Józef Balsamo/Tom X/Rozdział CXXX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom X
Pobierz jako: Pobierz Cały tom X jako ePub Pobierz Cały tom X jako PDF Pobierz Cały tom X jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CXXX
MIŁOŚĆ

Nowe życie rozpoczęło się dla Balsama, życie nieznane dotychczas jego naturze czynnej, niespokojnej, wrażliwej. Od trzech dni nie istniały dla niego gniew, niepokój, przeczucia, zazdrość; od trzech dni nie słyszał i nie pomyślał ani o polityce, ani o spiskach, ani o związkach.
Przy Lorenzy, której na chwilę nie opuszczał, zapomniał o świecie całym. Ta miłość szczególna, bezmierna, nieomal nadludzka, ta miłość pełna upojenia, tajemnicza, ta miłość odkradziona nienawiści, dzięki kaprysowi niewytłumaczonemu natury czy nauki, pogrążyła Balsama w błogiej szczęśliwości, graniczącej zarazem z obłędem.
Nieraz, podczas tych trzech dni, Balsamo, budząc się z rozkosznego upojenia, patrzył w swą ukochaną, ciągle uśmiechniętą, ciągle natchnioną, bo życie jej teraz składało się ze stanów sztucznego podniecenia i snu również kłamliwego. Spokojna, słodka, szczęśliwa, ta Lorenza, przemawiająca doń, co chwila, najczulszemi słowami i śniąca głośno o swem szczęściu, nasuwała mu pytanie, czy nie jest on nowożytnym Tytanem, który ściągnął na się gniew Boga, wykradłszy tajemnicę jego potęgi; czy ten Bóg rozgniewany, nie nasłał nań Lorenzy, aby uśpiła czujność jego, podeszła kłamstwem, upoiła słodyczą, a dopiąwszy swego celu znikła, aby ukazać się pod postacią mściwej Eumenidy.
Prędko się jednakże uspakajał, nieustanne wybuchy miłości i pragnienie pieszczot rozpraszały wszystkie obawy.
Gdyby Lorenza grała komedję, — mówił sobie, — gdyby miała zamiar uciec, szukałaby sposobności, aby mnie oddalić, znalazłaby zawsze powody do pozostania w samotności, tymczasem daleką jest od tego, jej ramiona zawsze przykuwają mnie łańcuchem nierozerwalnym; jej gorące spojrzenie mówi mi ciągle: „Nie odchodź“; jej głos słodki ciągle mi powtarza: „Zostań przy mnie“.
I wtedy odzyskiwał znowu Balsamo zaufanie w siebie samego i w swą umiejętność.
Bo i dlaczegóż tajemnice, którym zawdzięczał swą władzę i znaczenie, staćby się miały naraz mrzonką, która się rozwiała, jak dym po zgasłym płomieniu?... Nigdy, odnośnie do niego, Lorenza nie była tak jasnowidzącą; każdą myśl, rodzącą się w mózgu, każde uczucie, wzruszające mu serce, odczuwała i powtarzała natychmiast.
Pozostawało mu więc tylko zbadać, czy to jasnowidzenie było jedynie wynikiem sympatji i uczuć, wiążących ich dusze; czy poza obrębem koła, zakreślonego miłością, koła, na które siła tych uczuć zlewała potoki światła, ów wzrok duchowy, taki potężny, taki jasnowidzący przed upadkiem tej Ewy nowoczesnej, zachował moc przebijania ciemności, otaczających zwykłych śmiertelników.
Nie miał odwagi na decydujące próby, żył ciągle nadzieją, która była koroną jego szczęścia.
Niekiedy Lorenza mówiła ze słodką melancholją:
— Kochany Acharacie, widzę, że myślisz o innej kobiecie, o kobiecie z Północy z jasnymi włosami i niebieskiemi oczami; Acharacie!... Acharacie!... ta kobieta stoi zawsze obok mnie w twych myślach.
Wtedy Balsamo, patrząc na Lorenzę — pytał:
— Czy widzisz to we mnie?... najdroższa.
— Widzę to najwyraźniej, jak w zwierciadle.
— W takim razie wiesz też zapewne, czy z miłości myślę o tej kobiecie — odpowiadał Balsamo — czytaj w mojej duszy i sercu, droga Lorenzo!...
— Nie — odpowiedziała, — wiem o tem dobrze; ale wiem także, że dzielisz myśl swą nieustannie między nas obie.
— Ja, moja jedyna, myślę tylko o tobie, sercem przynajmniej; zobacz i przekonaj się sama, czy nie zapomniałem o wszystkiem na świecie, czy od czasu naszego szczęścia nie zaniedbałem wszystkiego: studjów, polityki, pracy?...
— To źle robisz, mój jedyny, bo ja mogę ci być bardzo pomocną w twych pracach.
— Jakto?...
— Czyż nie zamykałeś się dawniej godzinami całemi w laboratorjum?...
— Tak, ale dałem pokój tym próżnym próbom; byłyby to godziny, wykreślone z mego życia, bo nie widziałbym ciebie, moja najdroższa.
— Dlaczegóż nie mogłabym być tak ci nieodstępną w pracy, jak w miłości; dlaczegóż nie miałabym cię zrobić tak potężnym, jak szczęśliwym?...
— Bo Lorenza moja jest piękną, to prawda, ale nie jest uczoną. Młodość, piękność i miłość daje Bóg, ale wiedzę — nauka tylko.
— Dusza wie wszystko, mój drogi.
— Więc przed oczami twej duszy naprawdę nic nie jest ukryte?
— Nie.
— I możesz mi być pomocną w poszukiwaniach kamienia filozoficznego.
— Tak sądzę.
— Chodź więc ze mną.
Powiedziawszy to, Balsamo objął ramieniem wiotką postać swej ukochanej i powiódł ją do laboratorjum.
Ognisko, nie podsycane od paru dni, wygasło; retorty i tygle stały zimne.
Lorenza spojrzała bez zdziwienia na te różnorodne przyrządy i narzędzia zamierającej już alchemji; zdawało się, jakby znała użytek każdego.
— Poszukujesz tajemnicy robienia złota? — rzekła z uśmiechem.
— Tak.
— W każdym z tych tyglów jest mieszanina o innych stosunkach.
— Tak, zdobywam je z trudem wielkim, a przez przerwą w pracy wszystko się zmarnowało, nie żałują jednak tego.
— I masz racją, bo złoto, jakie osiągniesz, nie będzie nigdy niczem innem, jak rtęcią zakolorowaną; możesz ją doprowadzić do stanu stałego, ale nie przeobrazisz nigdy.
— Robili jednakże złoto.
— Nigdy.
— Czyż Daniel Transylwańczyk nie sprzedał za dwadzieścia tysięcy dukatów Kosmili I-mu sekretu przeobrażania metali?...
— Daniel Transylwańczyk oszukał Kosmę I-go.
— A Saksończyk Payken, skazany na śmierć przez Karola II-go, czyż nie okupił swego życia, zamieniając sztabę ołowiu w sztabę złota, z części której wybito czterdzieści dukatów, a drugą pozostawiono na medal, wybity na cześć zdolnego alchemika.
— Zdolny alchemik był tylko zręcznym kuglarzem, podłożył sztabę złota na miejsce sztaby ołowiu i oto sekret cały. Dla ciebie najpewniejszym sposobem fabrykowania złota jest przetapianie na sztabki bogactw, jakie ci znoszą niewolnicy twoi z czterech stron świata.
Balsamo zamyślił się.
— Utrzymujesz zatem — rzekł po chwili, — że przemiana metali jest niemożliwą?...
— Stanowczo jest niemożliwą.
— Cóż powiesz jednak na brylant?...
— O!... brylant to co innego.
— Więc brylant można zrobić?...
— Tak; bo zrobić brylant sztuczny, nie znaczy przeobrazić jedno ciało w drugie, ale dokonać zwyczajnego procesu na znanym pierwiastku. Sama natura daje nam codziennie przykłady takich przeobrażeń.
— Więc znasz ciało z którego formują się brylanty?...
— Naturalnie, brylant, to czysty węgiel skrystalizowany.
Balsamo był jakby oszołomiony; olśniewające, niespodziewane światło ukazało się oczom jego; zakrył je oburącz, jakby z obawy, aby go ta nagła światłość nie oślepiła.
— O!... Boże, Boże, zanadto szczęścia dziś mnie spotyka; coś złego widać mi grozi. Boże mój, jakiż jest pierścień dość drogocenny, który wrzuciłbym w głębiny morza, aby okupić się twej zazdrości... Dość, dość na dziś Lorenzo.
— Czyż nie jestem twoją, rozkazuj, rządź mną.
— Tak, tak, ty jesteś moją, moją na wieki, chodź!... chodź!...
Balsamo, porwawszy w objęcia Lorenzę, wyniósł ją z laboratorjum, przebiegł przez pokój, futrami wybity, i, nie zwracając uwagi na lekkie trzeszczenie, dające się słyszeć nad ich głowami, wszedł do zakratowanej komnaty.
— Więc jesteś zadowolony z twej Lorenzy, kochany Balsamo — pytała włoszka.
— O!... — wyjąkał.
— Czegóż się tedy obawiałeś?... powiedz, mów!...
Balsamo złożył ręce i spojrzał na Lorenzę z takim wyrazem przerażenia, że każdy, nie umiejący czytać w jego duszy, nie mógłby sobie żadną miarą zdać z tego sprawy.
— O!... — szeptał — i ja o mało nie zabiłem tego anioła, i ja o mało nie umarłem z rozpaczy, przed rozwiązaniem zagadki: jak być szczęśliwym i potężnym zarazem. Zapomniałem, że granice możliwości sięgają zawsze poza horyzont, zakreślony przez obecny stan nauki i wiedzy, że większość prawd, które są już faktami dowiedzionymi, były początkowo uważane za marzenia i hipotezy; i ja sądziłem, że wiem wszystko a nic nie wiedziałem!
Młoda kobieta uśmiechała się czarująco.
— Lorenzo, Lorenzo — ciągnął dalej Balsamo — spełnił się więc cudowny zamiar Boga, który stworzył niewiastę z ciała mężczyzny i rzekł, że we dwoje jedno tylko serce mieć będą.
Ewa jest wskrzeszoną dla mnie, Ewa która nie będzie myśleć beze mnie, nie będzie czuć beze mnie!... A!... to za wiele szczęścia dla śmiertelnego stworzenia, to też aż upadam pod ciężarem dobroci Twej, Wielki Boże!
I upadł na kolana i ściskał z uniesieniem tę słodką piękność, uśmiechającą się doń nieziemskim uśmiechem.
— Więc mnie już nigdy nie opuścisz?... mówił — więc pod twem spojrzeniem, przebijającem ciemności, żyć będę bezpieczny, więc pomagać mi będziesz w tych pracowitych moich badaniach, które sama jedna, jak słusznie rzekłaś, jesteś w stanie uzupełnić, w badaniach, które jedno słowo twoje zrobi łatwemi i niepłonnemi. Ty jedna powiesz mi, że rzeczywiście nie stworzę złota, ty jedna powiesz mi, w jakim zakątku świata Bóg je przechował; ty jedna mi powiesz, gdzie drzemią odwieczne skarby oceanów. Za pośrednictwem oczu twoich dostanę kosztowną perłę w muszli zamkniętą; odgadnę myśl ludzką, rodzącą się w kręgach mózgowych; za pośrednictwem uszu twoich usłyszę niepochwytny szmer robaka, toczącego ziemię i kroki nieprzyjaciela, zbliżającego się do mnie. Będę wielki jak Bóg i jak Bóg szczęśliwy. Lorenzo moja, Bóg nie ma w niebie takiej jak ty towarzyszki; Wszechmocny jest, ale samotny; boskiego swego majestatu nie podziela z żadną inną istotą boską.
Lorenza uśmiechała się ciągle i na gorące słowa odpowiadała gorętszemi jeszcze pieszczotami.
— A jednak — mówiła, jakby widziała przez czaszkę kochanka każdą myśl, wstrząsającą mózg jego niespokojny i wrażliwy — a jednak ty wątpisz jeszcze Acharacie; ty wątpisz, abym mogła przekroczyć koło, zakreślone naszą miłością; wątpisz abym mogła widzieć w przestworzach przestrzeni i czasu i pocieszasz się, myśląc, że jeśli ja widzieć nie będę, to tamta będzie widziała... ona...
— Co za ona?...
— Kobieta o jasnych włosach: czy chcesz, abym ci powiedziała jej imię?...
— Dobrze.
— Poczekaj... Andrea.
— Taki... tak, ty czytasz moje myśli; ostatnia więc już tylko wątpliwość zamąca mi spokój. Czy to wzrok twej duszy sięga zawsze w przestrzeń, pomimo przeszkód meterjalnych?...
— Zbadaj! proszę cię o to.
— Podaj mi rękę, Lorenzo.
Młoda kobieta pochwyciła namiętnie rękę Balsama.
— Czy możesz mi towarzyszyć?
— Wszędzie!
— Chodź zatem.
Balsamo; wybiegając myślą poza ulicę Saint-Claude, pociągnął Lorenzę za sobą.
— Gdzie jesteśmy? — zapytał.
— Jesteśmy na górze — odrzekła młoda kobieta.
— Tak jest, masz rację — zawołał Balsamo, drżąc z radości — ale co widzisz?
— Przede mną? na prawo? czy na lewo?
— Przed tobą.
— Widzę szeroką dolinę, lasek z jednej, a miasto z drugiej strony. Po środku wije się rzeka, przepływając pod murami wielkiego zamku.
— Tak jest, Lorenzo. To lasek du Vésinet, miasto Saint-Germain i zamek de Maisons. Wstąpmy do pawilonu pałacowego.
— Dobrze, wchodzimy.
— Cóż widzisz?
— Na wstępie, w przedpokoju, małego murzynka, śmiesznie przybranego i zajadającego cukierki.
— Zamor, tak to on. Idźmy dalej.
— Sala pusta, wspaniale umeblowana, nad drzwiami wyobrażenia bogiń i amorków.
— Czy jest kto w salonie?
— Niema nikogo.
— To idźmy, idźmy ciągle dalej.
— Ach! jesteśmy w cudownym buduarze, niebieskim atłasowym na meblach kwiaty o barwach naturalnych.
— Czy także próżny?
— Nie, kobieta spoczywa na szezlongu.
— Kto jest ta kobieta?
— Poczekaj...
— Czy ci się nie wydaje, żeś ją kiedyś widziała?
— Ach! tak, tutaj; toż to hrabina Dubarry.
— Tak jest, tak jest Lorenzo; ach! ja chyba oszaleję; a co robi ta kobieta?
— Myśli o tobie Balsamo.
— O mnie?
— Tak.
— Więc nawet myśli jej przenikasz?
— Tak; i powtarzam, że myśli o tobie.
— Cóż takiego myśli?
— Zrobiłeś jej jakąś obietnicą.
— No tak; ale jaką?
— Obiecałeś jej dać eliksir piękności, który Wenus, aby się zemścić na Sapho, dała Faonowi.
— Tak, tak, i cóż więcej?
— Namyśliła się i postanawia.
— Co takiego?
— Poczekaj... wyciąga rękę do taśmy od dzwonka i dzwoni, wchodzi inna jakaś młoda kobieta.
— Brunetka czy blondynka?
— Brunetka.
— Wysoka czy niska?
— Mała.
— To jej siostra. Słuchaj, co będą mówiły.
— Dubarry poleca żeby kareta zajechała.
— W jakim celu?
— Chce przybyć tutaj.
— Czy pewną jesteś tego?
— Słyszą przecież, że wydaje rozkaz. Patrz, już go spełniono, jedzie już, będzie tutaj za dwie godziny.
Balsamo padł na kolana.
— Och! — wykrzyknął — jeżeli rzeczywiście będzie tu za dwie godziny, to wtedy, Boże! o nic Cię już nie będą prosić, tylko abyś miał miłosierdzie nad mem szczęściem.
— Biedny przyjacielu — rzekła — więc się lękałeś?
— O! tak, tak, moja najdroższa.
— I czegóż się lękać mogłeś? Czy miłości, która dopełniła życie fizyczne i rozszerza życie duchowe?... Miłość, jak każde uczucie szlachetne, zbliża nas do Boga, a wszelka światłość spływa od Boga.
— Lorenzo, Lorenzo, ja oszaleję ze szczęścia, jakie mi dajesz.
Powiedział to i skłonił głowę na kolana młodej kobiety.
Czekał jeszcze na jeden dowód, aby osiągnąć zupełne szczęście i uspokojenie. Tą ostatnią próbą miało być przybycie Dubarry.
Te dwie godziny oczekiwania były krótkie, Balsamo stracił zupełnie miarę czasu. Naraz młoda kobieta zadrżała.
— Ty jeszcze wątpisz i chciałbyś wiedzieć, gdzie ona jest w tej chwili?
— Prawda — szepnął Balsamo.
— A więc jedzie bulwarami wyciągniętym kłusem, zbliża się, wjeżdża na ulicę Saint-Claude, zatrzymuje się już przed bramą, puka...
Pokój, w którym byli oboje zamknięci, tak był oddalony, że uderzenia mosiężnego młotka dojść do nich nie mogły. Ale Balsamo podniósł się na jedno kolano i zaczął nadsłuchiwać. Naraz dwa stuknięcia Fryca porwały go na równe nogi; dwa stuknięcia, jak to przypominamy sobie, były znakiem ważnej wizyty.
— Och! — krzyknął, — więc to prawda!
— Idź się naocznie o tem przekonać, ale powracaj jak najprędzej.
Balsamo podskoczył ku kominkowi.
— Pozwól mi odprowadzić cię aż do drzwi, na schody — rzekła Lorenza.
— O, chodź! — i oboje przebiegli pokój wysłany skórami.
— Czy tutaj pozostaniesz? — zapytał Balsamo.
— Nie ruszę się nigdzie ani krokiem, będę cię oczekiwać! Bądź spokojnym. Lorenza, którą kochasz, nie jest tą, której się lękałeś. Zresztą...
Zatrzymała się, uśmiechając.
— Co? — zapytał Balsamo.
— Czy nie czytasz w mej duszy tak, jak ja czytam w twojej?
— Niestety, nie!
— To uśpij mnie do twego powrotu, rozkaż mi pozostać nieruchomą na tej sofie, a pozostanę i spać będę.
— Więc niech i tak będzie, droga Lorenzo, śpij i czekaj.
Lorenza, walcząc z ogarniającą ją już sennością, złożyła ostatni pocałunek na ustach Balsama i, chwiejąc się, padła na sofę.
— Dowidzenia niezadługo — szepnęła —
niedługo wrócisz, wszak prawda? — Balsamo pozdrawiał ją jeszcze ręką, ale już spała.
— Była tak piękną, tak anielsko-dziewiczą, z falą rozpuszczonych splotów, z ustami nawpół otwartemi, z rumieńcem, jak różowa jutrzenka, na alabastrowej twarzy i zamglonemi oczami, ale tak była niepodobną do kobiety, że Balsamo wrócił do niej, ujął jej rękę, ucałował ramiona i szyję raz jeszcze, lecz ust jej dotknąć nie chciał.
Dwa uderzenia rozległy się znowu; albo dama się niecierpliwiła, albo Fryc był w obawie, że pan nie słyszał.
Poskoczył do drzwi; w chwili kiedy je za sobą zamykał, zdało mu się, że posłyszał drugie skrzypnięcie, podobne temu, które słyszał przedtem, otworzył znów drzwi, spojrzał naokoło, lecz nie zobaczył nic. Nic, tylko Lorenzę leżącą i dyszącą pod ciężarem uczuć, przygniatających jej piersi.
Zamknął drzwi i pobiegł do sali, bez trwogi, bez obawy, z rajem w duszy.
Mylił się jednakże: nie sama miłość przygniatała pierś Lorenzy i przyspieszała jej oddech.
Lorenza śniła; straszne obrazy ponurego snu otoczyły ją ciemnością, zasłaniającą wszystko: zdawało jej się, że w suficie dębowym robi się okrągły otwór i coś nieokreślonego, jakby wielka rozeta, oderwawszy się od sufitu, spuszcza się nadół z ponurym świstem, wolnym miarowym ruchem; czuła, jakgdyby jej coraz tchu brakowało, i jakby już miała się udusić pod ciężarem tego, wprost na nią zsuwającego się kręgu. Zdawało jej się wreszcie, że na tem kole, w rodzaju ruchomej windy, widzi coś bezkształtnego, potwora o ludzkiej twarzy, starca, którego oczy i ramiona wydawały się jedynie żyjącemi, pożerał ją strasznemi oczami i wyciągał ku niej ramiona szkieletu.
A ona, ona biedna, wiła się bezsilnie, bez możności ucieczki, nie przeczuwając jednak strasznego niebezpieczeństwa, jakie jej groziło, czuła tylko, jak ją ujęły te ramiona, jakby kleszcze, porwały z sofy, przeniosły na ową ruchomą deskę, która znów wolno zaczęła się ku sufitowi wznosić, z przerażającym zgrzytem żelaza, trącego się o żelazo. Usłyszała jeszcze straszny przerażający śmiech potwora o ludzkiej twarzy, który ją unosił bez wstrząśnienia, bez bólu, jakby do nieba.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.