł Kandyd, dołożę wszelkich starań aby odszukać pannę Kunegundę“. Zaczem, porwany przyjemnością mówienia o tem co kochał, opowiedział, wedle zwyczaju, część swoich przygód z dostojną Westfalką.
— Sądzę; rzekł labuś, że panna Kunegunda musi błyszczyć nieporównanym dowcipem i że pisze czarujące listy. — Niestety! nie wiem, odparł Kandyd; wyobraź pan sobie, iż, gdy mnie wypędzono z zamku za naszą miłość, nie miałem sposobu nawiązania korespondencyi. Wkrótce później dowiedziałem się że zginęła; następnie odnalazłem ją i straciłem znowu. Obecnie, wysłałem do niej o dwa tysiące pięćset mil umyślnego posłańca, i oczekuję jego powrotu“.
Księżyk słuchał uważnie i zadumał się nieco. Niebawem, pożegnał się z cudzoziemcami, wyściskawszy ich czule. Nazajutrz, wczesnym rankiem, Kandyd otrzymał list, skreślony w tych słowach:
„Drogi mój panie i kochanku, od tygodnia leżę chora w tem mieście; dowiaduję się że i ty tu bawisz. Pomknęłabym w twoje ramiona, gdybym się mogła ruszać. Dowiedziałam się w Bordeaux o twoim przejeździe, zostawiłam tam wiernego Kakambę i starą, którzy niebawem podążą tu za mną. Gubernator Buenos-Aires zabrał mi wszystko; ale zostaje mi twoje serce. Przybywaj; obecność twoja wróci mi życie, lub też zabije mnie z rozkoszy“.
Ten uroczy list, spadający tak niespodzianie, napełnił Kandyda nieopisaną radością; równocześnie, choroba drogiej Kunegundy zasmuciła go głęboko. Szarpany temi dwoma uczuciami, bierze wszystko złoto i dyamenty i każe się prowadzić, wraz z Marcinem, do wskazanej w liście gospody. Wchodzi, drżąc ze wzruszenia; serce mu bije, głos trzęsie się od łkania; chce rozsunąć zasłony; chce wołać o światło. „Nie waż się pan, mówi garderobiana; światło ją zabija“. To mówiąc, co żywo zaciąga firanki. „Droga Kunegundo, rzekł Kandyd płacząc, jak się miewasz? jeżeli mnie nie możesz widzieć, przemów przynajmniej. — Nie może mówić“, odparła pokojówka. Wówczas, dama wysuwa z łóżka utoczoną rączkę, którą Kandyd długo skrapia łzami, i którą napełnia następnie garścią dyamentów, zostawiając równocześnie woreczek złota na fotelu.
Wpośród tych uniesień, zjawia się sierżant policyi, w towarzystwie znanego nam labusia, oraz oddziału straży. „To są, rzecze, owi podejrzani cudzoziemcy“. Każe natychmiast ująć obu, i rozkazuje swym zuchom aby ich powlekli do więzienia. „Nie tak obchodzą się z podróżnymi w Eldorado, rzekł Kandyd. — Jestem bardziej manichejczykiem niż kiedykolwiek, rzekł Marcin. — Ależ panie, dokąd pan nas prowadzi? spytał Kandyd. — Do dziury“, odparł sierżant.
Marcin, odzyskawszy zimną krew, osądził, iż dama odgrywająca rolę Kunegundy była hultajką; labuś hultajem, który, w najkrótszej drodze, skorzystał z naiwności Kandyda; sierżant zaś trzecim hultajem, którego z łatwością można się będzie pozbyć.
Woląc nie udawać się pod opiekę trybunałów, Kandyd, oświecony radą przyjaciela, i zresztą wciąż dyszący niecierpliwością oglądania prawdziwej Kunegundy, ofiaruje sierżantowi trzy małe dyamenty, każdy wartości około trzech tysięcy pistolów. „Och, panie, rzekł stróż bezpieczeństwa, gdybyś nawet popełnił wszystkie możliwe zbrodnie, jesteś dla mnie najuczciwszym człowiekiem w świecie; trzy dyamenty! każdy po trzy tysiące pistolów! Panie! dałbym się zabić za pana, zamiast pana prowadzić do więzienia. Aresztują wszystkich cudzoziemców, ale zdaj się pan na mnie, mam brata w Dieppe, w Normandyi; doprowadzę tam panów, a jeżeli macie jeszcze jaki dyamencik na zbyciu, będzie miał o was pieczę jak o mnie samego.
— Dlaczegoż-to aresztują wszystkich cudzoziemców?“ spytał Kandyd. Labuś odpowiedział: „Dlatego, że jakiemuś włóczykijowi rodem z Atrebacyi[8] nagadano bredni: to popchnęło go do ojcobójstwa, nie takiego jak w 1610, w maju, ale jak w 1594[9] w grudniu; takiego, jakie, w różnych latach i miesiącach, popełniali i inni urwipołcie, którzy również nasłuchali się bredni“.
Zaczem, sierżant wytłumaczył o co chodzi. „Och! potwory! zawołał Kandyd; jakto! takie okropności w narodzie który bez przerwy tańczy i śpiewa? Corychlej trzeba nam opuścić ziemię, w której małpy drażnią tygrysów! W moim kraju widziałem niedźwiedzi; ludzi widziałem tylko w Dorado. Na miłość Boga, mości sierżancie, zawieź mnie do Wenecyi, gdzie mam oczekiwać panny Kunegundy. — Mogę pana zawieźć jedynie do Normandyi“, rzekł policyant. Natychmiast każe mu zdjąć kajdany, powiada iż się omylił, odprawia strażników, wiezie Kandyda i Marcina do Dieppe i powierza ich pieczy brata. Stał tam właśnie pod żaglem okręcik holenderski. Normandczyk, który, dzięki trzem dalszym dyamentom, okazał się człowiekiem najuczynniejszym w świecie, wsadza Kandyda i jego służbę na okręt, odpływający do Portsmouth w Anglii. Nie była to droga do Wenecyi; ale Kandyd miał uczucie iż wyzwolono go z piekła; zresztą, miał zamiar podążyć do Wenecyi przy najbliższej sposobności.


Przypisy

  1. Aluzya do biletu spowiedzi odbytej u księdza uznającego bullę Unigenitus (1713) wymierzoną przeciw jansenistom; biletem takim musiał się wykazać każdy, kto chciał uzyskać ostatnie namaszczenie. Wynikłe stąd spory trwały aż do r. 1756.
  2. Prawdopodobnie Hrabia Essex, Tomasza Corneille.
  3. Adryanna Lecouvreur, z którą Woltera łączyły węzły przyjaźni.
  4. Współczesny autor i dziennikarz, głośny głównie nieprzyjaźnią Woltera.
  5. Fréron (1718—1776) redaktor Année littéraire, wielki nieprzyjaciel Woltera, któremu nieraz dał się we znaki swą gryzącą ironią. Wolter odpłacał mu to przy każdej sposobności, nie przebierając w środkach, jak widać z powyższego ustępu.
  6. X. Gauchat napisał lichą książkę p. t. Listy o niektórych pismach współczesnych, za którą nagrodzono go tłustem probostwem.
  7. X. Trublet (1697—1770), kanonik Saint-Malo, zręczny kompilator. Głównem jego dziełem są Essais de Litterature et de Morale.
  8. Z Artois. Chodzi o Damiensa, urodzonego w Arras, który 5 stycznia 1757 targnął się na życie Ludwika XV, za co rozszarpano go końmi na placu de Grève.
  9. Zamordowanie Henryka IV i zamach Jana Châtel, wychowanka Jezuitów, na Henryka IV.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Franciszek Maria Arouet i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.