Jööl

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Marian Gawalewicz
Tytuł Jööl
Pochodzenie Szkice i obrazki
Wydawca Biblioteka Dzieł Wyborowych
Data wydania 1898
Drukarz Drukarnia Artystyczna Saturnina Sikorskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


JÖÖL.
(Obrazek z życia wyspiarzy fryzyjskich).



I.
Taam Jensen, Wulf Bohn i Krystyn Lorenzen z dwoma braćmi młodszymi, załatwiwszy sprawunki świąteczne w Tondem, małej mieścinie Szlezwickiego wybrzeża, gotowali się z powrotem do domu.

Pocztowa łódź czekała na nich u przystani, mieli wrócić nazajutrz o świcie w samą Wilię.
Spieszno im było; zapóźnili się już i tak bardzo, bo musieli dwa dni na stałym lądzie dłużej siedzieć, niż zamierzali. Zatrzymała ich sprawa ważna; sąd ich wzywał na świadków. Szło o zabójstwo Japa Dunzena, sternika z „Cobry,“ którego przez zazdrość pchnął nożem ten głupi Rink Pidder w przypuszczeniu, że go przed kapitanem szpetnie obmówił, jakoby z beczki araku słomką wyciągnął przeszło dwie kwarty smacznego trunku.
Ale to była plotka; kapitan sam wpadł na ten domysł, rozmawiając z Rinkiem, bo buchał od niego arak na trzy kroki, a za uchem miał jeszcze zatknięte źdźbło, które mu za lewar służyło. Kapitan potrzebował tylko słomkę powąchać, aby się przekonać, do jakich celów mu służyła.
Rink upił się jeszcze bardziej ze zmartwienia i despektu, a gdy sobie dolał po sam czub, chwycił nóż i w szynkowni majtków „pod kotwicą“ wsadził go Japowi w brzuch; niech nie szczeka ten morski pies, huncwot!... kanalia!
Trzeba było, aby to na własne oczy widzieli Taam, Wulf i Krystyn; trzech ich do sądu pociągali i pod przysięgą kazali zeznawać, jak i co było?.. Przysięgli, zeznali, ale dwa dni stracili przed samym Jöölem, czyli przed Bożem Narodzeniem, jak się to w ich języku nazywa.
Ha, no — trudno!... trzeba i dla sprawiedliwości coś zrobić.
Mieli o czem opowiadać w Westerlandzie i Keitumie przez całe święta, bo na całym Sylcie tą sprawą zajmowano się już od trzech miesięcy i stawiano zakłady, czy sąd skaże Rinka Piddera na śmierć, czy tylko na więzienie, skoro zabił po pijanemu.
Stary Taam, istny wilk morski, który całemi tygodniami słowa z ust nie wypuścił do nikogo, był tą historyą tak przejęty, że aż trzy razy, żując prymkę, splunął i ku wielkiemu zdziwieniu towarzyszy, powiedział:
— Utną głowę!... łeb utną!... głupie bydlę!
Stary Taam życie całe spędził na morzu, sługiwał po rozmaitych okrętach, odbył nawet podróż dookoła świata, ale w języku był twardy, jak skała;można go było mieć nawet za niemowę, taki był z natury milczący i ponury
Ale marynarz był dzielny. Ho-ho!... gdzie się tam komu z nim równać! Za młodu dyabła-by się samego nie zląkł, morze było dlań bajurą, na łodzi chciał się we dwóch wybrać do Danii, tylko, że towarzysza godnego siebie nie mógł znaleźć; na Sylcie miał takie poważanie, jak gdyby był przynajmniej admirałem całej floty.
Z wiekiem trochę ociężał, to prawda, ale się trzymał jeszcze krzepko i nie myślał przejść do inwalidów, choć mu kra rękę złamała łońskiego roku, kiedy to przeprawiał się po lodzie, Bóg raczy wiedzieć, który już raz w życiu, powracając ze Szlezwiku.
Licho nadało wtedy wczesną wiosnę i odwilż!...
Przeprawa po lodzie między Syltem a Szlezwikiem przez zamarznięty bród morski groziła niebezpieczeństwem, ale Taam się uparł; z Wulfem Bohnem i dwoma synami odbył tę drogę, tylko, że zamiast ośmiu, czternaście godzin musieli przełazić po lodowych górach, prześlizgiwać się twardszemi miejscami, przepływać przez szerokie nurty, gdzie było morze odsłonięte i popękana lodowa powłoka, a przed sobą sunąć łódź z pocztą i pakunkami, wyciągać ją z wody na lód, a z lodu spuszczać znów na wodę.
Nie była to dla nich pierwszyzna.
Parę razy w tygodniu przecież musieli się tak przeprawiać w ciągu zimy, gdy innej komunikacyi między wyspą a stałym lądem nie było. Mieli już praktykę w tem i wiedzieli, jak sobie radzić; ale z powrotem zdarzyła im się brzydka niespodzianka. Dął wiatr, słońce przygrzewało, kryształowe lodowce skrzyły się i świeciły, jak zielonkawe bryły szkła, tajało im pod nogami i chlupotała woda przy stąpaniu.
Dokoła nich, jak pustynia zasiana zwaliskami kier, rozciągało się odmarzające międzymorze, trzeszczały lody i zgrzytały, trąc się o siebie.
Miejscami po brzuchy musieli brodzić w wodzie i pracować, jak cyklopy, by łódź im nie uwięzła; wciągali ją właśnie z nadludzkim wysiłkiem na dużą kępę lodową, gdy nagle wionęło na nich coś, jak tchnienie szatanów, wiatr nimi zatrząsł i omal nie wrzucił dowody; trzask się rozległ, jakby rozpękło dno morskie, i poczuli, że grunt pod nimi się posuwa ku południu.
Łódź wyśliznęła się im z rąk, nie zdołali jej pochwycić; kra ruszyła i zaczęła ich nieść z początku powoli, potem coraz szybciej, potem w wolniejszych miejscach gnana wiatrem pędziła, jak parowiec.
Czterech ludzi na tej lodowej tratwie płynęło ku niechybnej zgubie, oddalając się coraz bardziej od lądu.
Taam usta zaciął i spochmurniał jeszcze bardziej, niż zwykle; patrzył przed siebie, jakby oko w oko mierzył się ze śmiercią i mówił do niej;
— A jednak mnie nie weźmiesz!...
Z prawej strony rozciągała się ich rodzinna wyspa, Sylt, jak zdechły węgorz, pływający na powierzchni wody, z lewej białe, ośnieżone wybrzeża Szlez-wiku.
Trafili na prąd, który ich niósł prosto na pełne morze. Ratunku nie było, chyba w cudzie i zmiłowaniu Bożem!...
Wulf się żegnał i mruczał modlitwę, dwaj młodsi Jenzenowie załamali ręce i oniemieli z przerażenia;Taam najspokojniej usiadł na lodzie, jak na pokładzie statku, i patrzył tylko przed siebie, czekając, czem się to skończy.
Płynęli tak pięć kwadransów, pięć długich wie ków, między życiem a śmiercią ...
Wreszcie w ostatniej chwili Bóg się nad nimi zlitował.
Minęli cypl wyspy i zaczęli się kołysać coraz silniej, fala morska bruzdziła się coraz bardziej; trudno im było utrzymać się na nogach, musieli się brzuchy położyć, aby nie spaść.
Jak foki na mieliznach, leżeli tak bez ruchu,skostniali od zimna i strachu, a nad sobą czuli śmierć,która leciała i zgrzytała zębami z lodu, i szeleściła skrzydłami z wiatru, i brząkała kosą, uśmiechając się szyderczo do swoich ofiar, schwyconych w pułapkę.
Taam jeden nie uląkł się jej, zacięty i zrezygnowany, jakby mówił:
- Ty śmierć, ja stary wilk morski!... spróbujemy się!
I zwyciężył przy łasce Bożej .. Niesiona nurtem i pchana wiatrem, kra podskoczyła nagle, jak szalona;coś ją wzniosło w górę i rzuciło z taką siłą, że się rozbryzła w kawały, jak kruche szkło.
Trzy głosy jękły, czwarty syknął, jak zduszona gadzina; to był głos Taama. Leżał z twarzą wykrzywioną bólem i krwią zalany, ale żywy. Gdy oczy otworzył, zobaczył tylko Wulfa i starszego syna, wyciągniętych na lodzie; z młodszego ani śladu nie zostało. Spłynął pod wodę, przywalony krą.
Świeć Panie nad jego duszą!...
Całe szczęście, że ich trzech kra wyrzuciła na poszarpane lodowiska, tuż przy samym cyplu wyspy uczepione.
Na drugi dzień o świcie dopiero dowlekli się do Keitumu po zaśnieżonych dunach, podobni do strachów więcej, niż do ludzi, skostniali, obmarzli, pokryci szronem i soplami lodu.
Taam ze złamaną ręką, Wulf z gorączką, młodszy Jenzen z posiwiałemi na skroniach włosami.
Ale żywi!...
Nie chciano im wierzyć, gdy opowiadali swe przygody; musieli się przysięgać na Boga i duszę, że mówią prawdę.
Podziwiano spokój Taama, który ust nie otwierał i z ręką na temblaku przez dwa miesiące siedział przy oknie w poręczowem krześle, prymkę żuł, w wypukłe szyby patrzył i dumał, jakby dopiero teraz rozważał wszystko, co przebył.
A gdy go pytali:
— Cóżeś ty myślał, stary, gdyś tak płynął na tym lodzie?.. nie bałeś się utonąć, jak ruda mysz?... —
Podnosił głowę, swoje stalowe, przenikliwe oczy wlepiał jakby z urazą w pytających i odpowiadał przeciągłem:
— Nieee!.... myślałem tylko, że gdy się nie zatrzymamy gdzie przy Sylcie, to trzeba będzie płynąć tak do Amrum albo Föhr, a to przecież dobry kawał drogi po morzu.
Ludzie się uśmiechali z tej ślepej wiary starego oryginała i wzruszali ramionami.





II.

W Tondern trzeci miesiąc leżał w szpitalu Ery Matthisen, syn latarnika z Westerlandu, dozorca „ptasiej budy,“ czyli wielkiej samołówki na dzikie kaczki, którą sobie wyspiarze urządzili na Sylcie, by gmina miała większe dochody.
Dwa były takie nęciska na ptactwo przelotne, co szybowało z południa na północ wiosną, a z powrotem w jesieni; po drodze sprytni ludzie urządzili mu zasadzkę.
Wybrali kawał gruntu na żuławach, blizko morza, zasadzili drzewami i krzaczkami, pokryli murawą, wykopali mały stawek, do którego krętym zygzakiem dopływała w kanale słodka woda; stawek i kanał ukryty w gąszczu zdala od ludzkich sadyb, wyglądał jak zielona oaza.
Od morza zakrywały go ławice piasku stuletnim wrzosem porosłego; wiatr nie zrywał tu czubów drzewkom, nie wyginał w kabłąk ich pni i gałęzi, nie zamieniał w karły, jak gdzieindziej na wyspie, ogołoconej z drzew zupełnie i pustej, pręgowanej tylko miejscami zieloną, rzadką trawą na pastwiskach lub płachtami wrzosu, co, jak strzyżony kobierzec perski, zaścielał żółte wydmy na wybrzeżach.
Po stawie pluskało się kwaczące stado swojskich kaczek i zdradzieckim głosem nawoływało chmary sióstr dzikich, ciągnących powietrznemi szlakami przez morze.
— Kwa, kwa, kwa!... płyńcie za nami!-dogadywały, zapraszając za sobą w kręty kanał, który się zwężał coraz bardziej i zaginał, a u końca którego stała budka drewniana, a w budce czatował Eryk Matthisen i szybkim ruchem chwytał naiwne cyranki i każdej głupiej kaczce dzikiej ukręcał odrazu łeb i rzucał po za siebie na kupę.
Tysiące w ten sposób co wiosna i jesień przypłacać musiały życiem swą łatwowierność, aby smakosze w Kielu i Hamburgu mieli świeżą dziczyznę, na swych stołach, a gmina Westerlandu dochody.
Eryk Matthisen był takim Herodem kaczym i żył z ukręcania łbów wędrownemu ptactwu.
Przyszła jednak kreska na Matyska; omal sam łba nie skręcił któregoś dnia, wyładowując rozbity statek na wybrzeżu pod samym Weningstätem. Skrzynia mu przydusiła piersi, że omal wszystkie żebra nie trzasły. Musiano go odwieźć do szpitala na stały ląd, aby się wylizał i pozrastał, a w domu na Sylcie została jego Sara z małą Ellen i dziesięcioletnim Dirkiem, który miał kiedyś ojca zastąpić w ptasiem nęcisku, o ileby nie wolał po dziadku zająć miejsca latarnika.
Trzy miesiące Eryk Matthisen przeleżał w szpitalu i tyle było pociechy, że codzień od zmroku do świtania mógł widzieć światełko migające, jak iskra wydmuchana z komina, które ojciec jego w latarni morskiej na cyplu wyspy od północnej strony zapalał.
Miał zatem coś, co go łączyło ze swoimi.
Iskierka przez oczy spadała w serce i cieplej się w niem robiło; rozświetlała mu się dusza co wieczór i widział w niej obrazy, jak magiczną latarnią rzucane aż przez morze z tych wydm piaszczystych, gdzie stał jego domek z malowanemi na niebiesko ramami okien, z rzeźbioną futryną nad drzwiami, z żelazną cyfrą jego pradziada i rokiem na szczytowej ścianie, pomalowanej na kolor zwietrzałej cegły.
Zupełnie taki sam domek, jaki sobie jego Dirk układał z kamyczków, które mu ojciec kupił do zabawy na zeszłoroczną gwiazdkę.
A w tym domku...
Eryk Matthisen, co łby tysiącom kaczek ukręcał w jesieni, nie należał do mazgajów, a jednak leżąc tak, na szpitalnem łóżku, albo w kaftanie i szlafmycy przechadzając się po sali i klepiąc pantoflami po podłodze, czuł, że na widok tego światełka w latarni i na wspomnienie swego domku, poczciwej Sary, złotowłosej Ellen i czupurnego Dirka, robiło mu się tak głupio, że sobie miejsca już znaleźć nie mógł i byłby tak, jak stał, w tych pantoflach z wojłoku, w tym kaftanie i szlafmycy włóczkowej, szedł przez morze, byle tylko do swoich już raz się dostać.
Tak mu się cniło, tak tęsknił, tak nudził, tak go ciągnęło coś, jak linami holowany statek, a tu doktorzy nie puszczali i mówili:
— Eryk Matthisen!... trzeba jeszcze czekać, a do sił trochę przyjdziesz. Przed świętami wypiszemy cię ze szpitala, ale aż na Jööla, nie wcześniej.
Marudy!... albo to on nie miał dosyć sił, albo nie był już mocny, że nie kaczkom, ale strusiom byłby łby urywał, gdyby mu tylko dali. Co oni tam wiedzieli!... Jemu do domu chciało się więcej, niż do nieba, bo w niebie było wszystko, tylko Sary, starego ojca i dzieci nie było.
Powiedział sobie, że jeśli go dobrowolnie nie wypuszczą z tego szpitala, w którym wszystko czuć było jodoforem i jakiemiś paskudztwami z apteki, to ucieknie sam i niech ich wszyscy dyabli porwą!... Mają leczyć, to niech leczą prędzej, bo inaczej... bałwany!... foki morskie!... kraby przebrzydłe!
Klął już i wymyślał w duchu, choć na doktora patrzył z szacunkiem i jakąś bojaźnią.
A nużby go i na Jööla nie wypuścił?!... Nie na święta musiał być w domu.
— Do swoich!... do swoich! — jęczało mu coś w duszy, a po nocach wyło z tęsknoty, jak ten wicher przy latarni morskiej.
Kiedy go Taam z Wulfem przyszli odwiedzić w swych buciskach powyżej kolan, w naciągniętych na nie opończach z żaglowego płótna, nasyconego tłuszczem, w wełnianych kaftanach, futrzanych czapkach z foki i szalikach kolorowych, okręconych kilka razy dokoła szyi, kiedy mu podali na powitanie swoje grube, twarde, jakby łuską pokryte łapska, zgrabiałe od zimna, słonej wody i ciężkiej roboty, kiedy się do niego odezwali po fryzyjsku, zaczerwienił się i aż spotniał, takie to na nim zrobiło wrażenie.
Usiedli na łóżku, on na krzesełku i patrzyli na siebie, nie przemówiwszy długą chwilę ani słowa.
Nie potrzeba im tego było, aby się rozumieć.
— No, i cóż? — spytał wreszcie Wulf.
Matthisenowi wargi zadrżały, Ten Wulf miał głos dziwnie podobny do jego starego, taki sam szorstki, mrukliwy, nizki.
— A no nic! — westchnął.
I znów milczeli czas jakiś. Taam się rozglądał po ścianach i po suficie, poruszając szczękami, jak wół, który przeżuwa; miał w zębach świeżą prymkę. Z kieszeni sterczały mu zawiniątka, pierniki, jabłka i wianuszek fig, które kupił dla wnuków:
— To i dobrze — mruknął znów Wulf po kilku minutach.
— W domu zdrowi? — odważył się spytać Eryk.
Taam głową tylko skinął i ręką zrobił gest, jak gdyby chciał powiedzieć:
— Et, głupstwo!... co nie mają być zdrowi?...
— Kiedyż wracacie? — zagadnął znów rekonwalescent.
— Jutro, skoro świt!
— Jutro?... na samą Wilię?...
Posiedzieli jeszcze kilka minut i zaczęli ziewać; przykrzyło im się już w szpitalnych murach.
— No, a ty, Matthisen? ... — spytał nagle Wulf — hm?... zostajesz?... co?...
Matthisen aż drgnął.
— Zabrałbyś się z nami!... jak myślisz?... lód stoi, mróz niezły, na samą Wilię byłbyś w domu.No?... hm?... jak ci się zdaje?...
Wyszczerzył do niego swoje żołte, koszlawe, poczerniałe zęby w szerokim uśmiechu i rubasznie zaśpiewał piosnkę, którą fryzyjskie dzieci zachęcają się do zabawy:

Ene mene mel, krick, krack, krel,
Ehre mehre gute Freunde, pick, pack, weg!...

Matthisen milczał, tak go za gardło. coś ściskało; dławiły go łzy, w głowie miał taki chaos, jakby w niej morze szumiało i wszystkie poduszone przez niego kaczki kwakać zaczęły.
— Kto wie!... kto wie!... — wykrztusił zaledwie z siebie.
Taam się podniósł i wyciągnął chropowatą dłoń na pożegnanie.
— Do jutra! — zamruczał głuchym, ochrypłym głosem.
— Kto wie!... kto wie!... — szeptał Eryk Matthise — może do jutra!...
I rzucił okiem przez szyby, gdzie daleko na widnokręgu, jak czerwone ślepie, mrugało do niego w zapadającym zmroku światełko morskiej latarni.
— A jeśli będziesz miał co do domu, to przyślij „pod kotwicę“ — mówił na odchodnem Wulf Bohn.
Eryk Matthisen stał przy oknie nieporuszony i rozmyślał.





III.

Świtało zaledwie...
U przystani w Hoyer, odległej o pół godziny koleją żelazną od Tondem, kręciła się w szarym zmroku gromadka ludzi na wybrzeżu około pocztowej łodzi, tupiąc nogami i zacierając ręce.
Wiał mroźny wietrzyk od północy, furczały cicho dygocząc, jakby od zimna, wiechy uschłych gałązek na żerdziach, pozatykanych od brzegu zygzakowatą linią, znacząc drogę najbezpieczniejszą po lodowej powłoce między stałym lądem a wyspą, która w dali ciemniejszym pasem szarzała, na widnokręgu.
Niebo od strony morza ku zachodowi miało brudny, zakurzony kolor starego żagla, zwieszającego się nad sino-białemi rozłogami nieprzejrzanej płaszczyzny, pokrytej ciemniejszemi plamami i porozrywanej w miejscach, gdzie głębszy nurt wody nie pozwolił zasklepić się lodowej skorupie.
Na tej białej, śnieżnej pustyni, jak skaliste złomy, piętrzyły się fantastycznych kształtów piramidy i zwaliska olbrzymich kryształów wodnych, które mróz poustawiał bez ładu, budując wspaniały pałac zimy.
Podczas przypływu morza, które szumiało i przewalało się u zachodnich brzegów wyspy, po wschodniej jej stronie, dwa razy w ciągu doby przez tę podziurawionną i popryskaną powłokę przelewały się z szelestem fale i zatapiały grunt; mróz je chwytał, ścinał i więził na powierzchni nowym pokładem lodu, formując kry i szkliste bryły, iskrzące się w słońcu i dźwięczące jakimś tajemniczym głosem lodowych posągów Memnona.
Między jednym a drugim przypływem po tym stężałym brodzie morskim był czas do przebycia drogi od Syltu na stały ląd Szlezwiku.
Zdarzały się tak ostre zimy, że po lodzie wyspiarze saniami mogli podróżować, znacząc gościniec na białych, zaśnieżonych płaszczyznach, falujących czasu lata szarą, żółtą wodą, po której krążyły łodzie rybaków i statki parowe.
Z nadejściem mrozów ruch ustawał i tylko pocztowa barka pod strażą najtęższych zuchów i najdoświadczeńszych śmiałków prześlizgiwała się po lodch, przepływała przeręble i utrzymywała komunikacyę z odciętą od stałego lądu wyspą. Osiem do dziesięciu godzin trwała taka przeprawa w sprzyjających warunkach, a niekiedy i znacznie dłużej.
Trzeba było dużej siły, odwagi, wprawy i doświadczenia, aby tę służbę pełnić.
Stary Taam Jensen znał się na tem.
Stał właśnie przy łodzi i niby obojętnie oglądał jej burty, opukiwał dno, poprawiał złożone w niej worki z grubego płótna, opieczętowane starannie, z korespondencyą pocztową, przeliczał paczki i zawiniątka, pełne świątecznych sprawunków, wiktuałów i przeróżnych różności dla sylckich sąsiadów.
Dzień się zapowiadał mroźny, lecz pogodny.
Przed wieczorem powinni byli być z powrotem, jeśli jakie licho nie pobruździ; czekali tylko słońca, które już poranną zorzą różowiło niebo nad Szlezwikiem.
Coraz wyraźniej rysowały się kontury Syltu i z pomroki, rozpłyniętej na śniegu, występowały fantastyczne lodowce, nabierając wypukłości, jak gdyby kto z nich ściągał szare zasłony.
— Halo!... w drogę!... — dał nagle hasło stary Taam; cztery pary rąk uczepiły się burtów łodzi i odepchnęły ją od brzegu.
Rzeźwym, raźnym krokiem gromadka sylckich pocztarzy puściła się po lodzie; pod nogami ich skrzypiał śnieg, z ust buchała para, za nimi pełzał coraz dłuższy ślad, wyżłobiony dnem łodzi, a z obu stron odgnieciony buciskami.
Uszli tak parę staj, gdy nagle usłyszeli za sobą wołanie:
— Hej!... halo!... Taam, Wulf!... Boi!... to ja!.
Zatrzymali się; od brzegu zdążał ku nim ktoś, biegnąc z pośpiechem i machał rękoma.
Próbował rozpędzać się i ślizgać, ale mu nogi zarywały się w śnieg i potykały.
Wulf Bohn rękę przyłożył do oczu, bo mu źle było patrzeć pod słońce, czerwone, jak pomidor i rozżarzone, jak miedź topniejąca.
— Matthisen?!... do tysiąca dyabłów, Matthisen! — zawołał zdziwiony — to on!... poznaję go pochodzie. Halo!... halo!... Matthisen!... a nuże, zdzieraj nogi, chłopcze!... Sam tu, czekamy!... Bywaj, bywaj!...
Zezowaty Boi Rudersen skrzywił się niechętnie i mruknął:
— Potrzebny nam, jak piąte wiosło!...
— No, dlaczego? — spytali inni.
— Będzie się wlókł za nami, jak ogon. Szpitalny zdechlak!.. albo to dojdzie?...
— Co niema, dojść?.. widzisz przecie, jak śmiga pośniegu.
— To i cóż!... ustanie w pół drogi.
— Coby miał ustać!... Halo Matthisen!... nie żałuj nóg! wołali do niego Wulf i Krystyn Lorenzen, czwarty towarzysz zachęcająco.
Uciekinier ze szpitala pędził, co sił, aby ich dopaść. Zziajany, zdyszany, dobiegł wreszcie i zaczął się ściskać z nimi z radości.
— A zkądżeś się tu wziął?.. jak się masz?.. zdrów jesteś?..
Nie mógł odrazu tchu złapać, lecz się przemógł i odpowiadał po chwili:
— A jestem!... widzicie, że jestem!... A co?.. prawda?... czmychnąłem ze szpitala, nie potrzebując ich łaski! Serwus Taam!... kontent jesteś, stary, że mnie masz?.. No, dalej, jazda!... pójdziemy razem, choćby do Północnego bieguna!
Czoło miał spotniałe, twarz czerwoną, oczy błyszczące, wydawał się rzeźki i zdrów, biło z niego zadowolenie i radość.
Taam spojrzał na „zdechlaka u badawczo i spytał:
— Siły masz?...
— Ho, ho!...
— Droga ciężka.
— To nic!... głupstwo!... ale na Jööla muszę być u swoich, choćbym miał na czworakach wlec się za wami. Byłbym się z łańcucha urwał, a nie dopiero ze szpitala uciekł. O, jak mi dobrze!... czuję się innym człowiekiem, jak mi Bóg miły!...
— Halo!... W drogę!... — zakomenderował Taam i ruszyli.
Boi Rudersen z pod oka patrzył na Eryka i krzywił się się po swojemu.
— Przechwala się! — myślał; — zobaczymy, czy da nam radę.
Przyśpieszał umyślnie kroku i swe muskularne ramiona wytężał, by łódź popychać silniej.
Matthisen szedł obok nich i rozmawiał, Opowiadał im o swojej chorobie, o szpitalu, o tych kanaliach doktorach, którzy go umyślnie przetrzymywali tak długo, aby mu na złość zrobić, bo im wymyślał, że mu nie mogli szybciej tych żeber zreparować. Wielka rzecz, żebra zrosły się już dawno, trochę tam go jeszcze coś uwiera w prawym boku, ale to fraszka, to przejdzie. Niech tylko zobaczy swoją Sarę i niech go wysmaruje porządnie mrówczanym spirytusem, to będzie zdrów, jak wieloryb. On siebie zna!... każdy człowiek powinien znać swoją naturę, to i bez doktorów się wyleczy.
Mróz szczypał ich w policzki, wąsy i brody obielił szron, ale zahartowani zimna nie czuli.
Matthisen humoru nie tracił; zdawało mu się tylko, że idą za szybko i spieszą zanadto bez potrzeby.
— Cóżeś ty chciał, żebyśmy się wlekli, jak maruderzy! — ofuknął go Boi — przed przypływem musimy być po drugiej stronie, a dzień krótki. Kiedy się nie chcesz spieszyć, to trzeba było zostać w szlafmycy, pod piecem. Tam miałbyś czas, ślimaku!
Zaczęli sobie przymawiać i spierać się. Wulf się śmiał, Krystyn potakiwał Rudersenowi, za co mu się oberwało kilka „osłów“ i „baranów.“
Szli znów, przełażąc przez kupy nawianego śniegu i przeciągając łódź przez lodowce. Matthisen zdążał za nimi, ale milknął coraz częściej, stawiał nogi niebardzo pewnie i potykał się, zupełnie, jakby wyszedł z wprawy w chodzeniu. Uczuwał zmęczenie, lecz się nie chciał przyznawać, nawet przed samym sobą.
— Matthisen, idziesz? — wołano na niego, nie odwracając się.
— Idę, idę!... — i przyśpieszał znów kroku.Coraz większy jednak przedział powstawał między nim a nimi; trudno mu był nadążyć. Boi się śmiał podrwiwał z niego.
Od śniegu bił rażący blask, czubki i kanty lodowców skrzyły się i świeciły, w kryształach ich słońce zapalało tęczowe błyski, od lądu wiał wiatr coraz dokuczliwszy...
Minęli tak połowę drogi.
— Matthisen, zdechlaku, idziesz? — odzywał się głos od łodzi, a z coraz dalszej odległości zadyszana leciała odpowiedź:
— Idę, idę!... nie bójcie się o mnie!... dogonię was.
Odległość ta jednak rosła z każdym kwadransem. Łódź na przedzie poruszała się, jak pająk po śniegu, a za nią, jak senna mucha, wlókł się człowiek, z głową opuszczoną, przygarbiony, szeroko, ciężko stawiając nogi i przystając co pewien czas. Nozdrza mu drżały, policzki — nabrały ceglastych rumieńców, pierś dyszała głęboko.
Podniósł oczy i spoglądał ku brzegom wyspy, na których czerniły się plamy porozrzucanych budynków, rysowały na tle nieba skrzydła wiatraka i daleko na cyplu sterczał okrąglak morskiej latami.
Ten widok dodawał mu sił.
— Do swoich!... do swoich!... — powtarzał sobie w duchu i szedł raźniej.
Śnieg zaczynał pruszyć; drobne, ostre, jak pyłki szkła, płatki śniegowe siekły go w twarz, wpadały przez otwarte usta, aż do gardła, i zostawiały jakiś posmak orzeźwiający. Miał pragnienie, które tym świeżym śniegiem gasił. Stary Taam niespokojnie obzierał się po za siebie; kazał zwalniać kroku, zatrzymywał towarzyszy z umysłu, nie zważając, że się niecierpliwią.
Tracili czas — a słońce zalazło już nad wyspę i świeciło im teraz w same oczy.
Zaczekali na Matthisena, aby się z nimi zrównał;doszedł milczący i zmęczony, słowa nie mówiąc.
— Cóż?... osłabłeś?.. — zagadnął go Wulf; — chwyć się burty, będzie ci lżej.
Taam Jensen podał mu manierkę z wódką i sam pociągnął.
Po kwadransie znów rozpoczęli pochód.
— Możebyś wsiadł do łodzi? — odezwał się Boi, łypiąc złośliwie zezowatem okiem ku Erykowi; — powieziemy cię, jak chore cielę. Nogi ci się plączą!...
— Nie potrzebuję twojej łaski! — odciął mu podrażniony tą przymówką — jeślim ja cielę, toś ty wół!
— A wół!... i do tego byk! na jednym rogu takich trzech, jak ty, zdechlaków jeszczebym udźwignął.
Taam ich zagłuszył, przerywając znów sprzeczkę.
— Psst!... psst!...
— Co tam psst!... niech nie udaje zucha, kiedy jest babą! — krzyknął Boi; — szpitalnik!... ścierwo!...
Matthisen łódź puścił i zamierzył się pięścią, ale Taam go za ramię w czas schwycił, nie pozwalając uderzyć.
— Boi! — wrzasnął gniewnie — gębę stulić, bydlaku!
Lorenzen się ujął za kolegą.
— Bo po co się jeszcze stawia ta zdychająca mewa!... Kto go prosił, żeby lazł za nami?... nie mógł czekać do wiosny?...
Matthisenowi szczęki się zacisnęły; duma w nim była obrażona, ale się powściągnął.
— Do swoich, do swoich! — ozwał się mu w sercu znów ten sam miękki głos i rozbroił jego gniew.Postanowił ścierpieć obelgę, dopóki do brzegu się niedostaną, ale ręce od burty odjął, aby nie ciężyć towarzyszom.
Spochmurniał i oczy z urazą odwracał od Krystyna i Boja którzy szydzili z jego słabości i upokarzali w nim dumę Fryzyjczyka.
Zimno mu dokuczało, mróz przybierał.
Tamci łódź zatrzymali, aby wypocząć i posilić się trochę; w kółko, gryząc chleb z serem, dreptali po śniegu, tupali nogami po lodzie i tłukli się pięściami po plecach jeden drugiego, dla rozgrzewki.
Słońce z platynowego robiło się coraz złocistsze i zniżało ku ziemi; miało się ku zachodowi. Długi przeciągły brzeg Syltu wydawał się tuż, blizko, o kilka staj odległy, ale to było tylko złudzenie.
— Ten dławiszy ja zaledwie na przyszły tydzień przywlecze się za nami! — zauważył Boi Rudersen, robiąc złośliwą aluzyę do zajęcia strażnika „ptasiej budy,“ który pozostawał za nimi ciągle w tyle, jak maruder.
— No, jeśli nie pośpieszy, to się napije słonej wody na Wilię — dorzucił Krystyn — za dwie godziny przypływ!...
— Przyjdzie wpław, przecież to zuch i naszej łaski nie potrzebuje! — zaśmiał się pierwszy, z pogardą spoglądając w stronę Matthisena.
I puścili się znów ku wyspie, gorejącej w słońcu zachodzącem za duży wiatrak, który stał na wyniosłości, jak czarny upiór z rozkrzyżowanemi rękoma nad lodowatą pustynią i zdawał się rzucać jakieś tajemnicze zaklęcia na tę białą płaszczyznę, zasianą krami, w złotych i niebieskawych kolorach skąpanemi.
Uroczy, groźny, lecz wspaniały był teraz krajobraz.
Eryk Matthisen, pomimo całego znużenia, z zachwytem wodził okiem dokoła siebie i myślał:
— Jednak ten świat jest piękny!... warto żyć na nim.
Ale nagle posmutniał bardzo, bo mu przemknęło przez głowę:
— A kto wie, czy wieczora dożyję!... kto wie, jaki mi los przeznaczony?...
I przyszła mu myśl straszna, że mógłby w drodze paść i wśród tych lodów zamarznąć, że jeśli przed zapadnięciem zmroku nie zdąży do brzegu, to go zaskoczy przypływ morza i odetnie raz na zawsze od stałego lądu. Dreszcz go przeniknął aż do szpiku.Chciał krzyknąć, wołać ratunku, pomocy, ale się zawstydził nowych szyderstw Boja i Krystyna.
Zdawało mu się, że oni naumyślnie coraz prędzej od niego się oddalają, że go chcą oddać na pastwę zimy, nocy i morza, że się nad nim znęcają, nad jego osłabieniem, że uciekają przed nim, Za każdym lodowcem, pod każdą krą, wystającą ostremi kantami ze śniegu, przywidywała mu się teraz czyhająca śmierć, która z nim zacznie grać w „ślepą babkę“ i upędzać się za nim, aż go schwyci, powali i zdusi.
O Jezu!... miałby tak zginąć marnie na tem pustkowiu, teraz, dziś właśnie, w sam wieczór wigilijny, kiedy się wybrał na Jööla do swoich, kiedy go duszna tęsknota wyciągnęła ze szpitala i kiedy tak bardzo, tak gorąco pragnął uścisnąć swoją Sarę, zobaczyć swego Dirka i Ellen, i starego ojca?!...
Zrobiło mu się zimno i gorąco wzdłuż kości pacierzowej; przez chwilę zapomniał o znużeniu, o tem, że się przerachował ze swojemi siłami, popchnęło go coś, podniosło i pomknął kilkadziesiąt kroków pędem, ale utknął i niemal na kolana padł, tak mu nogi odrazu zesztywniały.
Jakto, nie miałby dowlec się do swoich na Wilię, nie miałby usłyszeć małego Dirka, gdy dziecięcym głosem przy choince śpiewać będzie:

Kindken Jesus! bring mi wat
Oen mit Fat;
Da well ich uk flütig to Skuul gung
En lüre wat!...[1]

To niepodobna!.. Dzieciątko Jezus do tego nic dopuści i nie pozostawi go tak samego na tem lodowatem morzu, musi się zlitować nad nim, musi przyjść i podać mu rękę i wyprowadzić go po tych zamarzniętych falach.





— Kindken Jesus, Kindken Jesus! — wzdychał — i próbował modlić się, jak mały Dirk, klęczący u kolan matki co wieczór.
Nagle usłyszał głos:
— He, halo!... Matthisen!...
— Idę! — wyrwało mu się instynktownie z ust, ale nogi odmówiły posłuszeństwa. Spojrzał przed siebie i dojrzał starego Taama, który szedł ku niemu, nawróciwszy z drogi.
Reszta samotrzeć z łodzią spieszyła dalej ku wybrzeżu; pilno im było.
— Cóżeś ty utknął, jak stara kotwica? — wołał na niego Taam Jensen; — a pójdź-że, niedołęgo!
Głos go ten oprzytomnił; poruszył się z miejsca i szedł mu naprzeciw. Gdy się spotkali, Taam pochmurnem okiem w twarz mu spojrzał.
— Osłabłeś?
— Tak.
Hm!... to źle!... nie przypuszczałem, żeś taki marny.Chodź, podeprę cię!... we dwóch prędzej cię!...we dwóch prędzej zajdziemy
Objął go w pasie, ręką kazał się uczepić za szyję i prowadził.
— A co?.. lżej ci teraz? — mruknął.
— Bóg wam zapłać, stary!... Bóg zapłać! — szeptał Matthisen.
— Bóg!... Bóg! — powtarzał Taam ponuro, szorstko, z niechęcią — Bóg cię nie weźmie na plecy, jak ja. Człowiek silny sam sobie poradzi, a słabemu to i dyabeł nie pomoże.
— Dajcie pokój, Taam; nie bluźnijcie! to grzech.
— Ee!... kazanie zostaw pastorowi, a sam nogi zbieraj, co możesz, bo nie zdążymy.
Swojem żylastem ramieniem trzymał go, jak obręczą i wiódł.
Nogi się im ślizgały, śnieg pod podeszwy nabijał, wiatr W plecy dął.
Taam Jenzen klął pod nosem, Matthisen upominał:
— Dajcie pokój, stary!... Dzieciątko usłyszy.
— To i cóż?..
— To przecież Wigilia dziś!...
— To i cóż?..
Mruczał zły, markotny, opryskliwy, ale towarzysza podpierał, jak dziecko, i przyciskał do siebie, jakby go unosił nad ziemią.
Mrok już zapadał, szarzało na niebie, w powietrzu gwizdało coś i brzęczało, mewy krążyły jeszcze za żerem, wieczór się robił szybko, zimowy, mroźny wieczór.
Na brzegu wyspy zaczęły wyskakiwać iskierki;światła przez kwadratowe szyby było widać w oknach domów. Pies jakiś wył daleko...
Na niebie księżyc blady, przezroczysty, jak pieczątka z opłatka, wyrzynał się z tła szafirowego,
Byli już blizko lądu; pół godziny drogi najwięcej mieli przed sobą, ale Taam poczuł, że mu Matthisen zwisa coraz bardziej i że go prawie wlec musi.
Przystanął, odetchnął głęboko, rzemień w pasie zacieśnił i patrzył przed siebie, jakby z namysłem;rzucił okiem na swego towarzysza i splunął.
Eryk Matthisen, miał powieki spuszczone, usta otwarte, twarz dziwnie bladą i sine pręgi pod oczyma; zdawało się, że śpi i jest nieprzytomny.
— Matthisen, bałwanie! — wrzasnął mu szorstko nad uchem Taam — co ty robisz?.. chcesz, żeby nas obu dyabli wzięli?.. Chwytaj się mnie za kark!... no, żywo!... wezmę cię na barana i poniosę!...
Przykucnął na lodzie, sam sobie założył jego ręce na szyje; objął go za nogi i dźwignął w górę, jak worek zboża.
— Tak!... teraz pójdzie lepiej! — burknął do siebie i zaczął iść z ciężarem swoim na plecach.
Nogi mu grzęzły w śniegu, ale szedł prosto, wybierając miejsca nie zawalone krami i łatwiejsze do przeprawy.
— Psy!... kanalie!... chorobaby ich zjadła! — mruczał, myśląc o towarzyszach, którzy byli już daleko i troszczyli się tylko siebie.
— Nie klnijcie, Taam, nie klnijcie! — prosił go słabym głosem Matthisen — Dzieciątko... Dzieciątko usłyszy!...
Stary stękał, sapał, spluwał, ale szedł wytrwale, starając się odzyskać stracony czas.
Oczyma tylko niespokojnie rzucał na prawo i na lewo... Po ziemi pełzały jakieś czarne, poziome plamy i szedł od nich wilgotny zapach morszczyzny, słychać było chlupotanie wody i niby szelest jedwabiu.
— Masz tobie!... przypływ!... — szepnął stary i kroku przyśpieszył.
Przez dziupła, szczeliny i przeręble w lodzie wydobywała się woda i rozlewała z szumem po śniegu.
Matthisen drgnął, pochylił się naprzód, otworzył szeroko oczy i z przestrachem śmiertelnym powtórzył:
— Przypływ!...
Taam przystanął — pod nogami miał coś grzązkiego, jak kałuża; grunt stawał się bardziej oślizgły, miększy i zimniejszy.
Namyślał się chwilę i skręcił w prawo, ale nogi mu grzęzły za każdym krokiem. w wilgotnym śniegu; trzeba było iść w bród po kolana, aby się przedostać znów do twardszego gruntu.
Żywy ciężar ugniatał mu już barki pochylone, stękał i klął, ale jeszcze szedł:
Byli od lądu tak niedaleko, że mogli rozeznać stojące na brzegu postacie ludzkie.
— Złaź! — zakomenderował nagle Taam Jensen, zdaje mi się, zmyliłem drogę. Pójdę poszukać bezpieczniejszego przejścia... Czekaj tu na mnie!
— Ale wrócicie, Taam? — lękliwie spytał Matthisen i przemknęło mu przez głowę, że stary, chcąc siebie ratować, opuszcza go, aby się prędzej wydostać na ląd. Groza położenia przejęła go śmiertelnym dreszczem...
Instynkt zachowawczy obudził się w nim; zatrzymał się chwilę i zaczął za Taamem iść na przełaj po lodach, śledząc pilnie w zmroku wszystkie poruszenia swojego poprzednika,
Stary wyga ostrożnie, powoli, z wyciągniętą szyją, szedł dużemi krokami, jakby się skradał i wymknąć próbował niebezpieczeństwu, które zdawało się nieuchronnem; wytężonym wzrokiem wodził po powierzchni lodu i wybierał miejsca jeszcze przypływem morza nie zalane.
Nagle... znikł z oczu Eryka Matthisena: zapadł się, jak cień, i tylko w miejscu, gdzie stał przed chwilą, zaskrzypiała pęknięta kra i zabulgotała woda.
Potem nastała cisza... straszna, przeraźliwa cisza śmierci.
Matthisen stanął, jak wryty, z przerażenia.
— Taam!... Taam!... — wyrwało mu się z ust zgłuszonym głosem rozpaczy.
Nie było żadnej odpowiedzi.
Zdalęka tylko chlupotanie wody, przelewającej się po lodach, pryskanie śniegu i szelest fal zimnych, czarnych, rozłażących się po powierzchni coraz szerszemi kręgami, przerywały złowrogą ciszę zimowego wieczoru...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wiatr się ułożył, niebo roziskrzyło, księżyc zdawał się zbliżać ku ziemi i wybielał, jak srebrny medal, wyrzucony świeżo z pod stempla.
Śniegi nabrały jakiejś kredowej białości, a na rozłogach lodowej skorupy, co pokrywała bród morski między dwoma lądami, ciemne fale przypływu migotały teraz stalowemi błyski, zlewały się z sobą i poruszały tajemniczo, jak rojowisko posrebrzanych płazów.
Od wyspy szły echa ludzkich głosów, nabrzmiałych w radosnej pieśni o „Dzieciątku Jezus“ i rozkołysany dzwon śpiewał z niemi do wtóru, jakby wołał nad ziemią i morzem: Gloria, Gloria in excelsis Deo!...
Rozróżnić można było cieńkie głosy kobiet i dzieci, chociaż śpiew płynął z daleka.
Przy domku strażnika na pomoście wystającym ku przystani statków, które latem zawijały tu w małą zatokę Westerlandu, stała gromadka ludzi, złożona z trzech mężczyzn i jednej kobiety.
Zwróceni byli ku morzu i zdawali się upatrywać czegoś pilnie, z niepokojem i niecierpliwością.
— Nie widać ich? — dopytywała się kobieta głosem od wzruszenia drżącym i rzewnym od łez, które jej wzrok przysłaniały.
— Cicho, cicho, Sara! — upominał ją najstarszy z mężczyzn — zostaw to Bogu! co ma być, to i będzie.
Kobieta ręce rozpaczliwie załamywała nad głową i szlochała:
— Jakżeście mieli sumienie zostawić ich tak samych na lodzie?!... oddaliście ich na śmierć, na zgubę, odpowiecie za to na Sądzie ostatecznym!...
— Cicho, cicho, cicho, kobieto!... Co komu sądzone, to go nie ominie — odpowiadał jej ten sam nizki, chrypliwy głos z rezygnacyą i spokojem.
Dwaj inni stali w milczeniu i rozglądali się tylko na prawo i na lewo; wreszcie jeden wyciągnął nagle ramię i ręką wskazał przed siebie, w bok. gdzie na lśniącej od białości płaszczyźnie śniegu poruszała się jakaś czarna plama. Drugi wytężył wzrok i szepnął:
— Wulf!... spojrzyj!... coś się tam gramoli na czworakach, niby pies, niby człowiek.
Wulf Bohn oczy zmrużył i bystrzej popatrzył we wskazanym kierunku.
— Nie pies!... to chyba jeden z nich.
Kobieta drgnęła i uczepiła się jego ramienia.
— Gdzie?.. gdzie?.. pokażcie, na miłość Boską!
— Na lewo... tam, gdzie te kry sterczą, jak zęby trzonowe!... tak, nic innego, tylko człowiek!
— Człowiek!... teraz go rozpoznaję... zatrzymał się, leży na kolanach... o!... o!.. czoło sobie ociera, ręce podnosi do nieba, jakby Boga przyzywał na ratunek!
— Ale dlaczego jeden?.. a gdzie drugi?.. nie widać nigdzie drugiego.
— Któryż z nich?.. Taam Jensen, czy Eryk Matthisen?..
— Któryż?.. któryż? — ze łzami i rozpaczą nie pewności zwracała się kobieta po kolei od jednego do drugiego, jakby błagając, by jej prawdę wyznali.
Oczy jej mgła zasłaniała, nie mogła sama dojrzeć...
Po zaśnieżonej skorupie lodów czołgał się człowiek i z przerażeniem spoglądał przed siebie, wyczerpany, bezprzytomny prawie, jęcząc żałosnym szeptem:
— Kindken Jesus!... Kindken Jesus!...
Zdała dochodził go śpiew i odgłos dzwonu od wyspy; przed sobą widział chlupoczące fale, które mu coraz bardziej drogę przecinały od lądu i jakby siecią starały się go zagarnąć.
Powoli, ostrożnie, czając się, pełzali ku sobie:morze i człowiek, śmierć i ofiara...
Z szelestu wody zdało się szeptać groźne hasło:
— Śmierć!... — a z sinych ust człowieka szedł odzew:
— Kindken Jesus!...
I stały tak naprzeciw siebie dwie potęgi, materyalna i duchowa, żywioł zniszczenia i wiara w Opatrzność...
Na śniegu klęczał człowiek, z rękoma opuszczonemi, z oczyma wzniesionemi błagalnie w niebo, roziskrzone gwiazdami, z duszą pełną smutku i przerażenia, zdając się na łaskę i niełaskę Bożego Dzieciątka, na którego cześć śpiewały w dali głosy ludzi i dzwonu psalm wigilijny.
Nagle zdało mu się, że z tego nieba usłyszał wołanie:
— Halo!... Halo!...
W mętnych falach brodu sunęła wolno, ciężko, ale coraz bliżej, torując sobie drogę między lodami, łódź... Trzy pary rąk poruszały wiosła, przy sterze siedziała kobieta.
Eryk Matthisen był uratowany.





Przypisy

  1. Fryzyjskie dzieci mają zwyczaj w wieczór wigilijny Bożego Narodzenia wystawiać za okno talerz głęboki, aby przelatujące Dzieciątko Jezus składało na nim „gwiazdkę;“ śpiewają przytem kolendę:

    Dzieciątko Jezus daj mi co,
    Na talerz mi podarki złóż,
    Ja za to zwiększę pilność mą,
    I będę lepszym uczniem już.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie .