Józef Balsamo/Tom X/Rozdział CXXXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom X
Pobierz jako: Pobierz Cały tom X jako ePub Pobierz Cały tom X jako PDF Pobierz Cały tom X jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CXXXI
ELIKSIR

Zupełnie zgodnie z przepowiedniami Lorenzy przybyła do Balsama pani Dubarry.
Piękna kurtyzana została wprowadzona do sali. Czekała na gospodarza, przerzucając „Księgę śmierci“, drukowaną w Moguncji, księgę, której ryciny, z niezwykłym artyzmem wykonane, przedstawiały śmierć, towarzyszącą wszystkim czynnościom życia ludzkiego, czekająca na człowieka u wejścia na bal, gdzie śpieszy aby spotkać ukochaną kobietę, czyhającą w głębinach przejrzystej wody, gdzie przybył kąpielą się orzeźwić, lub w lufie broni, z którą idzie na polowanie.
Pani Dubarry patrzyła właśnie na wyobrażenie pięknej kobiety, różującej się i przeglądającej w zwierciadle, gdy Balsamo, otworzywszy drzwi, pośpieszył ją powitać z uśmiechem szczęścia na twarzy.
— Wybacz, hrabino, że zbyt długo pozwoliłem czekać na siebie, ale źle widać obliczyłem odległość, lub też niedostatecznie znam szybkość rumaków twoich; sądziłem, iż możesz być najdalej na placu Ludwika XV.
— Jakto, czyś pan wiedział, że właśnie tu jadę?
— Tak pani! dwie godziny temu widziałem cię w niebieskim buduarze, wydającą rozkaz założenia koni do karety.
— Więc pan mówisz, że byłam wtedy w niebieskim buduarze?
— Haftowanym w kwiaty o barwach naturalnych. Tak, hrabino, spoczywałaś na szezlongu, kiedy ci przyszła myśl szczęśliwa i powiedziałaś sobie: „Odwiedźmy hrabiego de Fenix“. Zadzwoniłaś wtedy.
— No i któż wszedł?
— Siostra twoja, hrabino. Czyż nie tak? Prosiłaś jej, aby wydała rozkazy, które natychmiast spełniono.
— Ależ, hrabio, widzę, że na serjo jesteś czarownikiem. Czy w każdej porze dnia i nocy oko twe sięga do mego buduaru? Powinienbyś mnie w takim razie uprzedzić, kochany hrabio!
— Bądź spokojną, hrabino, mam zwyczaj zapuszczać mój wzrok tylko przez otwarte drzwi.
— I patrząc przez te drzwi, otwarte jedynie, widziałeś nawet że myślę o tobie?
— Tak, i że myślisz pani życzliwie.
— Masz słuszność, kochany hrabio, mam najlepsze względem ciebie intencje; ale przyznaj, że na to zasługujesz, ty taki dobry, taki użyteczny; ty hrabio, co zdaje się jesteś przeznaczony aby odegrać rolę opiekuna w mem życiu, czyli najtrudniejszą rolę jaką znam.
— Hrabino! jestem nader szczęśliwym; mogłem ci więc być kiedy użyteczny?
— Jakto, jasnowidzącym jesteś, a nie wiesz o tem?...
— Zostaw mi, pani, zasługę skromności.
— Niech i tak będzie, kochany hrabio, ja zaś z mej strony opowiem, co zrobiłam dla ciebie.
— Nie, nie, hrabino; mówmy o tobie, błagam cię o to.
— W takim razie, hrabio, zacznij od udzielenia mi twej tajemnicy jasnowidzenia, lub pożycz tego kamyczka, co to robi ludzi niewidzialnymi; bo zdaje mi się, że po drodze widziałam jednego ze sług księcia de Richelieu.
— I cóż ten sługus?
— Ścigał mój ekwipaż na dobrym biegunie.
— Co pani o tem myśli?... w jakim celu książę kazał panią ścigać, czy śledzić!?
— W celu przysłużenia mi się znów, na swój sposób, jaką złośliwością, chociaż tak skromny jesteś hrabio, że Bóg dał ci tyle przymiotów osobistych, iż możesz budzić zazdrość nawet króla...
— Richelieu nie może być w żadnym razie niebezpieczny, hrabino.
— Ale był już, był, przed ostatnimi wypadkami.
Balsamo zrozumiawszy, że chodzi o coś, czego mu jeszcze Lorenza nie odkryła, nie chciał się puszczać na grunt nieznany i zamiast odpowiedzi ograniczył się na uprzejmym uśmiechu.
— Był już raz — powtórzyła hrabina — i o mało nie padłam ofiarą spisku, świetnie osnutego, w którym i pan udział brałeś...
— Ja, w spisku przeciw pani, hrabino? Nigdy.
— Więc to nie ty, hrabio, dałeś ten napój księciu de Richelieu?
— Jaki napój?
— Napój, który każe kochać zapamiętale?
— Nie hrabino, ten napój sam Richelieu przyprawia, bo ma nań oddawna receptę. Ja dałem mu tylko zwyczajny narkotyk.
— Doprawdy?
— Słowo honoru.
— Czy nie mógłbyś, kochany hrabio, przypomnieć sobie dokładnie, kiedy książę zgłaszał się tu po ów narkotyk; byłoby to bardzo ważną wskazówką dla mnie.
— W ostatnią, zdaje mi się, sobotę... w wigilję dnia, w którym miałem zaszczyt przesłać hrabinie przez Fryca bilecik z prośbą, abyś w mojej sprawie przybyła do Sartines’a.
— W wilję tego dnia — zawołała Dubarry — w wilję tego dnia, w którym widziano króla, udającego się do panny Taverney?... O! teraz wszystko rozumiem.
— Jeśli to rozumiesz, hrabino, to wiesz, że żadnej innej roli tam nie grałem.
— Narkotyk ten nas ocalił.
Balsamo znów nic nie wiedział.
— Szczęśliwy jestem — rzekł, — żem ci się przydaj, hrabino, nawet bezwiednie.
— O! jesteś pan zawsze niezrównanym. Ale dziś możesz lepiej mi się przysłużyć, niż kiedykolwiek. O! bo byłam bardzo chorą, doktorze, wyrażając się językiem dyplomacji, a nie wiem, czy i w tej chwili w rekonwalescencję wierzyć mogę.
— Hrabino — odrzekł Balsamo — ponieważ mam być doktorem, więc muszę poznać szczegóły choroby. Zechciej więc pani objaśnić mnie szczegółowo i jak najdokładniej o wszystkiem co cię spotkało, nie pomiń najdrobniejszego symptomu.
— Nic łatwiejszego, drogi doktorze, lub jeżeli wolisz, kochany czarowniku. W wigilję dnia, w którym narkotyk znalazł zastosowanie, Jego Królewska Mość nie chciał mi towarzyszyć do Luciennes. Pod pozorem zmęczenia pozostał w Trianon, pozostał tam, aby, jak się o tem dowiedziałam następnie, wieczerzać w towarzystwie księcia de Richelieu i barona de Taverney.
— O! o!
— Rozumiesz mnie już, hrabio. Wtedy właśnie napój miłosny wlano do szklanki królowi. Wiedziano już, że nie będzie u mnie i zagięto parol na pannę Andreę.
— No i cóż?
— Wszystko skończyło się na niczem.
— Jak się to stało?
— Właśnie, że niezmiernie trudno dowiedzieć się prawdy. Osoby, dobrze zwykle poinformowane, zapewniają, że widziano Jego Królewską Mość, zmierzającą do apartamentów panny Andrei.
— Wiem, gdzie mieszka; ale cóż z tego?
— A! cóż z tego... za daleko chcesz się posunąć, hrabio! Wiesz, że niebezpiecznie jest śledzić monarchę, gdy ten nie chce być widzianym.
— Ale cóż wreszcie?
— Nakoniec, mogę ci to tylko powiedzieć, że Jego Królewska Mość w burzliwą noc powrócił do Trianon, blady, drżący, w gorączce, dochodzącej do maligny.
— Przypuszczasz pani zatem — dodał Balsamo z uśmiechem — że to nie sama burza napędziła tego strachu Najjaśniejszemu Panu?
— Naturalnie, bo i kamerdyner słyszał, jak wykrzyknął po kilka razy: umarła, trup, trup.
— Co? — zawołał Balsamo.
— Sprawił to właśnie narkotyk. Trup robi zawsze na królu szalone wrażenie, bo mu nasuwa myśl o śmierci. Znalazł pannę Taverney, pogrążoną w śnie niezwykłym, nienaturalnym i sądził, że umarła.
— Tak, tak, była jakby umarła — rzekł Balsamo — przypomniawszy sobie, że uciekając, zapomniał jej rozbudzić. Taki tak! — A potem hrabino, cóż potem?
— Nikt już nie wie, co się działo tej nocy, to jest na początku tej nocy. Powróciwszy do siebie, król wpadł w silną gorączkę, dostał ataków nerwowych, które nad ranem dopiero przeminęły, gdy delfinowej przyszła myśl otworzyć podwoje apartamentu królewskiego i ukazać Najjaśniejszemu Panu jasne słońce, oświecające twarze uśmiechnięte. Wtedy pierzchnęły wszystkie straszne widziadła nocne. W południe było już dobrze, król napił się buljonu i zjadł skrzydełko kuropatwy, wieczorem zaś...
— Cóż wieczorem? — podchwycił Balsamo.
— Wieczorem, Jego Królewska Mość, bojąc się widać przykrej poprzedniej nocy w Trianon, przybył do mnie, do Luciennes, gdzie, kochany hrabio, przekonałam się, iż książę de Richelieu był prawie równym tobie czarnoksiężnikiem.
Triumfująca twarz hrabiny, gest pełen kokieteryjnego wdzięku, dopowiedział reszty i uspokoił Balsama co do wpływu, jaki miała jeszcze faworyta na króla.
— Więc, w takim razie, zadowolona jesteś ze mnie hrabino?
— Zachwyconą jestem panem, kochany hrabio, przysięgam ci; bo mówiąc mi wówczas o niepodobieństwach, jakie stworzysz, powiedziałeś czystą prawdę.
I wyciągnęła doń, z podziękowaniem, tę białą, miękką, pachnącą rączkę, co choć nie miała młodzieńczej świeżości Lorenzy, była jednak również wymowną.
— A teraz, przechodzę do pana, hrabio rzekła.
Balsamo pochylił głowę i słuchał.
— Jeżeliś mnie uwolnił od wielkiego niebezpieczeństwa, zaczęła Dubarry, — sądzę, że i ja nawzajem uratowałam cię od katastrofy.
— Mnie? powtórzył Balsamo, ukrywając głębokie wzruszenie; jakkolwiek i tak jestem ci mocno wdzięczny, hrabino, radbym wiedzieć jednakże o jakiej mówisz katastrofie...
— O owej szkatułce pańskiej.
— Cóż tam w niej było?
— Mnóstwo cyfr i znaków, które pan de Sartines kazał w swem biurze przetłumaczyć i objaśnić kilku specjalistom w tym względzie. Każdy z nich uważnie odcyfrował, a wszystkie tłumaczenia zgadzały się najzupełniej. Pan de Sartines, obładowany tem wszystkiem, przybył do Wersalu do króla, właśnie w czasie mojej tam obecności.
— O! o! i cóż król powiedział? Król najprzód się zdziwił, potem przeraził. Ludwik XV słucha zawsze nadzwyczaj chętnie raportów o niebezpieczeństwach. Od czasu owej sprawy scyzorykowej Damiens’a, słowo: „baczność“ wywiera nań wpływ magnetyczny.
— Więc pan de Sartines oskarżył mnie o spisek?
— Przedewszystkiem próbował mnie usunąć; ale oparłam mu się stanowczo, oświadczając, że nikt nie jest bardziej ode mnie przywiązanym do króla, nikt więc niema prawa usunąć mnie, gdy idzie o grożące mu niebezpieczeństwo. Pan de Sartines nalegał, ale ja się opierałam; tak, że w końcu król, patrząc na mnie w sposób, na którym się znam doskonale, rzekł:
— Niech zostanie Sartines, niech zostanie, dziś nie mogę jej niczego odmówić!
— Rozumiesz hrabio, że w mojej obecności de Sartines, który pamiętał dobrze życzenie moje, tak mu kategorycznie wyrażone przy pożegnaniu naszem, nie śmiał cię oskarżać. Zaczął mówić o złych zamiarach króla pruskiego względem Francji, o ogólnym prądzie do posiłkowania się cudownością i czarnoksięstwem w celach spiskowych i buntowniczych, oskarżał nareszcie wielu ludzi, przekonywując, z dowodami w ręku, że byli winni.
— W czem jednakże byli winni?
— Nie mogę ci przecie, hrabio, zdradzać tajemnic stanu!...
— Które są jednocześnie naszą także tajemnicą; o! nic a nic nie ryzykujesz, hrabino, zapewniam cię, zwłaszcza dlatego że mój własny interes nakazuje mi jak najgłębsze milczenie.
— Wiem, hrabio, i przyznaję ci słuszność. Otóż pan de Sartines dowodził, że jest stowarzyszenie liczne, potężne, złożone z wyznawców odważnych, zręcznych, a na wszystko przygotowanych które podkopuje cichaczem cześć, należną Jego Królewskiej Mości, miota nań różne oszczerstwa, rozpowszechnia o nim różne niegodziwe wieści.
— Jakież naprzykład?
— Oskarżają naprzykład króla, że głodzi naród.
— I cóż król powiedział na to?...
— Odpowiedział, tak jak to król zwykle, żarcikiem.
Balsamo odetchnął.
— A jakżeż brzmiał ów żarcik, hrabino?
— „Ponieważ oskarżają mnie, że głodzę naród, — rzekł, — mam tylko jedną na to odpowiedź: żywmy go“.
— „W jaki sposób, Najjaśniejszy panie? — zapytał Sartines.
— „Biorąc żywienie tych wszystkich, co podobne wieści rozgłaszają, na mój rachunek, a w dodatku ofiarując im jeszcze bezpłatny lokal w zamku moim Bastylji“.
Balsamo uczuł, że mu mrowie przeszło po skórze, ale nie przestał się uśmiechać.
— I cóż potem? — zapytał znowu.
— Potem król jakby się mnie radził spojrzeniem.
— Najjaśniejszy Panie — rzekłam wtedy — nie uwierzę nigdy, aby te małe czarne plamki, o których mówił pan de Sartines, miały dowodzić, iż jesteś złym monarchą. Szef Policji chciał mi przerwać, alem dorzuciła:
— Nie wierzę również wcale, aby sekretarze pana de Sartines dokładnie to pisma odcyfrowali.
— I cóż król na to, hrabino? — spytał Balsamo.
— Oświadczył, że mogę mieć rację tak jak i minister policji.
— A potem?
— Potem przygotowano masę rozkazów uwięzienia, w które wpisywano różne nazwiska; pan de Sartines usiłował przemycić twoje, kochany hrabio, ale stałam na straży i powstrzymałam go jednem słowem:
— Mój panie — odezwałem się głośno wobec króla — aresztujże sobie cały Paryż, jeżeli ci się podoba, ale nie waż się dotknąć jednego z moich przyjaciół, bo inaczej...
— „O! o! — zawołał król — gniewa się pani Joanna. Strzeż się jej Sartines!“
— „Ależ, Najjaśniejszy Panie!.. — interesy państwa“...
— „Nie jesteś pan wcale Sully’m, a ja Gabrielą” — przerwałam mu, zaczerwieniona ze złości.
— „Pani hrabino, chcesz, aby zamordowano króla, jak zamordowano Henryka IV?...“
— Cios był dobrze wymierzony, król zbladł, zadrżał i przeciągnął ręką po czole. Zdawało mi się, żem została pobitą!
— Najjaśniejszy Panie — rzekłam — pozwól działać panu de Sartines, bo sekretarze jego widocznie doszli do przekonania, że i ja także spiskuję przeciw Waszej Królewskiej Mości. I powiedziawszy to, wyszłam.
— Ale wiesz, kochany hrabio, że to było nazajutrz po zadaniu Ludwikowi XV napoju miłosnego... Lubczyk działał w najlepsze... Król przełożył moją obecność, nad towarzystwo pana de Sartines i wybiegł za mną.
— „Przez litość, hrabino, nie gniewaj się“ zawołał.
— „To wyrzuć w takim razie tego, cuchnącego więzieniem, człowieka“.
— No, Sartines, idź już sobie, idź!... — rzekł król, wzruszając ramionami.
— Co do mnie — dodałam — zabraniam panu nietylko wstępu do siebie, — ale ukłonu nawet.
Sartines stracił kompletnie głowę, podszedł ku mnie i pocałował pokornie w rękę.
— Niech będzie, jak chcesz, hrabino — powiedział — ale ostrzegam cię, że gubisz państwo. Pani protegowany, ponieważ tak koniecznie obstajesz przy tem, będzie oszczędzony przez agentów moich.
Balsamo wpadł w głęboką zadumę.
— No i cóż — przerwała hrabina, czy mi nie podziękujesz, że ci oszczędziłam zapoznania się z Bastylją?
Balsamo, zamiast odpowiedzi, wyjął z kieszeni flakonik, napełniony płynem — jak krew — purpurowym.
— Masz hrabino, za wolność, jaką mi dałaś, ofiaruję ci dwadzieścia lat drugiej młodości.
Hrabina, wsunąwszy flakonik za gors, odjechała szczęśliwa i triumfująca.
Balsamo pozostał w zamyśleniu.
— Gdyby nie kokieterja tej kobiety, byliby uratowani — mruknął. Drobna nóżka kurtyzany popchnęła ich w głęboką przepaść. Wyraźnie Bóg jest z nami!..


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.