Józef Balsamo/Tom X/Rozdział CXXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom X
Pobierz jako: Pobierz Cały tom X jako ePub Pobierz Cały tom X jako PDF Pobierz Cały tom X jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CXXIII
WOLA

Balsamo na Dżeridzie pędził lotem strzały do Paryża. Nic nie widział, nie słyszał, co się działo dokoła; domy i drzewa znikały za nim jak widma.
Przejezdni z przerażeniem ustępowali mu z drogi, biorąc go za szaleńca. Przeleciał w ten sposób milę, z zaiskrzonemi oczyma, z włosami rozwianymi, wyglądał rzeczywiście na warjata.
Za Wersalem osadził konia na miejscu. Otarł chustką wilgotne czoło, a lejce wypuścił z ręki.
— Biedny, głupi szaleńcze! — wołał z rozpaczą — ten pośpiech nic ci nie pomoże! teraz trzebaby mi tej siły woli, która mi tyle razy oddała usługi, śnie przybywaj! O! gdybym cię kiedy dostał w me ręce...
Zgrzytnął zębami.
— Głupcze! warjacie jakiś — szepnął — twoja wola nic już nie znaczy, Lorenza już przybyła, mówi: o niegodziwa nędzna kobieto! niema tortur tak strasznych, na jakie zasługujesz.
Jednakże... wiedzo, nauko... ja chcę tego! Spróbujmy! Lorenzo! Lorenzo! ja ci spać każę, Lorenzo! gdziekolwiek jesteś w tej chwili! Śpij i milcz!...
Nie, nic to już nie pomoże — mruknął niechcenie — nie wierzę już w nic. A jednak wiedza i wola są wszystkiem... Przebij mury, wolo moje! żądam tego całą potęgą duszy... Wolo moja goń nikczemnicę, dogoń ją, uderz w nią! Lorenzo! Lorenzo! śpij i milcz!
Wyciągnął ramiona w stronę Paryża. Nie pędził już jak wprzódy; szlachetny arab stąpał wolno po bruku, — pan jego rozważał spokojnie następstwa ucieczki Lorenzy. Dojechali do Sévres. Balsamo zatrzymał konia, widocznie czekał na kogoś.
Rzeczywiście człowiek jakiś zbliżył się do niego.
— Czy to ty, Fryc? — zapytał jeździec.
— Tak, panie.
— Masz dokładne wiadomości?
— Tak.
— Pani Dubarry jest obecnie w Paryżu, czy w Luciennes?
— W Paryżu.
Balsamo odetchnął.
— W jaki sposób się tu dostałeś?
— Na Sułtanie.
— Gdzież on?
— W podwórzu tej oberży.
— Osiodłany?
— Osiodłany.
— Przyprowadź go.
Fryc wyprowadził za chwilę Sułtana, był to koń rasy niemieckiej, powolniejszy od Dżerida, ale silny i wytrwały.
Balsamo, przy świetle latarni, napisał ołówkiem kilka słów na karcie.
— Wracj do Paryża — rzekł, podając bilet Frycowi — to oddasz do własnych rąk hrabiny Dubarry. Masz na to wszystkiego pół godziny czasu; potem wracaj do domu i czekaj tam na signorę Lorenzę, która zapewne powróci niedługo. Nie zadawaj jej żadnych pytań, nie zatrzymuj ani chwili, niech wejdzie do swego pokoju. Nadewszystko pamiętaj, żeby pani Dubarry za pół godziny otrzymała ten bilet.
— Dobrze, panie — odrzekł Fryc, wsiadając na konia.
Balsamo za trzy kwadranse wjechał do Paryża trochę uspokojony.
Nie mylił się; pomimo całego pośpiechu, Dżerid nie mógł na czas zdążyć, ale myśl mogła dogonić Lorenzę.
Z ulicy Św. Klaudjusza młoda kobieta weszła na bulwar, stamtąd na plac Bastylji. Miasta nie znała, pierwszą jej myślą była ucieczka z więzienia, drugą — zemsta.
Na przedmieściu Świętego Antoniego zaczepił ją jakiś młody człowiek i szedł za nią od kilku minut, przyglądając się jej oryginalnemu kostjumowi.
Lorenza, włoszka z okolic Rzymu, żyjąca samotnie w zamknięciu, nie stosowała się do mody; ubranie jej podobniejsze było do wschodniego niż do europejskiego. Suknię miała z jedwabiu, koronek i tiuluw tem powiewnem ubraniu wydawała się jakąś istotą nadziemską. Nosiła jednak tak modne w owej epoce buciki na wysokich obcasach, w których kobiety ani stać, ani chodzić prędzej nie mogły.
Młodzieniec łatwo dogonił młodą dziewczynę. Zaintrygowała go ona mocno; niepudrowane włosy, powiewne ubranie, oryginalnie zarzucona okrywka i błyszczące oczy zajęły chciwego wrażeń kawalera. Zbliżył się z kapeluszem w ręku.
— Pani widocznie bardzo pilno, a te nieznośne buciki przeszkadzają pani; podaj mi rączkę, piękna damo, odprowadzę cię, dokąd zechcesz.
Lorenza odwróciła się szybko i, wpatrując się w nieznajomego swemi głębokiemi czarnemi oczyma, odpowiedziała z prostotą:
— Jeśli sobie pan życzy, to i owszem.
Młody człowiek podał jej ramię.
— Dokąd pójdziemy? — zapytał.
— Do naczelnika policji.
Nieznajomy zadrżał.
— Do pana Sartines?
— Nie wiem, jak się nazywa, ale chcę mówić z naczelnikiem policji.
Młodzieniec zamyślił się. Kobieta tak młoda i piękna, w dziwnym stroju, spiesząca o ósmej godzinie wieczorem przez ulice Paryża, z kasetką pod pachą, wydała mu się bardzo podejrzaną. Zatrzymał się.
— Pan de Sartines, proszę pani — zawołał — mieszka na przedmieściu Saint-Germain, a to stąd bardzo daleko.
— Którędy iść trzeba na to przedmieście?
— Tędy; możeby zawołać dorożkę? — spytał grzecznie towarzyszki.
— Prawda, dorożkę... masz pan słuszność.
Nieznajomy przywołał fiakra.
— Gdzie mam zawieźć panią? — zapytał stangret.
— Do pałacu pana de Sartines.
Nieznajomy pomógł młodej kobiecie wsiąść do dorożki i pożegnał ją grzecznie.
Stangret zaciął konie. Wtedy to właśnie Andrea, uśpiona, zawiadomiła Balsama o zdradzie Lorenzy. W dwadzieścia minut potem młoda kobieta wysiadała przed pałacem.
— Czy czekać na panią? — spytał dorożkarz.
— Tak — odparła machinalnie Lorenza, wstępując na schody.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.