Józef Balsamo/Tom X/Rozdział CXXV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom X
Pobierz jako: Pobierz Cały tom X jako ePub Pobierz Cały tom X jako PDF Pobierz Cały tom X jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CXXV
SZKATUŁKA

Pan de Sartines, pozostawszy sam, wziął szkatułkę do ręki, oglądał ją i obracał na wszystkie strony, jak człowiek, umiejący ocenić całą doniosłość odkrycia.
Następnie wyciągnął rękę i podniósł pęk kluczy, upuszczony przez Lorenzę.
Próbował wszystkich z kolei, nie pasował żaden.
Wyciągnął znów trzy, czy cztery podobne pęki ze swej szuflady.
Był to zbiór najrozmaitszych okazów kluczy od drzwi, mebli, szkatułek, kuferków, najzwyczajniejszych i skomplikowanych, dużych i mikroskopijnych, tak że można powiedzieć, iż pan de Sartines posiada wszelkie znane dotąd gatunki kluczy.
Ale chociaż spróbował dwadzieścia, pięćdziesiąt i sto, żaden ani razu nawet nie chciał się obrócić w zamku.
Pan de Sartines wywnioskował stąd, że musiał to być tylko pozorny zamek, do którego i klucz naturalnie był pozorny.
Wyjął więc z tej samej szuflady maleńkie dłutko i młotek, a za chwilę biała jego, delikatna, ręka, wysuwająca się z szerokiego mankieta, wysadziła zameczek, wiernego stróża nietykalności szkatułki.
Natenczas, w miejsce domniemanej machiny piekielnej lub trucizn, których woń sama mogłaby pozbawić Francję jednego z najważniejszych urzędników — ukazała się plika papierów.
Pierwsze wyrazy, jakie wpadły w oczy szefowi policji, były nakreślone zmienionym charakterem:
„Mistrzu, czas zmienić nazwę Balsamo“.
Podpisu innego prócz trzech liter L. P. D. nie było.
— O! o! wykrzyknął, muskając loki peruki, pisma tego nie znam, ale zdaje mi się, że na pewno znam nazwisko Balsamo... przekonajmy się, przejrzyjmy listę na B.
I, otworzywszy jedną z dwudziestu czterech szuflad, wydobył mały rejestrzyk, na którym wypisane było, drobnem, pełnem skróceń, pismem trzysta, czy czterysta nazwisk z różnemi notatkami.
— Ho! ho! zamruczał! a to tego dużo przy owym Balsamo!.. i odczytał całą stronicę, okazując żywe oznaki niezadowolenia.
Następnie, złożywszy rejestrzyk na miejscu, przyglądał się znów temu, co się znajdowało w szkatułce. Głębszego wrażenia doznał, gdy zobaczył listę nazwisk i cyfr.
Papier, który wydał mu się bardzo ważnym, mocno był już zniszczony i przepełniony znakami i uwagami, pisanemi ołówkiem. Pan de Sartines zadzwonił, ukazał się służący.
— Poproś natychmiast pana sekretarza — rozkazał. Służący wyszedł.
W dwie minuty potem sekretarz, z piórem w ręku, kapeluszem pod jedną pachą, kilku grubszemi książkami pod drugą, w kitajkowych rękawkach, wciągniętych na rękawy surduta, ukazał się na progu gabinetu.
Pan de Sartines, ujrzawszy go w przeciwległem zwierciadle, podał mu papier przez ramię.
— Odcyfrujno to — rzekł.
Człowiek ten, używany do rozwiązywania zagadek, był szczupły, z zaciśniętemi wargami, zmarszczonemi brwiami, jakby z natężenia myśli, czaszkę miał podłużną, szpiczastą, z czołem wtył uciekającem, policzkami mocno wystającymi i głęboko osadzonemi przygasłemi oczami, które się rzadko tylko ożywiały.
Pan de Sartines nazywał go La Fouine.
— Siadaj pan — rzekł doń, widząc iż obładowany słownikami, kodeksem, rejestrem i piórem, nie wiedział, co z sobą zrobić.
La Fouine usiadł skromnie na krześle, zsunął nogi i, z miną najobojętniejszą, zaczął pisać na kolanie, szukając czegoś raz, po raz, to w słowniku, to w pamięci.
W pięć minut zdążył napisać poniższe:

§ 1.
„Rozkaz zgromadzenia trzech tysięcy braci w obrębie Paryża”.
§ 2.

„Rozkaz zebrania trzech kół i sześciu lóż”.

§ 3.

„Rozkaz zebrania straży dla wielkiego mistrza i zapewnienia czterech mieszkań, z których jedno ma być w zabudowaniach królewskich”.

§ 4.

„Rozkaz dostarczenia pięciu tysięcy franków do jego rozporządzenia — dla policji”.

§ 5.

„Rozkaz wciągnięcia do pierwszego z kół paryskich całego kwiatu przedstawicieli literatury i filozofów”.

§ 6.

„Rozkaz zupełnego pozyskania biura policyjnego, a przedewszystkiem naczelnika policji, już to zapomocą przekupienia, podstępu lub nawet gwałtu”.
La Fouine zatrzymał się tu na chwilę, nie dlatego, aby się chciał zastanowić; wiedział on dobrze że byłby to występek, którego strzegł się jak ognia, ale z tej prostej przyczyny, że stronica była już zapisana, a atrament mokry. Trzeba więc było zatrzymać się z konieczności.
Pan de Sartines z niecierpliwością wyrwał mu papier z ręki i czytał.
Przy ostatnim paragrafie przerażenie odbiło się na jego twarzy, która powlekła się śmiertelną bladością.
Nie zwrócił już tej ćwiartki sekretarzowi, ale podał nową.
Sekretarz rozpoczął w dalszym ciągu odcyfrowywanie zagadkowego kryptogramu, co czynił z szybkością i wprawą, któraby niezawodnie przeraziła autorów tajemniczych znaków.
Tym razem pan de Sartines, nie tracąc chwili czasu, jednocześnie czytał mu przez ramię:

§ 7.

„Pozbyć się w Paryżu nazwiska Balsamo, które już zaczyna być nadto znanem i zastąpić je nazwiskiem hrabia de Fe...”
Koniec tego wyrazu zalała wielka czarna plama atramentu, czyniąc go nieczytelnym.
W chwili kiedy pan de Sartines szukał w myśli końcowych sylab nazwiska, rozległ się dzwonek i służący wchodząc, oznajmił.
— Pan hrabia de Fenix.
Pan de Sartines wydał stłumiony okrzyk i chwycił się oburącz za głowę, narażając tem na potarganie artystycznie ułożonej peruki. Prędko się jednak opanował, i wskazał swemu sekretarzowi ukryte w ścianie drzwiczki, za któremi tenże natychmiast zniknął. Sam zaś, z miną zupełnie obojętną, usiadł przy biurku i odezwał się do służącego:
— Prosić.
W sekundę potem pan de Sartines ujrzał w lustrze surową twarz hrabiego, którego widział już raz na dworze królewskim, w dniu prezentacji pani Dubarry.
Balsamo wszedł z zupełną swobodą.
Pan de Sartines wstał, złożył zimny ukłon hrabiemu, i usiadł na fotelu, krzyżując ceremonjalnie nogi.
Od pierwszego rzutu oka de Sartines zrozumiał powód i cel tej wizyty.
Balsamo zaś, również od pierwszego rzutu oka, spostrzegł na biurku pana de Sartines otwartą, nawpół wypróżnioną, szkatułkę.
Spojrzenie to, choć przelotne, nie uszło uwagi naczelnika policji.
— Jakiemuż szczęśliwemu trafowi zawdzięczam zaszczyt oglądania pana hrabiego u siebie?
— zapytał de Sartines.
— Panie — odrzekł Balsamo z uśmiechem, pełnym uprzejmości — miałem honor być przedstawionym wszystkim panującym, wszystkim ministrom i ambasadorom Europy, nie znalazłszy jednak nikogo, ktoby mnie panu przedstawił, przyszedłem uczynić to sam.
— W samej rzeczy, jak się to szczęśliwie składa. Przybył pan jakby na zamówienie i gdyby pan nie był sam się tu znalazł, sądzę, że byłbym zmuszony zawezwać go do siebie.
— A więc — odparł Balsamo — jakże to dobrze się stało.
Pan de Sartines pochylił się z uśmiechem ironicznym.
— Czemże mogę panu służyć? — ciągnął dalej Balsamo z taką swobodą, że nawet najlżejszy cień wzruszenia lub obawy nie zaćmił spokojnie uśmiechniętej jego twarzy.
— Pan hrabia musiał wiele podróżować, zauważył naczelnik policji.
— Bardzo wiele, łaskawy panie.
— Tak?...
— Może pan sobie życzysz jakichś objaśnień geograficznych! Człowiek pańskich zdolności i polotu nie przestaje tylko na samej Francji, obejmuje Europę... świat cały...
— Geograficznych objaśnień niekoniecznie mi potrzeba, panie hrabio, raczej, wyjaśnień psychologicznych.
— O! nie krępuj się pan wcale, bardzo proszę, jestem na usługi.
— Otóż wyobraź sobie, panie hrabio, że ja właśnie poszukuję człowieka nader niebezpiecznego, tak, na honor, człowieka, który jest zarazem ateuszem.
— O!
— Spiskowcem.
— O!
— Fałszerzem.
— O!
— Cudzołożnikiem, fałszerzem pieniędzy, szarlatanem, naczelnikiem sekty; człowieka, którego historję posiadam w swych aktach, notatkach w tej szkatułce, którą pan tu widzisz, jednem słowem wszędzie.
— Tak, tak, pojmuję — odparł Balsamo — posiadasz pan historję, brak ci tylko osoby.
— Właśnie.
— Do djabłal a to, jak sądzę, byłoby ważniejszem.
— Bezwątpienia; ale przekonasz się pan, jak jesteśmy już blisko i tego, aby mieć osobę; prawda, że nawet Proteusz nie przybrał więcej postaci; Jowisz nie miał więcej nazw, niż ich posiada sam tajemniczy podróżnik: Acharat w Egipcie, Balsamo we Włoszech, Somini w Sardynji, margrabia d’Anna na Malcie, margrabia Pellegrini na Korsyce, w końcu hrabia de...
— Hrabia de?... — zapytał Balsamo.
— Otóż to właśnie, że tego ostatniego nazwiska nie mogłem dokładnie odczytać; ale pan mi pomożesz, nieprawdaż?... jestem tego pewny, bo nie może być, abyś pan w swych licznych podróżach nie poznał tego człowieka i nie spotykał go w tych wszystkich miejscowościach, dopiero co wymienionych przezemnie.
— Być może; zobaczymy to po dokładniejszych objaśnieniach, jeśli łaska — odparł Balsamo z najzupełniejszym spokojem.
— A! rozumiem, życzysz pan sobie rysopisu, nieprawdaż, panie hrabio?
— Tak, panie.
— A więc — mówił pan de Sartines, utkwiwszy badawcze oko w panu Balsamo — jest to człowiek w pańskim wieku, pańskiej postawy i powierzchowności, jest to czasem magnat, rzucający złotem w prawo i lewo, to szarlatan, szukający tajemnic przyrody, to potajemny członek jakichś tajemniczych stowarzyszeń, zaprzysięgający, wśród cieniów nocy, śmierć monarchom i upadek tronom!...
— O! to jeszcze bardzo niedokładne i niepochwytne wskazówki!
— Jakto niedokładne?
— Gdybyś pan wiedział, ilu widziałem ludzi podobnych do portretu, nakreślonego przez pana w tej chwili.
— Doprawdy!
— Bezwątpienia; bądź więc pan trochę dokładniejszym, jeśli ja mam coś dopomóc. Najprzód powiedz mi pan, w którym kraju najczęściej ten człowiek przebywa.
— Mieszka we wszystkich.
— Ale w tej chwili naprzykład?
— W obecnej chwili znajduje się we Francji.
— I cóż on we Francji porabia?
— Kieruje olbrzymim spiskiem.
— To już szczęśliwa wskazówka; a jeśli jeszcze panu wiadomo, jakim spiskiem kieruje, poznasz pan nić, po której dojdziesz do kłębka, to według wszelkiego prawdopodobieństwa znajdziesz pan i tego człowieka.
— I ja jestem tego zdania.
— A więc, jeśli tak, dlaczegóż pan szuka mej rady. Pomoc moja staje się już niepotrzebną.
— Właśnie, zastanawiam się jeszcze.
— Nad czem?
— Nad tem...
— No proszą...
— Czy go mam aresztować... tak, czy nie...
— Tak, czy nie?
— Tak, czy nie...
— Ależ panie naczelniku policji, nie rozumiem tego: bo przecież jeśli spiskuje...
— Tak, ale jeśli osłania go potrosze jakieś nazwisko, tytuł?...
— A! rozumiem. Ale jakież nazwisko, jakiż tytuł? To musiałbyś mi pan koniecznie wyjaśnić, abym był w stanie dopomóc pańskim poszukiwaniom.
— Powiedziałem już panu, że znam nazwisko, pod którem się ukrywa, lecz...
— Lecz nie znasz pan tego, pod którem się ukazuje, nieprawdaż?
— W samej rzeczy; i gdyby nie to...
— Gdyby nie to, kazałbyś go pan aresztować?
— Bezzwłocznie.
— A więc, kochany panie de Sartines, jakże to szczęśliwie, że ja tu przybyłem, jak powiedziałeś mi to pan przed chwilą, bo właśnie mogą panu oddać przysługą, której pan ode mnie żądasz.
— Pan?
— Tak, ja.
— Więc pan powiesz mi jego nazwisko?
— Tak.
— Nazwisko, pod którem występuje?
— Tak.
— To ono jest panu znane?
— Najzupełniej.
— Więc jakież to nazwisko? — zapytał pan de Sartines, spodziewając się jakiegoś kłamstwa lub wybiegu.
— Hrabia de Fenix.
— Jakto nazwisko, pod którem kazałeś się pan oznajmić?
— Tak, panie, to samo, którem kazałem się oznajmić.
— Pana rzeczywiste nazwisko?
— Tak, panie.
— Zatem ów Acharat, ów Somini, margrabia d’Anna, margrabia Pellegrini, Józef Balsamo, to pan?
— Ależ tak, ja, we własnej osobie! — rzekł spokojnie Balsamo.
Pan de Sartines zamilkł na chwilę, jakby starając się ochłonąć z wrażenia, które wywarła na nim ta zuchwała otwartość.
— Widzisz pan, że zgadłem — odrzekł nareszcie — bo z góry byłem przekonany, że ów Balsamo i hrabia de Fenix są jedną i tą samą osobą.
— O! jesteś pan wielkim mistrzem, przyznaję.
— A pan wielkim lekkoduchem — odparł naczelnik żandarmerji, kierując się ku taśmie od dzwonka.
— Lekkoduchem, dlaczego?...
— Bo za chwilę będziesz pan aresztowany z mego rozkazu.
— O! za pozwoleniem — zawołał Balsamo, stając między panem de Sartines’a dzwonkiem — alboż to mnie można aresztować, mnie?
— A jakimże to sposobem powstrzymasz mnie pan od tego, co?
— Pytasz pan?
— Tak.
— Mój kochany naczelniku policji, bardzo prostym sposobem, oto w łeb ci strzelę.
I Balsamo, natychmiast wyjąwszy z kieszeni piękny pistolet, tak wspaniale inkrustowany i rzeźbiony, jakby wyszedł z pod dłuta Benwenuta Cellini, wycelował spokojnie w głowę pana de Sartines, który pobladł i padł na fotel.
— Tak — rzekł Balsamo, przyciągając drugi fotel i siadając najspokojniej przy naczelniku policji — teraz, kiedyśmy już przy sobie usiedli, możemy trochę pogawędzić.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.