Kandyd, czyli Optymizm/XXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wolter
Tytuł Kandyd, czyli Optymizm
Podtytuł XXIII. Jak Kandyd i Marcin przybijają do brzegów Anglii i co tam widzą
Pochodzenie Powiastki filozoficzne /
Tom pierwszy
Data wydania 1922
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Drukarz Drukarnia »Czasu« w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron

XXIII. Jak Kandyd i Marcin przybijają do brzegów Anglii i co tam widzą.

„Och, Panglossie! Panglossie! Och, Marcinie! Marcinie! Och, droga Kunegundo! czemże jest ten świat? powiadał Kandyd, stojąc na pokładzie. — Czemś bardzo niedorzecznem i bardzo ohydnem, odpowiadał Marcin. — Znasz Anglię; czy ludzie są tam równie pomyleni jak we Francyi? — To znowuż inny rodzaj szaleństwa, rzekł Marcin. Wiesz, że te dwa narody są z sobą w wojnie[1] o parę morgów śniegu gdzieś wpodle Kanady, i że wydają na tę wojnę o wiele więcej niż cała Kanada warta. Określić szczegółowo, czy w jakimś kraju więcej jest kandydatów do kaftana bezpieczeństwa niżeli w drugim, na to moja słaba wiedza nie pozwala; wiem tylko, że, naogół, ludzie, których mamy niebawem oglądać, są wielce żółciowi“.
Tak rozmawiając, przybili do Portsmouth; mnogość ludu cisnęła się na wybrzeżu i przyglądała się z zajęciem dość otyłemu człeczynie[2], który klęczał z zawiązanemi oczami na pokładzie jednego z okrętów. Czterech żołnierzy, ustawionych naprzeciw nieboraka, wpakowało mu, z największym spokojem, każdy po trzy kule w głowę; poczem, cale zgromadzenie rozeszło się wielce zadowolone. „Cóż to znowu znaczy? rzekł Kandyd; co za demon sprawuje wszędy swe władztwo?“ Zapytał, kim był ów grubas, którego zgładzono właśnie w sposób tak ceremonialny. „To pewien admirał, odpowiedziano mu. — I za cóż zabito tego admirała? — Dlatego, objaśniono go, że on nie zabił dosyć ludzi: wydał bitwę admirałowi francuskiemu; otóż, osądzono, iż niedosyć się doń zbliżył. — Ależ, rzekł Kandyd, admirał francuski musiał być równie daleko od angielskiego, jak ten od niego? — Zapewne, odpowiedziano, ale w tym kraju uważają, iż dobrze jest, od czasu do czasu, uśmiercić admirała aby zachęcić innych“.
Kandyd był tak oszołomiony i zgorszony, że nie chciał nawet wysiąść na ląd; ułożył się z właścicielem statku (choćby go nawet miał okraść, jak ów w Surinam), aby go zawiózł bez zwłoki do Wenecyi.
W ciągu dwóch dni okręt był gotów do drogi. Przemknęli wzdłuż wybrzeży Francyi, minęli Lizbonę na której widok Kandyd zadrżał, wreszcie dotarli do Wenecyi. „Bogu chwała! rzekł Kandyd ściskając Marcina, mam nadzieję iż w tem mieście ujrzę piękną Kunegundę. Ufam Kakambie, jak samemu sobie. Wszystko jest dobre, wszystko idzie dobrze, wszystko idzie najlepiej jak tylko być może“.


Przypisy

  1. Aluzya do epizodów kolonialnych wojny siedmioletniej (1756—1763).
  2. Aluzya do egzekucyi admirała Byng, którego Wolter, nie znając go zresztą osobiście, daremnie starał się uwolnić. Admirała Byng stracono, w r. 1757, za to, że dał się pobić koło Minorki flocie francuzkiej, mimo że nie udowodniono mu ani zdrady ani zaniedbania.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Franciszek Maria Arouet i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.