Józef Balsamo/Tom X/Rozdział CXXII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom X
Pobierz jako: Pobierz Cały tom X jako ePub Pobierz Cały tom X jako PDF Pobierz Cały tom X jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CXXII
KATALEPSJA

Dziewczyna, opuszczona, zaczęła drżeć nerwowo, jak trzęsą się zwykle epileptycy przed atakiem.
Gilbert stał obok, jakby przykuty do miejsca i pożerał wzrokiem baronównę. Nie wiedział o żadnym śnie magnetycznym i jego objawach; stał za daleko, aby mógł był posłyszeć rozmowę kobiety z czarownikiem Balsamo.
Wszak Andrea już po raz drugi przybywała na rozkaz tego człowieka, widocznie więc ma on wielką nad nią przewagę. Gilbert wyrozumował sobie, iż panna de Taverney ma kochanka, któremu wyznacza w nocy schadzki.
Rozmowa, jaką prowadzili, musiała być sprzeczką jakąś. Balsamo, odjeżdżający galopem i jakby nieprzytomny, wyglądał na zrozpaczonego kochanka.
Andrea, nieruchoma i niema, zdawała się opuszczoną kochanką. W tej chwili biedaczka zaczęła wydawać straszne, głuche krzyki, odpychała coś od siebie, zapewne to coś, co uwięziło duszę i rozum — magnetyzm.
Pomimo wysilenia, nie mogła zwalczyć wpływu magnetyzera i wpadła w konwulsje podobne do tych, jakim podlegały Pythie na trójnogu.
Potem straciła do reszty siły.
Grzmoty i szum wichru przerwały ciszą. Szła burza.
Gilbert, ze zwinnością tygrysa, podbiegł do Andrei i schwycił ją w ramiona. Nie namyślając się ani chwili, niósł ją do jej pokoju; zastał drzwi stojące otworem, złożył martwą na kanapie; świeca stała jeszcze na stoliczku, obok szklanki z wodą.
Chłopak zadrżał febrycznie, dotknąwszy ciała ukochanej, lecz pierwsza myśl jego była prawa i czysta; chciał za jaką bądź cenę powrócić do życia tę piękną statuę i szukał oczyma karafki, ażeby ją ocucić.
W tej chwili, gdy wyciągnął rękę po wodę, dał się słyszeć. jakiś szelest. Zdawało mu się, iż ktoś idzie po schodach. Nie mogła to być Nicolina, boć uciekła z oficerem, nie mógł być tembardziej Balsamo, który popędził, jak szalony, do Paryża. Musi to być zatem ktoś obcy.
— Gdyby mię tu ten ktoś zobaczył, wypędzonoby mnie natychmiast — pomyślał chłopak.
A kroki, tłumione burzą, szalejącą na dworze, zbliżały się ciągle.
Gilbert miał tyle przytomności, że zgasił świecę i wybiegł do sąsiedniego pokoju, zajmowanego dotąd przez Nicolinę.
Pokój ten sąsiadował z pokojem Andrei, a miał drzwi oszklone; w przedpokoju paliła się lampka.
Miał ją zamiar także zgasić, ale już nie starczyło mu czasu, kroki dały się słyszeć tuż, mężczyzna jakiś wszedł na korytarz i drzwi na klucz zamknął za sobą. Gilbert ukrył się pospiesznie w pokoiku Nicoliny, przyłożył oczy do szyby i patrzył.
Burza szalała, deszcz kroplisty bił w szyby okna Andrei, wicher targał okiennicami korytarza, których zamknąć zapomniano.
Gilbert na nic nie zwracał uwagi, cała dusza jego skupiła się w oczach, a oczy wpatrywały się w człowieka, który się zbliżał.
Człowiek ten, bez wahania, wszedł do pokoju Andrei.
Gilbert patrzył z przerażeniem na nieznajomego; ten podszedł do łóżka, a dotknąwszy rękami pościeli, zobaczył, że jest próżne, cofnął się zdumiony i zawołał półgłosem:
— Nicolino!... Nicolino!...
— Jakto, Nicolino?... — pomyślał Gilbert — wszak o Andreę chodzi, nie o Nicolinę?...
Żaden głos nie odpowiedział na to wołanie; mężczyzna wziął świecę ze stolika i wrócił do przedpokoju, gdzie zapalił ją od małej lampki. Gilbert zatrząsł się cały; w nieznajomym poznał króla.
Wtedy zrozumiał wszystko: zrozumiał ucieczkę Nicoliny i jej pieniądze, zrozumiał drzwi otwarte, barona de Taverney i Richelieu’go, zrozumiał całą tę ohydną intrygę, jaką oplątano biedną Andreę.
Na myśl, iż król jest w tym pokoju, krew uderzyła mu do głowy. Chciał krzyknąć, ale zamknął mu usta strach, a raczej przesąd; człowiek ten by i jednak królem Francji.
Ludwik XV powrócił ze świecą w ręku do pokoju. Zaledwie przeszedł próg, spostrzegł Andreę na sofie.
Leżała okryta białym peniuarem muślinowym, z głową zwieszoną, z rozpuszczonymi włosami.
Król uśmiechnął się, świeca rzuciła zielonawe światło na leżącą piękność.
Ludwik XV szepnął słów kilka, postawił lichtarz na stoliku, ukląkł przy Andrei i ucałował jej zwieszoną rękę, lecz uczuł, że jest zimna i sztywna.
Gilbert otarł pot z czoła. Andrea ani drgnęła.
Król pogłaskał delikatnie młodą dziewczynę i nachylił się nad nią; twarz była lodowata, jak ręka. Podniósł się szybko, spojrzał na małą bosą nóżkę, godną legendowego kopciuszka. Ujął to cacko w obie ręce, aby rozgrzać i drgnął znowu: noga zimna była jak marmur.
Gilbert ścisnął rękojeść noża ogrodowego, który nosił zawsze w kieszeni.
Ale król puścił w tej chwili nogę uśpionej i stanął przed nią, zdumiony tym snem dziwnym i niewytłumaczonym, który z początku brał był za kokieterję. Postanowił się przekonać, czy piękna dziewczyna żyje, zbliżył się do niej powtórnie, rozerwał peniuar i przyłożył rękę do serca; serce nie biło, ciało wyglądało jak posąg z alabastru, miało jego białość i piękność.
Gilbert wcisnął się we drzwi z nożem otwartym w ręku.
Oczy mu pałały, zęby dzwoniły, przysiągł sobie, że zabije najpierw króla, a potem siebie, gdyby król ośmielił się dalej prowadzić swoje badania.
W tej chwili straszny grzmot wstrząsnął ziemią, zdawało się, że cały pałac zachwiał się w posadach; błysnęło, a przy fjoletowem świetle, leżąca kobieta wydała się martwą zupełnie. Ludwik XV przybliżył świecę do uśpionej i przerażony tą bladością zawołał:
— Doprawdy, ona nie żyje!
Dreszcz go przebiegł na myśl, że całował trupa.
— Tak — szeptał — te sine usta, te oczy nawpół otwarte, te włosy w nieładzie, a szczególniej ta nieruchomość... Boże wielki! ona nie żyje!...
Krzyknął, upuścił palącą się świecę na dywan i zataczając się, jak pijany, wyszedł do przedpokoju i rzucił się na schody; przeraźliwy świst wiatru stłumił jego kroki.
Wtedy Gilbert zamknął nóż, stanął o dwa kroki od Andrei i przez kilka minut przypatrywał się pięknej, uśpionej dziewczynie. Świeca paliła się jeszcze na dywanie i oświetlała klasyczne kształty Andrei.
Gilbert zachwiał się, oparł o stoliczek i patrzył.
Trwało to chwilę; powoli wrócił na korytarz, zagasił lampę, zamknął drzwi na klucz, wszedł do pokoju Andrei, zagasił nogą świecę. Szatański uśmiech twarzy mu wykrzywił.
— Andreo! Andreo! — szepnął nieprzytomnie — poprzysiągłem ci kiedyś, że gdy po raz trzeci wpadniesz w moc moją, nie ujdziesz mi, dumna dziewczyno!
Podszedł do sofy, na której leżała nieprzytomna baronówna.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.