Strona:Maryan Gawalewicz - Szkice i obrazki.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Ee!... kazanie zostaw pastorowi, a sam nogi zbieraj, co możesz, bo nie zdążymy.
Swojem żylastem ramieniem trzymał go, jak obręczą i wiódł.
Nogi się im ślizgały, śnieg pod podeszwy nabijał, wiatr W plecy dął.
Taam Jenzen klął pod nosem, Matthisen upominał:
— Dajcie pokój, stary!... Dzieciątko usłyszy.
— To i cóż?..
— To przecież Wigilia dziś!...
— To i cóż?..
Mruczał zły, markotny, opryskliwy, ale towarzysza podpierał, jak dziecko, i przyciskał do siebie, jakby go unosił nad ziemią.
Mrok już zapadał, szarzało na niebie, w powietrzu gwizdało coś i brzęczało, mewy krążyły jeszcze za żerem, wieczór się robił szybko, zimowy, mroźny wieczór.
Na brzegu wyspy zaczęły wyskakiwać iskierki;światła przez kwadratowe szyby było widać w oknach domów. Pies jakiś wył daleko...
Na niebie księżyc blady, przezroczysty, jak pieczątka z opłatka, wyrzynał się z tła szafirowego,
Byli już blizko lądu; pół godziny drogi najwięcej mieli przed sobą, ale Taam poczuł, że mu Matthisen zwisa coraz bardziej i że go prawie wlec musi.
Przystanął, odetchnął głęboko, rzemień w pasie zacieśnił i patrzył przed siebie, jakby z namysłem;rzucił okiem na swego towarzysza i splunął.
Eryk Matthisen, miał powieki spuszczone, usta