Józef Balsamo/Tom IV/Rozdział XLIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom IV
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IV jako ePub Pobierz Cały tom IV jako PDF Pobierz Cały tom IV jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XLIV
BOTANIK

Gilbert przystąpił śmiało do starca, lecz bał się przemówić. Zdawało mu się obecnie, że nie ma prawa żądać chleba.
Starzec zauważył wahanie chłopca i uśmiechnął się dobrotliwie.
— Chcesz ze mną mówić, kochanku? — zapytał, kładąc chleb obok siebie.
— Tak, panie — odrzekł Gilbert.
— A czego żądasz?
— Panie, widzę, że rzucasz chleb ptakom, a powiedziano przecie, iż Bóg je żywi...
— Masz słuszność młodzieńcze, lecz ręka ludzka jest jednem z narzędzi Jego. Mylisz się, czyniąc mi zarzut, albowiem nigdy, czy to w lesie samotnym, czy na ulicy ludnej, chleb rzucony na ziemię nie ginie. Tu ptaszęta, tam ubodzy go podnoszą.
— Otóż panie — rzekł Gilbert, wzruszony słodkim głosem starca — chociaż znajdujemy się w lesie, znam człowieka, któryby wydarł chleb twoim ptakom.
— Czyżbyś ty nim był, młodzieńcze? zawołał starzec.
— Jestem bardzo głodny, panie, przysięgam ci i jeżeli pozwolisz...
Starzec ujął żywo chleb, następnie zamyślił się i obrzucił Gilberta wzrokiem bystrym i przenikliwym.
Gilbert w rzeczywistości nie wyglądał na zgłodniałego; ubranie czyste choć zmięte, bielizna świeża, tylko wilgotna od rosy, naprowadzały na domysł, że noc w lesie spędził. Nadto posiadał ręce białe, o palcach cienkich, zdradzające marzyciela, nie zaś człowieka pracy.
Gilbert zrozumiał wahanie się nieznajomego i pośpieszył się wytłumaczyć.
— Można być głodnym, szanowny panie, jeśli się nie je dwanaście godzin, a ja od dwudziestu czterech nic w ustach nie miałem...
Tyle prawdy było w słowach młodzieńca, w bladości twarzy i drżącym głosie, że starzec przestał się wahać.
Podał mu chleb i chusteczkę z wiśniami.
— Dziękuję panu — rzekł Gilbert, odsuwając wiśnie — dziękuję, chleba tylko pragnę.
Przełamał podany chleb na dwoje i połowę oddał; siadł potem na trawie o kilka kroków od starca, patrzącego ze wzrastającym podziwem.
Posiłek nie trwał długo. Chleba nie było dużo. Gilbret głodny był bardzo. Starzec nie przerywał mu żadnem słowem, choć przypatrywał mu się, udając, iż zajęty jest kwiatami, wychylającymi pachnące kielichy z blaszanego pudełka.
Jednakże zobaczywszy Gilberta zbliżającego się do stawu, zawołał żywo:
— Nie pij tej wody młodzieńcze; zatruta jest liśćmi zgniłymi i jajkami żab, pływającemi na powierzchni.
Weź lepiej kilka wiśni, ugaszą ci pragnienie, weź, proszę, bo widzę że nie jesteś wcale współbiesiadnikiem natrętnym.
— To prawda, panie, natręctwo nie leży w mojem usposobieniu, dowiodłem tego obecnie w Wersalu.
— A! więc to z Wersalu idziesz? — rzekł nieznajomy, przypatrując się Gilbertowi.
— Tak, panie.
— Bogate to miasto, trzeba być bardzo biednym lub bardzo dumnym, aby w niem umrzeć z głodu...
— Jestem jednym i drugim.
— Pokłóciłeś się z twoim panem? — zapytał starzec nieśmiało.
— Ja nie mam pana nad sobą.
— Otóż to, kochanku — rzekł nieznajomy, nakrywając głowę, — odpowiedź co się nazywa harda.
— A jednak prawdziwa.
— Nie, młodzieńcze, każdy z nas ma tu swego pana i ten, kto mówi: „nie mam pana“, niewłaściwie pojmuje wyraz „duma“.
— Jakto?
— E! mój Boże, stary czy młody, ilu nas jest, podlegamy prawom siły rządzącej. Jednymi rządzą ludzie, innymi przekonania, a najpotężniejsi władcy to nie zawsze ci, co kierują słowem lub ręką żelazną.
— Być może — odrzekł Gilbert — ja więc słucham przekonań swoich.
Duch ludzki, myślący, zasadom tylko podlegać może bez wstydu.
— A jakie są twoje zasady? zdaje mi się, że za młody jesteś abyś je miał wyrobione?
— Wierzę, że wszyscy ludzie są braćmi, że każdy, rodząc się, przyjmuje obowiązki względem swych bliźnich. Wiem, że Bóg złożył we mnie wartość jakąś, choćby najmniejszą, i że ponieważ uznaję wartość innych, mam prawo wymagać, aby i mnie uznawano. Dopóki nie popełnię podłości, mam prawo jako człowiek, do szacunku.
— Aha! więc uczyłeś się?
— Niestety! wcale nie, — czytałem tylko Rozprawy o nierówności stanów i Umową społeczną. Z tych dwóch książek pochodzi wszystko, co umiem i o czem marzę.
Na te słowa zabłysły oczy nieznajomego, o mało nie zgniótł w ręku ślicznej xerantemy, którą wkładał właśnie do pudełka.
— Więc takie są twoje zasady?
— Może nie są one pańskiemi — odpowiedział młodzieniec — ale wyznaje je Jan-Jakób Rousseau.
— Tylko — rzekł nieznajomy z niedowierzaniem, które ubodło Gilberta — tylko, czy dobrze je zrozumiałeś?
— Przecie rozumiem swój język, jeśli jest czysty i poetyczny.
— Otóż nie jestem tego pewny i właśnie chcę zapytać, czy studja filozoficzne dały ci możność zrozumienia całej głębokości systemu ekonomji...
Tu starzec uciął, jakgdyby się zawstydził.
— Systemu Rousseaua? — podchwycił młodzieniec. — O! panie, nie uczyłem się w szkołach, ale posiadam instynkt, który mi kazał, ze wszystkich książek, jakie czytałem, uwielbiać najgoręcej doskonałość „Umowy społecznej“.
— Oschły to przedmiot dla młodego człowieka; suche rozpamiętywanie dla marzeń dwudziestoletnich; kwiat gorzki i bez zapachu dla wyobraźni wiosennej — mówił starzec ze smutkiem.
— W nieszczęściu człowiek przed czasem dojrzewa — odrzekł Gilbert — a wyobraźnia, gdy się jej raz puści wodze, często prowadzi na bezdroża.
Nieznajomy otworzył oczy, które przymknął w zamyśleniu.
— Do kogo to stosujesz — zapytał, rumieniąc się.
— Do nikogo, panie.
— Jednak...
— Zaręczam panu.
— Studjowałeś, zdaje się, filozofa genewskiego, czy robisz więc aluzję do życia, jakie prowadzi?
— Nie znam go — odpowiedział Gilbert szczerze.
— Nie znasz go?
Starzec westchnął.
— Wierz mi młodzieńcze, nieszczęśliwa to istota.
— Jan-Jakób Rousseau nieszczęśliwy? To niepodobna! Chyba niema na ziemi i w niebie sprawiedliwości! Jak może być nieszczęśliwy ten, który życie poświęcił dla dobra ludzkości?
— Widzę, iż rzeczywiście nie znasz go; ale mówmy o tobie, młodzieńcze.
— Wolałbym mówić o panu Rousseau; bo cóż o sobie powiem?
— Nie znasz mnie jeszcze i lękasz się być ze mną szczerym — dodał starzec.
— Kogoż ja mogę bać się na świecie, i kto jest zdolny uczynić mnie nieszczęśliwszym, niż jestem? Przypomnij pan sobie, jak ci się przedstawiłem biedny i zgłodniały?
— Dokąd szedłeś?
— Do Paryża. A pan czy jest paryżaninem?
— Tak... to jest nie...
— Które z dwojga? — zapytał śmiejąc się Gilbert.
— Nie umiem kłamać i spostrzegam, że trzeba naprzód pomyśleć, nim się co powie. Jestem paryżaninem, jeżeli nazwać tak można człowieka oddawna zamieszkałego w Paryżu; lecz nie urodziłem się w tem mieście. Dlaczego pytasz o to?
— Chciałem powiedzieć, że jeśli mieszkasz w Paryżu, to znasz z pewnością Rousseaua. o którym przed chwilą mówiliśmy.
— Rzeczywiście, widuję go niekiedy.
— Patrzą na niego, gdy idzie ulicą, nieprawdaż? uwielbiają go, wskazują jako dobroczyńcę ludzkości?
— Nie; dzieci biegają za nim i podjudzone przez rodziców, rzucają nań kamykami.
— Boże mój! — zawołał Gilbert zdziwiony; a czy jest przynajmniej bogatym?
— Zapytuje on niekiedy siebie, jak ty dziś rano: „Co jeść będę“?
— Ale choć biedny, ma przecie szacunek ludzki i znaczenie!
— Nie jest pewny, zasypiając wieczorem, czy nie obudzi się rano w Bastylji.
— O! jak on musi łudzi nienawidzieć!
— Ani kocha ich, ani nienawidzi; jest do ludzi zniechęcony... i to wszystko.
— Jak można nie czuć nienawiści do ludzi, którzy nas poniewierają! — zawołał Gilbert — tego nie pojmuję.
— Rousseau był zawsze wolnym, mój panie; Rousseau był zawsze dość silnym, aby liczyć tylko na siebie; a jedynie moc charakteru i swoboda czynią człowieka przebaczającym i dobrym; niewola i słabość czynią go złym.
— Ja też chciałem pozostać zawsze wolnym; odgadywałem to, coś mi pan wytłumaczył — rzekł Gilbert z dumą.
— Można być wolnym nawet w celi więziennej — ciągnął nieznajomy, — Rousseau zamknięty w Bastylji, co go prędzej czy później spotka niezawodnie, będzie pisał i myślał tak swobodnie, jak w górach Szwajcar ji. Co do mnie, nie pragnę, aby wolność zależała na robieniu, co się podoba, lecz jedynie na tem, aby żadna potęga ludzka nie zmusiła mnie do robienia tego, czego nie chcę.
— Czy Rousseau napisał to, co pan mówisz?
— Zdaje mi się, — odparł nieznajomy.
— W „Umowie społecznej“ tego niema.
— Tak, bo to się znajduje w nowem dziele p. t. „Dumania samotnika“.
— Panie — rzekł Gilbert — pewny jestem, że schodzimy się na jednym punkcie.
— Na jakimże to?
— Obydwaj kochamy i podziwiamy Rousseau‘a.
— Mów za siebie, młodzieńcze, jesteś bowiem w wieku złudzeń.
— Można być w błędzie co do rzeczy, lecz nie co do ludzi.
— Niestety! przekonasz się później, że właśnie ludzie zawodzą. Rousseau może jest trochę sprawiedliwszy od innych, lecz wierz mi, ma on wady i to wady wielkie.
Gilbert poruszył głową z niedowierzaniem.
— Lecz wróćmy do poprzedniego. Utrzymywałeś, żeś opuścił twego pana w Wersalu.
— A dodać mogę — — odrzekł Gilbert, ułagodzony trochę, że zależało tylko ode mnie, abym dostał bardzo możnego, — odrzuciłem stanowisko, którego niejedenby mi zazdrościł.
— Jakież to stanowisko?
— Chciano, ażebym został zabawką panów wielkich i możnych; lecz osądziłem, że każdy młody i pragnący wiedzy nie powinien tracić czasu drogiego i poniżać w sobie godności człowieka.
— Dobrze powiedziane — rzekł poważnie nieznajomy — a co zamyślasz uczynić w przyszłości?
— Pragnę zostać lekarzem.
— Powołanie piękne i szlachetne, w którem dwie drogi obrać można: nauka skromna i poświęcenie, lub szarlatanizm bezwstydny a świetny.
Jeżeli kochasz prawdę, młodzieńcze, zostań doktorem.
— Trzeba dużo pieniędzy na naukę, nieprawdaż, panie?
— Trzeba, ale nie tak znów wiele.
— I to prawda — dorzucił Gilbert — że Jan Jakób Rousseau, który wszystko umie, darmo się uczył.
— Darmo! O! młodzieńcze — mówił starzec smutnie — za nic więc liczysz to, co Bóg ludziom dał najdroższego: niewinność, zdrowie, sen spokojny; a tem właśnie płacił filozof genewski za tę trochę wiedzy, którą posiadał!
— Jak pan możesz mówić trocką — odparł Gilbert zgorszony.
— Chcesz, to powiem ci, co on umie.
— Po pierwsze jest bardzo muzykalny — rzekł Gilbert.
— Czy dlatego, że Ludwik XV śpiewał zawzięcie arję: „Straciłem wiernego sługę“? — to wcale nie dowodzi, żeby „Czarownik wiejski“ był operą dobrą.
— Jest także botanikiem znakomitym. Czytałem listy jego w tym przedmiocie; ale pan zapewne czytał je także? — pan, co z takiem zamiłowaniem zbierasz rośliny po lasach.
— O, często bardzo mamy się za botanika, a tylko...
— Dokończ pan.
— A tylko zbieramy rośliny.
— Az pana czy botanik, czy tylko zbieracz?
— Zbieracz ze mnie skromny i nieświadomy, wobec cudów, jakiemi są rośliny i kwiaty.
— A czy Rousseau zna język łaciński?
— Bardzo niedokładnie.
— Czytałem jednakże, że tłumaczył autora starożytnego, — Tacyta.
— Chciał w dumie swojej i tego spróbować; lecz, jak sam mówi w pierwszej i jedynej księdze, jaką przetłumaczył, niedobrze pojmował trudny język tego mędrca. O! nie, młodzieńcze, pomimo twego uwielbienia, nie jest to człowiek wszechstronny. I mały strumień podczas burzy wzbiera i pozór ma wielkiego jeziora, lecz puść się po nim statkiem, a osiądziesz na mieliźnie.
151 — Zatem, podług pana, Rousseau jest człowiekiem powierzchownym?
— Tak; może trochę mniej powierzchownym, niż inni, ale na tem koniec.
— Dużo ludzi czułoby się szczęśliwymi, gdyby mogli być jemu podobni.
— Czy do mnie to mówisz? — zapytał nieznajomy dobrodusznie.
— Niech Bóg zachowa — zawołał Gilbert — zanadto mi przyjemnie z panem rozmawiać, abym go chciał obrazić.
— Z czego ci zatem rozmowa ze mną się podoba? Powiedz mi, bo nie przypuszczam, abyś mi płacił pochlebstwem, za kawałek chleba i kilka wisien.
— O! nigdy nie umiałbym pochlebiać za skarby świata całego! Ale pan pierwszy rozmawiasz ze mną bez dumy, z dobrocią, jak się mówi z młodzieńcem. I choć nie zgadzamy się w zdaniach co do Rousseau‘a, jest coś w panu, co mnie pociąga.
— Zdaje mi się, rozmawiając z panem, iż znajduję się w pysznym salonie o zamkniętych okiennicach, którego umeblowanie bogate odgaduję tylko. O gdyby pan, mówiąc do mnie, odsłonił choć promień wiedzy swojej, z pewnością zostałbym olśnionym!
— Wyrażasz się w ten sposób, młodzieńcze, iż, sądząc z tego, można myśleć, żeś odebrał wychowanie staranne.
— Ja sam się nie poznaję, mówię słowami, jakich nigdy nie używałem, zapewne czytałem w książce jakiej...
— A czy dużo czytałeś?
— Myślę, że zanadto; lecz znowu zacznę od początku.
Starzec patrzył na Gilberta z podziwem.
— Czytałem, co mi w ręce wpadło; pochłaniałem książki dobre i złe. O! gdyby ktokolwiek kierował był moją lekturą, gdyby mi powiedział, co mam pamiętać, a o czem zapomnieć!... Wybacz mi, szanowny panie, może cię nudzę... zbierałeś rośliny, a ja ci przeszkodziłem pewnie?
I Gilbert, choć niechętnie, zabierał się jednak do odejścia. Staruszek zdawał się czytać w duszy jego.
— Nie przeszkadzasz mi wcale — rzekł, — potrzebuję tylko kilku mchów poszukać; a mówiono mi, że rosną tu piękne... włoskowate.
— Widziałem to, czego pan szukasz, przed chwilą, na skale.
— A czy daleko stąd?
— Zaledwie pięćdziesiąt kroków.
— Skąd wiesz, że mchy te nazywają się włoskowate?
— Urodziłem się w lasach, a córka mego opiekuna zajmowała się botaniką; posiadała zielnik i pod każdą rośliną nazwę jej pisała. Przypatrywałem się nieraz roślinom i pismu i widziałem tam mchy skalne, oznaczone jako włoskowate.
— Czy lubisz botanikę?
— O panie! gdy Nicolina opowiadała (Nicolina to pokojowa panny Andrei), że jej pani nie może znaleźć rośliny jakiej w okolicy Taverney, wtedy starałem się dowiedzieć, jak ta roślina wygląda, a panna Andrea, nie wiedząc, że to dla mnie, rysowała ją na papierze. Nicolina dawała mi kartkę, a ja przebiegałem pola, łąki i lasy, aż znalazłem roślinę podobną. Następnie wykopywałem ją i zasadzałem na trawniku przed pałacem, tak, że panna Andrea, spacerując, spostrzegała ją i wołała ucieszona: „Mój Boże! jakie to dziwne, roślina, której wszędzie szukałam, tu się znajduje“.
Starzec patrzył na Gilberta z uwagą zdwojoną i z czułością zarazem.
— Ucz się, ucz botaniki, młodzieńcze — powiedział, — to najprostsza droga do medycyny. Wierz mi, Bóg nic napróżno nie stworzył i każda roślina będzie posiadała kiedyś znaczenie swe w księdze mądrości.
Poznaj się z niemi najpierw, następnie dowiesz się, jakie są ich własności.
— W Paryżu są szkoły, wszak prawda?
— Są, a nawet bezpłatne; naprzykład szkoła chirurgiczna jest jednem z dobrodziejstw rządu obecnego.
— Będę tam uczęszczał na wykłady.
— Nic łatwiejszego; rodzice ci dopomogą zapewne...
— Nie mam już rodziców; lecz nie troszcz się pan, praca mnie wyżywi.
— Naturalnie, a ponieważ czytałeś dzieła Rousseaua, wiesz zatem, że każdy człowiek, choćby był synem księcia, powinien się uczyć rzemiosła.
— Nie czytałem „Emila“, a podobno w tej właśnie książce mowa jest o tem, wszak prawda?
— Tak.
— Słyszałem pana de Taverney, jak wyśmiewał tę metodę i jak żałował, że syna swego stolarzem nie zrobił.
— Cóż zrobił z niego? — zapytał nieznajomy.
— Wojskowego, oficera — odpowiedział Gilbert.
Starzec się uśmiechnął.
— Wszyscy oni tacy, ci szlachetnie urodzeni; zamiast nauczyć dzieci rzemiosła, dającego sposób do życia, oni ich uczą takiego, które śmierć niesie. Stąd powstają rewolucje, następnie wygnania, a na wygnaniu, pomiędzy obcymi, szlachcic żebrać będzie, lub zaprzeda się, co gorzej daleko.
— Lecz ty, nie będąc synem szlachcica, zapewne umiesz robić cośkolwiek?
— Mówiłem już panu, że nie umiem i mam wstręt do pracy fizycznej.
— A! — podchwycił starzec — więc leniwy jesteś?
— O! wcale nie; ale zamiast pracy ręcznej, dajcie mi książek, dajcie mi kącik nawpół ciemny, a zobaczycie, jak dnie i noce pracować będę.
Nieznajomy spojrzał na delikatne ręce Gilberta.
— To już powołanie niezawodne, to instynkt — powiedział — tacy ludzie daleko zajść mogą. Mówisz, że nie byłeś w szkołach — dodał, — może choć w szkółce wiejskiej się uczyłeś?
Gilbert wstrząsnął głową przecząco.
— Umiesz czytać i pisać? — Matka moja, póki żyła, uczyła mnie czytać. Biedna matka, widząc, żem mizerny, mówiła: „Nie będzie z niego nigdy, robotnik, chyba ksiądz lub uczony“. Kiedy nie miałem ochoty uczyć się, dodawała: „Ucz się czytać, Gilbercie, a nie będziesz zmuszony drzewa rąbać, orać ani tłuc kamieni, i uczyłem się. Niestety! zaledwie umiałem czytać, gdy umarła...
— A kto cię pisać nauczył?
— Sam się nauczyłem.
— Sam, zupełnie?
— A tak; kijem na piasku przez dwa lata kopjowałem z książek drukowane litery, nie wiedząc, że można inaczej pisać.
Jednego dnia, gdy pannę Andreę zawieziono do klasztoru, w kilka dni po jej odjeździe, listonosz oddał mi list od niej do ojca.
Poznałem wtedy, że są inne jeszcze litery.
Pan de Taverney rozłamał pieczątkę i rzucił kopertę; podjąłem ją i schowałem, a następnym razem, gdy zobaczyłem listonosza, kazałem mu adres odczytać; był następujący:
„Do pana barona de Tavemey Maison-Rouge — we własnym zamku, przez Pierrefitte“.
Do każdej z liter pisanych przyłożyłem podobnegoż brzmienia literę drukowaną i przekonałem się, że oprócz trzech, wszystkie zgłoski alfabetu mieściły się w dwóch linjach adresu.
Następnie naśladowałem pismo panny Andrei, a po ośmiu dniach, skopjowawszy z dziesięć tysięcy razy adres, umiałem już pisać. Piszę zatem wcale nieźle. Osądź pan sam, czy nadzieje moje są wygórowane? Ponieważ piszę i czytałem, co tylko mogłem i ponieważ zastanawiałem się nad tem, co czytałem, czyż nie znajdę człowieka, który zużytkuje pióro moje, oczy i język mój?
— Zapominasz, że to już niewola. Być sekretarzem, czy lektorem! to zawsze służba.
— To prawda — szepnął Gilbert, blednąc — ale ja muszę dojść do celu. Będę brukował ulice, wodę nosił a dojdę lub umrę w drodze, co na jedno wyjdzie.
— No, no — powiedział nieznajomy — toś ty naprawdę odważny.
— A pan czem się trudnisz? — zapytał Gilbert — powiedz mi, dobry panie. Ubrany jesteś jak finansista.
Starzec uśmiechnął się melancholijnie.
— I ja mam zajęcie — powiedział — bo każdy człowiek coś robić powinien, ale zajęcie moje nie ma nic wspólnego z finansami. Finansista nie zbiera roślin!
— Zatem botanika jest pańskiem zajęciem?
— Prawie.
— Więc biedny pan jesteś?
— Tak.
— Biedni tylko wspomagają biednych, a dobra rada lepsza od złota. Poradź mi pan, co mam robić?
— Ja może coś lepszego zrobię.
Gilbert roześmiał się.
— Domyślam się — rzekł.
— Jak też dużo potrzebowałbyś na wyżywienie?...
— O, bardzo niewiele.
— Nie znasz pewnie wcale Paryża?
— Pierwszy raz ujrzałem go wczoraj z wysokości wieży w Luciennes.
— Zatem nie wiesz, ile może kosztować utrzymanie w wielkiem mieście?
— A ile naprzykład?
— Uważaj dobrze, to, co kosztuje trzy grosze na wsi, kosztuje w Paryżu dziewięć.
— A więc znajdę schronienie jakiekolwiek, dla odpoczynku po pracy, a na wyżywienie wystarczy mi sześć su dziennie.
— Podobasz mi się młodzieńcze — zawołał nieznajomy; — biorę cię z sobą do Paryża i postaram się tam dla ciebie o pracę niezależną.
— O! panie! — wykrzyknął Gilbert uszczęśliwiony.
Następnie, powściągając się, dodał:
— Ma się rozumieć, że będę pracował rzetelnie i że nie będzie to żadna jałmużna?
— Bądź spokojny, za biedny jestem na to i nie taki głupi, abym byle komu dobrodziejstwa świadczył.
— Tak to lubię — powiedział Gilbert, nie urażony wcale — przyjmuję pańską ofiarę i dziękuję z całego serca.
— Więc już postanowione, idziesz ze mną do Paryża?
— O tak, jeżeli tylko pan zezwolisz.
— Przecież sam zaproponowałem.
— Jakie będą obowiązki moje względem pana?
— Żadne. Będziesz pracował i sam sobie pracę wybierzesz; będziesz miał prawo być młodym, szczęśliwym i wolnym, a nawet odpoczywać, jak zarobisz na odpoczynek — dodał nieznajomy, uśmiechając się pomimowoli i wznosząc oczy do nieba:
— Och! młodość! śmiałość! swoboda! — szepnął z westchnieniem.
— Zatem — rzekł weselej — teraz, gdyś już nie sam i nie opuszczony, możebyśmy napełnili ziołami pudełko drugi raz. Mam tu papier szary, w którym ułożymy zbiór pierwszy. A możeś głodny? mam jeszcze chleba kawałek.
— Schowajmy go na później, proszę pana.
— Zjedz wiśnie przynajmniej.
— Z ochotą. A teraz zabieram pudełko pańskie i ruszajmy na poszukiwania.
— Widzisz, młodzieńcze, przynosisz mi szczęście; spostrzegam tam oto vicis hieracioides poszukiwaną napróżno od rana, a pod nogami masz, uważajże; cerastium aquaticum. Czekaj! czekaj! nie wyrywaj, o jakiś ty niezgrabny, nic jeszcze nie umiesz. Wracając wieczorem, zabierzemy vicis hieracioides, a cerastium za tydzień dopiero. Chcę go pokazać najpierw jednemu z przyjaciół uczonych, który może być tobie użytecznym. A teraz zaprowadź mnie do mchów włoskowatych.
Gilbert udał się przodem i obydwaj znikli w leśnej gęstwinie.

KONIEC TOMU CZWARTEGO



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.