Kandyd, czyli Optymizm/XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wolter
Tytuł Kandyd, czyli Optymizm
Podtytuł XVIII. Co ujrzeli w krainie Eldorado
Pochodzenie Powiastki filozoficzne /
Tom pierwszy
Data wydania 1922
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Drukarz Drukarnia »Czasu« w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron

XVIII. Co ujrzeli w krainie Eldorado[1].

Kakambo zdradził gospodarzowi swą ciekawość, tamten zaś odpowiedział: „Jestem człowiek bardzo nieuczony, i dobrze mi się z tem dzieje; ale mamy tu starca, który żył niegdyś na dworze: jest to najuczeńszy człek w całem królestwie, i bardzo przystępny“. Zaczem, zaprowadził Kakambę do starca. Kandyd grał już jedynie podrzędną rolę i towarzyszył swemu słudze. Weszli do domostwa bardzo skromnego, brama była bowiem jedynie ze srebra, gzymsy zaś tylko ze złota, ale obrobione z takim smakiem, iż najbogatsze stiuki nie byłyby ich zaćmiły. Przedpokój był, poprawdzie, wykładany jedynie rubinami i szmaragdami; ale gust z jakim były rozmieszczone okupywał hojnie nadmierną prostotę.
Starzec przyjął cudzoziemców na sofie wyścielonej pierzem kolibrów, i podał im chłodniki w naczyniach rżniętych w dyamencie; poczem zaspokoił ich ciekawość w tych słowach:
„Liczę stosiedmdziesiąt i dwa lata, i słyszałem od nieboszczyka ojca, koniuszego królewskiego, o nadzwyczajnych przeobrażeniach krainy Peru, których on był świadkiem. Królestwo, w którem się znajdujemy, jest dawną ojczyzną Inkasów; opuścili je bardzo nieroztropnie z zamiarem ujarzmienia nowych krajów i w końcu ponieśli śmierć z ręki Hiszpanów.
„Ci książęta którzy zostali w ojczyźnie byli rozsądniejsi; nakazali, za zgodą narodu, iż zaden mieszkaniec nie wyjdzie nigdy poza granice królestwa; i oto co zachowało nam dawną niewinność i szczęśliwość. Hiszpanie mają niejasne wiadomości o tym kraju: nazywają go Eldorado; pewien Anglik, nazwiskiem kawaler Raleigh[2], zbliżył się nawet doń, mniejwięcej przed stu laty; ale, ponieważ kraj nasz otoczony jest niedostępnemi skałami i przepaściami, byliśmy, aż dotąd, bezpieczni od drapieżności narodów Europy, które są dziwnie łase na kamienie i muł naszej ziemi, i które, aby je posiąść, wymordowałyby nas do ostatniego“.
Rozmowa trwała długo: przedmiotem jej była forma rządu, obyczaje, kobiety, publiczne widowiska, sztuki. Wreszcie, Kandyd, który zawsze miał zamiłowanie do metafizyki, zapytał, przez Kakamba, czy mieszkańcy tego kraju mają jakowąś religię.
Starzec zarumienił się nieco. „Jakto! rzekł, możecie wątpić? Czy bierzecie nas za niewdzięczników? Kakambo spytał nieśmiało, co za religię wyznają w Eldorado. Starzec poczerwieniał znowu: „Czyż mogą być dwie religie? zawołał. Mamy, jak sądzę, religię całego świata; uwielbiamy Boga od wieczora do rana. — Czy uwielbiacie tylko jednego Boga? rzekł Kakambo, ciągle służąc za tłómacza wątpliwościom Kandyda. — Oczywiście, rzekł starzec, że niema ich dwóch, trzech, ani czterech. Przyznam się, że ludzie z waszego świata zadają dosyć osobliwe pytania.“
Kandyd nie przestawał zasypywać pytaniami dobrego starca; chciał wiedzieć w jaki sposób zanosi się prośby do Boga w Eldorado. „Nie zanosimy ich wcale, rzekł dobry i czcigodny mędrzec; nie mamy go o co prosić, dał wszystko czego nam trzeba; dziękujemy mu bez przerwy“. Kandyd ciekaw był zobaczyć kapłanów: zapytał, przez Kakambę, gdzie się znajdują. Dobry starzec uśmiechnął się. „Moi przyjaciele, rzekł, wszyscy tu jesteśmy kapłanami; król i wszyscy ojcowie rodzin śpiewają uroczyście dziękczynne pieśni co rano, a chór kilkutysięczny towarzyszy im. — Jakto! nie macie mnichów, którzy nauczają, dysputują, rządzą, knują i palą żywcem ludzi będących innego zdania? — Chybabyśmy oszaleli, odparł starzec; wszyscy jesteśmy tu jednego zdania: nie rozumiem, co to za mnichy, o których mówisz“. Słysząc to, Kandyd rozpływał się w zachwycie i powiadał sobie w duchu: „To grubo odmienne niż Westfalia i zamek wiemożnego barona: gdyby przyjaciel Pangloss widział Eldorado, nie byłby już powiadał, że zamek Thunder-ten-tronckh jest.możliwie najlepszym tworem na ziemi; to pewna, że podróże kształcą“.
Po długiej rozmowie, dobry starzec kazał zaprządz karocę w sześć baranów, i przydał podróżnym dwunastu ludzi, aby ich zawieźli do dworu. „Darujcie, rzekł, iż wiek pozbawia mnie zaszczytu towarzyszenia wam. Król przyjmie was w sposób na który nie będziecie się pewnie uskarżać, a jeśli to lub owo nie przypadnie wam u nas do smaku, raczycie wybaczyć“. Kandyd i Kakambo wsiedli do karocy; barany pomknęły jak wiatr. W niespełna cztery godziny, zajechali przed pałac królewski, położony na krańcu stolicy. Pałac wysoki był na sto dwadzieścia stóp, a na sto szeroki; niepodobna opisać, z jakiej materyi był zbudowany. Łatwo sobie każdy wyobrazi, o ile musiała ona przewyższać kamyki i piasek, które nazywamy złotem i drogimi kamieniami.
Dwadzieścia pięknych dziewcząt, sprawujących straż, przyjęły Kandyda i Kakambę w progu, zawiodły do łaźni, ubrały w suknie utkane z puchu kolibra; poczem, wielcy oficjerowie i wielkie oficjerki korony zaprowadzili ich do komnat Jego Królewskiej Mości. Szli, wedle tamecznego obyczaju, pomiędzy dwoma rzędami muzykantów; każdy z tysiąca ludzi. Kiedy zbliżali się do sali tronowej, Kakambo zapytał ochmistrza, w jaki sposób naloży pozdrawiać Majestat; czy padając na ziemię kolanami czy brzuchem; czy przykładając ręce do głowy czy do pośladków; czy zlizując proch z podłogi; jednem słowem, jaki jest ceremoniał. „Zwyczaj jest, odparł ochmistrz, uścisnąć króla i ucałować w oba policzki“. Kandyd i Kakambo rzucili się na szyję Majestatowi, który przyjął ich z nieopisaną uprzejmością i zaprosił grzecznie na wieczerzę.
Tymczasem oprowadzono ich po mieście, pokazano budowle publiczne wznoszące się pod chmury, stopnie ozdobione tysiącznemi kolumnami, fontanny z czystej wody, fontanny z wody różanej, ze słodkich likierów, które płynęły ustawiczne po wielkich placach wyłożonych jakimś drogim kamieniem, wydającym zapach podobny woni goździków i cynamonu. Kandyd zapragnął widzieć gmachy sądowe, pałac sprawiedliwości; powiedziano mu, że nic podobnego nie istnieje i że w tym kraju nie znają procesów. Zapytał, czy istnieją więzienia; powiedziano że nie. Co go najwięcej i najprzyjemniej zdziwiło, to pałac Nauk, z galeryą długą na dwa tysiące kroków, szczelnie zapełnioną matematycznymi i fizycznymi przyrządami.
Oprowadziwszy gości, w ciągu popołudnia, po tysiącznej może części całego miasta, zawiedziono ich z powrotem do pałacu. Kandyd zasiadł do stołu w towarzystwie króla, sługi swego Kakamby, i licznych dam. Nigdy nie widziano znakomitszej zastawy, i nigdy nikt nie iskrzył się tak dowcipem przy wieczerzy, jak królowej krainy. Kakambo tłómaczył Kandydowi wszystkie trefne odezwania króla, ktore, nawet przetłómaczone, nie traciły swej trefności. Ze wszystkich rzeczy które zdumiewały Kandyda, ta pewnie nienajmniejszy dawała mu powód do zdziwienia.
Spędzili miesiąc w tej gościnie. Kandyd bezustanku powtarzał: „To prawda, przyjacielu, jeszcze raz ci przyznaję, że zamek, w którym się urodziłem, nie umył się do tej rozkosznej krainy; ale cóż! niema tu Kunegundy, a i ty również zostawiłeś pewnie jaką damę serca w Europie. Jeśli zostaniemy tutaj, będziemy poprostu tem co drudzy; natomiast, jeśli wrócimy do kraju, bodaj tylko z tuzinem baranów obładowanych tutejszymi kamykami, staniemy się bogatsi niż wszyscy królowie razem, nie będziemy się potrzebowali obawiać inkwizytorów i z łatwością zdołamy odzyskać Kunegundę“.
Ten pogląd spodobał się Kakambie; tak miło jest uganiać po świecie, odgrywać ważną rolę wśród swoich, popisywać się tem co się widziało w podróżach, iż dwaj szczęśliwcy postanowili wyrzec się swego szczęścia i poprosić najjaśniejszego króla o pozwolenie odjazdu.
„Robicie głupstwo, rzekł król; wiem, dobrze że w moim kraju niema nic nadzwyczajnego; ale, kiedy człowiekowi jest gdzieś znośnie, trzeba się tego trzymać. Nie mam oczywiście prawa zatrzymywać cudzoziemców; byłaby to tyrania obca zarówno naszym prawom jak i obyczajom; wszyscy ludzie są wolni; jedźcie kiedy zechcecie; ale wydostać się stąd jest dosyć trudno. Niepodobna jest płynąć pod prąd bystrej rzeki, którą dostaliście się tu cudem i która kryje się pod sklepieniem skał. Góry, które otaczają całe królestwo, mają dziesięć tysięcy stóp i strome są jak ściana: każda ma w obwodzie więcej niż dziesięć mil; zejścia z nich nie masz, chyba prosto w przepaść. Mimo to, skoro koniecznie chcecie jechać, dam rozkaz swoim inżynierom, aby zbudowali machinę, która by was mogła wygodnie stąd przenieść. Skoro się znajdziecie poza pasmem gór, nikt z tutejszych nie będzie wam mógł towarzyszyć; poddani moi bowiem uczynili ślub nie opuszczać nigdy tej doliny, a zbyt są roztropni aby go łamać. Pozatem, możecie mnie prosić o wszystko co się wam spodoba. „Prosimy waszą królewską mość, rzekł Kakambo, jedynie o kilka baranów, obładowanych żywnością, kamykami i błotem tego kraju“. Król zaśmiał się: „Nie rozumiem, rzekł, co za upodobanie mają wasi ziomkowie w Europie do naszego żółtego błota; ale weźcie ile się wam podoba, i niech wam służy“.
Wydał natychmiast rozkaz inżynierom, aby zbudowali machinę celem wywiedzenia tych pomyleńców poza granice królestwa. Trzy tysiące dzielnych fizyków wzięło się do pracy; dzieło było gotowe po upływie dwóch tygodni, a kosztowało nie więcej niż dwadzieścia milionów funtów szterlingów wedle miejscowej monety obiegowej. Usadowiono na machinie Kandyda i Kakambę; prócz tego przydano im dwa wielkie czerwone barany, osiodłane i zaopatrzone we wszystko co trzeba aby służyły za wierzchowce cudzoziemcom, skoro przebędą góry; dalej dwadzieścia baranów jucznych, obładowanych żywnością; trzydzieści dźwigających dary, złożone ze wszystkiego co było najosobliwszego w tym kraju; pięćdziesiąt wreszcie obładowanych złotem, drogimi kamieniami i dyamentami. Król uściskał serdecznie obieżyświatów.
Piękne to było widowisko ten odjazd! Nic nie da się porównać z przemyślnością, z jaką wywindowano ich, wraz z całem stadkiem baranów, na szczyt góry. Odstawiwszy ich w bezpieczne miejsce, fizykowie pożegnali cudzoziemców, Kandyd zaś nie miał już od tej chwili innego pragnienia i celu, jak tylko zawieść swoje barany do stóp panny Kunegundy. „Mamy, powiadał, czem opłacić gubernatora, jeżeli może istnieć jakaś cena zdolna opłacić łaski panny Kunegundy. Idźmy w kierunku Kajenny, wsiądziemy na okręt; zobaczymy później, jakie królestwo uda się nam zakupić“.


Przypisy

  1. El dorado = kraj złota, legendarna kraina, w której istnienie wierzono w XVI w., mieszcząc ją w okolicy dzisiejszej Wenezueli.
  2. Walter Raleigh (1552—1618) awanturniczy podróżnik angielski.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Franciszek Maria Arouet i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.