Józef Balsamo/Tom X/Rozdział CXXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom X
Pobierz jako: Pobierz Cały tom X jako ePub Pobierz Cały tom X jako PDF Pobierz Cały tom X jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CXXIV
PAŁAC PANA DE SARTINES

Przedpokój, w którym znalazła się Lorenza, pełen był oficerów i żołnierzy; pierwszego z brzegu poprosiła o zaprowadzenie jej do inspektora policji; ten zaś odesłał ją do szwajcara. Ten przyjrzał się ze zdumieniem oryginalnej postaci, trzymającej w ręku przepiękną kasetkę. Pomyślał, iż wizyta ta musi być pilną i ważną, to też wskazał jej wejście sekretne, przez które o każdej godzinie dnia i nocy, można się było dostać do pana de Sartines.
Na górze woźny ją zatrzymał.
— Do kogo? — zapytał.
— Czy pan jesteś panem de Sartines? — spytała Lorenza.
Woźny cofnął się, zdumiony, że jest ktoś, kto może jego czarne skromne ubranie wziąć za kostjum dygnitarza, strojnego zwykle w złoto i srebro; ale wiadomą jest rzeczą, iż pułkownik nie gniewa się nigdy, gdy go nazwą generałem, to też woźnemu pochlebiło bardzo to uznanie. Przytem zaimponował mu cudzoziemski akcent kobiety, bogato ubranej i domyślał się, iż kasetka musi zawierać coś wyjątkowo ważnego.
Pan de Sartines lubił się otaczać licznym dworem, to też co najmniej pół tuzina sekretarzy obskoczyło Lorenzę.
Rezultatem wszystkich zapytań było, iż pana de Sartines niema w domu, że kto chce go dziś jeszcze widzieć, musi czekać. Młoda kobieta zasępiła się mocno. Na szczęście, powóz jakiś wjechał w bramę, a za chwilę woźny oznajmił Lorenzy, że pan de Sartines oczekuje.
Z pośpiechem minęła włoszka dwa ogromne salony, napełnione podejrzanemi osobami i kostjumami różnych narodowości; nareszcie wprowadzono ją do gabinetu, oświetlonego ogromną ilością świec.
Człowiek lat pięćdziesięciu pięciu, w szlafroku i ogromnej pudrowanej peruce, siedział na fotelu przed jakimś sprzętem, podobnym do szafy oszklonej i stąd przypatrywał się wchodzącym interesantom.
Był to sekretarzyk z licznymi szufladkami z których każda oznaczona była literą alfabetu. Tam chował pan de Sartines papiery, których nikt za jego życia czytać nie mógł, a których nawet i po śmierci ministra policji nie potrafiłby nikt odnaleźć, tak misternie były urządzone wszystkie skrytki. Sprzęt zawierał nadto dwanaście szuflad wyskakujących zapomocą tajemniczej sprężyny. Mebel ten podarowany został księciu Dubois, ten ofiarował go panu Dombreval, inspektorowi policji; ten zaś znowu zostawił go w upominku panu de Sartines. Szafę tę znano w całym kraju.
Wielu było mniemania, iż w szafie tej właśnie ukryte są akta dotyczące zboża, w którym Jego Królewska Mość Ludwik XV brał udział przy pomocy swego tajnego agenta, pana de Sartines.
Pan inspektor dostrzegł w lustrze poważną miną i oryginalną postać Lorenzy. Stanęła ona pośrodku gabinetu.
— Kto pani? — spytał, nie odwracając się Sartines — i czego sobie pani życzy?
— Czy mówię z panem de Sartines? — zagadnęła kobieta.
— Tak — odpowiedział krótko inspektor.
— Skąd mogę mieć tę pewność?
Pan de Sartines odwrócił się szybko.
— Czy odesłanie pani do więzienia ostatecznie ją przekona?
Lorenza nie odpowiedziała. Spojrzała dumnie wokoło siebie, jakby szukając krzesła, którego inspektor nie podał jej dotychczas.
Hrabia d’Alby de Sartines był człowiekiem dobrze wychowanym, spojrzenie pięknej kobiety upokorzyło go.
— Proszę usiąść — odezwał się mniej ostro.
Lorenza usiadła na fotelu.
— Mów pani prędko. Czego pani sobie życzy?
— Panie — rzekła kobieta — udaję się pod pańską protekcję.
Pan de Sartines rzucił na nią inkwizytorskie spojrzenie.
— Ah! ah! — odparł.
— Panie — ciągnęła Lorenza — człowiek jakiś porwał mnie od rodziny, człowiek ten ożenił się ze mną i więzi mnie od lat trzech; umieram z rozpaczy.
Pan de Sartines przyglądał się szlachetnej fizjognomji Lorenzy, a głos jej śpiewny i słodki mimowoli wzruszał go do głębi.
— Z jakiego kraju pani pochodzi?
— Rzymianką jestem.
— Jakie nosisz, pani, nazwisko?
— Nazywam się Lorenza Feliciani.
— Nie znam tej rodziny; czy jesteś pani szlachcianką?
— Tak, panie.
— O co mianowicie pani prosi?
— Proszą o wymierzenie sprawiedliwości i ukaranie człowieka, który mnie męczy i więzi.
— To mnie nie obchodzi, wszak jesteś pani jego żoną.
— On tak sądzi.
— Jakto?
— Ja nie pamiętam mego ślubu, wszystko to działo się podczas mego snu.
— Do djabła! Nie pojmują.
— Co takiego?
— Mówię, iż to mnie nie obchodzi, udaj się pani do prokuratora, do sądu, ja się do spraw małżeńskich nie wtrącam — rzekł pan de Sartines i zrobił ruch ręką, oznaczający, że posłuchanie skończone.
Lorenza nie ruszyła się z miejsca.
— Cóż jeszcze? — spytał zdumiony inspektor.
— Nie skończyłam bynajmniej jeszcze, mój panie! Nie przyszłam poto, aby skarżyć się przed panem, nie przyszłam poto, aby się pana radzić, ale poto, aby się zemścić. Rzymianki nie skarżą się, ale się mszczą.
— No... no... spiesz się przynajmniej, piękna pani, bo mój czas jest bardzo drogi.
— Przedewszystkiem, czy będę mogła liczyć na poparcie pana?
— Jakie mianowicie?
— Poparcie przeciw człowiekowi, na którym chcę się zemścić.
— Musi to być zatem człowiek potężny?
— Potężniejszy od króla.
— Tłumacz się jaśniej, droga pani. Jeśli chodzi o zemstę osobistą, zemścij się pani beze mnie, lecz jeśli popełnisz jaki występek, każę panią zaaresztować.
— Nie, mój panie, nie każesz mnie aresztować; zemsta moja jest sprawą niezmiernie doniosłą dla pana, dla króla, dla Francji. Chcę, przez zemstę, wydać tajemnicę tego człowieka.
— A! więc on ma tajemnicę? — zawołał pan de Sartines, zmieszany trochę wyniosłością i pewnością siebie włoszki.
— Wielkie tajemnice.
— Jakie?
— Polityczne.
— Mianowicie?
— Ale zapewnisz mi pan swoje poparcie?
— Jakiego rodzaju: pieniężne czy osobiste?
— Chcę wstąpić do klasztoru, żądam, aby klasztor ten był dla mnie grobem, właściwie idzie mi o to, aby żadna siła ludzka nie mogła mnie stamtąd wyprowadzić.
— Nie wiele zatem wymagasz pani. Zgadzam się najchętniej.
— Daje mi pan słowo honoru?
— Daję je najuroczyściej.
— Oto jest kasetka; zawiera ona tajemnice które zagrażają królowi i państwu.
— Znasz je więc pani?
— Bardzo powierzchownie; wiem tylko, że istnieją.
— Czy ważne?
— Straszne.
— Tajemnice polityczne?
— Czy nie słyszałeś pan nigdy o istnieniu tajemniczego stowarzyszenia?
— Wolnomularzy?
— Niewidzialnych.
— Słyszałem, ale nie wierzę.
— Gdy otworzysz pan tę kasetkę; to zapewne uwierzysz.
— Ach! — zawołał żywo naczelnik — zobaczmy.
Wziął kasetkę z rąk Lorenzy, a po chwili zatrzymał się i stawiając ją na biurku, rzekł z niedowierzaniem.
— Otwórz ją pani sama.
— Nie mam klucza.
— Jakto, przychodzisz pani bez klucza? Przynosisz kasetkę, od której zależy spokój króla i Francji, i zapominasz klucza?!
— Czy tak trudno otworzyć zamek?
— Zapewne że nie, jeśli się go zna dokładnie; oto pęk kluczy, otwierających wszelkie zamki, otwórz pani — odezwał się, przypatrując się bladej, ale spokojnej kobiecie.
— Daj pan — odrzekła.
— Proszę.
Wzięła klucze, rękę miała zimną, jak lód.
— Dlaczegóż nie zabrałaś pani klucza ze sobą?
— Bo właściciel tej kasetki nie rozłączą się z nim nigdy.
— Kim jest ten człowiek, o którym utrzymujesz pani, że jest potężniejszym od króla?
— Kim on jest, nie wiem, jak długo już żyje — nie wiem, od wieków chyba, czyny jego Bóg tylko osądzi.
— Ale nazwisko jego?
— Zmieniał je już dziesięć razy.
— Pod jakim znasz go pani?
— Acharat.
— Gdzie mieszka?
— Ulica Saint...
W tej chwili Lorenza upuściła kasetkę i klucze; wszystkie fibry w niej drżały, chciała odpowiedzieć, lecz usta nie wydały głosu, wyciągnęła ręce przed siebie, wyprężyła się i padła na dywan.
— Biedna kobiecina! — szepnął pan de Sartines — co jej się stało? Śliczne dziecko, co za figurka! och! miłość gra główną rolę w tej zemście.
Zadzwonił, podniósł sam z ziemi młodą kobietę, bladą i sztywną, jakby nieżywą.
Dwóch służących weszło natychmiast.
— Zanieście uważnie tę młodą damę do sąsiedniego pokoju — rozkazał. — Przywróćcie ją do przytomności. Tylko delikatnie.
Służący wynieśli Lorenzę.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.