Józef Balsamo/Tom III/Rozdział XXV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXV
KRÓL LUDWIK XV

Ludwik XV wkroczył, z głową podniesioną, spojrzeniem wesołem, z uśmiechem na ustach.
Przez drzwi otwarte widniały dwa rzędy pochylonych kornie głów dworzan. Pragnęli oni w dwójnasób dostać się teraz do apartamentu ulubienicy, widząc że Jego Królewska Mość zaszczycił ją odwiedzinami swojemi.
Podwoje się zawarły, król nie dał nikomu znaku, aby szedł za nim i znalazł się sam, w obecności hrabiny i pana de Sartines.
Pokojówka zaufana i mały murzynek, nie liczyli się wcale.
— Dzień dobry, hrabino — odezwał się król, całując w rękę panią Dubarry. — Dzięki Bogu, wyglądamy dziś doskonale!
— Dzień dobry, Sartines! Czyż pracujecie tutaj? Mój Boże! jaka moc papierów! Schowajcie to wszystko natychmiast! Och! hrabino! co za piękna fontanna!
I z kapryśną ciekawością człowieka znudzonego i przesyconego, Ludwik XV utkwił wzrok w olbrzymi wyrób chiński, zdobiący dopiero od wczoraj, kąt sypialni hrabiny.
— Najjaśniejszy panie — odpowiedziała pani Dubarry — jest to, jak Wasza Królewska Mość widzi, fontanna chińska.
Woda spadająca za otwarciem kranu, wprawia w ruch rybki szklane, a pod działaniem maszynerji ptaszki porcelanowe śpiewają; następnie otwierają się drzwi pagody i przesuwa się cały szereg mandarynów.
— To bardzo ładne, hrabino.
W tej chwili ukazał się murzynek, ubrany fantastycznie. Miał turban z piórami sterczącemi w górę, kaftan z materji złocistej, obnażone ręce hebanowe, spodnie atłasowe białe, przetykane złotem, sięgające do kolan i pas o jaskrawych kolorach, za którym zatknięty był sztylet błyszczący od drogich kamieni.
— U! — zawołał król, — jaki ten Zamor dziś wspaniały!
Murzyn zatrzymał się przed lustrem.
— Najjaśniejszy Panie! ma on prosić Waszą Królewską Mość o łaskę.
— Pani — odrzekł Ludwik XV, uśmiechając się łaskawie, — Zamor wydaje mi się bardzo wymagającym.
— Dlaczego Najjaśniejszy Panie?
— Przecie pani mu już wyświadczyła największą łaskę, jakiej mógł zapragnąć.
— Jaką?
— Taką jak i mnie.
— Nie rozumiem, Najjaśniejszy Panie.
— Uczyniłaś go pani swoim niewolnikiem.
Pan de Sartines skłonił się uśmiechnięty, a jednocześnie przygryzł wargi.
— Wasza Królewska Mość, jest bardzo uprzejmy I — zawołała hrabina.
A nachylając się do ucha króla:
— Francjo, uwielbiam cię! — dodała pocichu.
Teraz król się uśmiechnął.
— No cóż! zapytał, czego pani żądasz dla Zamora?
— Nagrody za długą i gorliwą jego służbę.
— Ma dopiero lat dwanaście?
— Za długą i gorliwą służbę w przyszłości.
— A! A!
— Na honor! tak, Najjaśniejszy Panie; od tak dawna ludzie odbierają nagrodę za zasługi przeszłe, że czas byłby zacząć nagradzać przyszłe; nieprawdaż?
— Dobra myśl! — powiedział król — co pan o tem myśli, panie de Sartines?
— Myślę, iż w takim razie wszystkie poświęcenia znalazłyby nagrodę i dlatego projekt ten popieram.
— Czegóż, hrabino, żądasz dla Zamora?
— Znacie Najjaśniejszy Panie pawilon mój w Luciennes?
— To jest... słyszałem tylko o nim.
— Wasza to wina, sto razy prosiłam, abyście raczyli tam przybyć.
— Zna pani etykietę, kochana hrabino, król nie może nocować gdzie indziej tylko w zamkach królewskich z wyjątkiem, gdy jest w podróży.
— Właśnie o taką łaskę, chcę prosić. Wyniesiemy Luciennes do godności zamku królewskiego i zamianujemy rządcą Zamora.
— Ależ to będzie parodja hrabino.
— Przepadam za parodjami, Najjaśniejszy Panie!
— Oburzą się.
— Niech się oburzają! Tym razem będą mieli prawo.
— Tem lepiej, tyle razy oburzali się bez powodu! Zamor, uklęknij i podziękuj Jego Królewskiej Mości.
— Za co? — zapytał Ludwik XV.
Murzyn uklęknął.
— Za nagrodę jaką mu dajecie, za to, że nosił tren mojej sukni i doprowadzał tem do wściekłości wszystkie skromnisie dworu Waszej Królewskiej Mości.
— Doprawdy! — rzekł Ludwik XV — ten murzyn jest szkaradny.
I wybuchnął śmiechem.
— Powstań, Zamorze — dodała hrabina, jesteś mianowany.
— Ależ, pani...
— Już ja się podejmuję wyprawić listy, dyplomy i wszystko co potrzebnej to moja rzecz. Wasza zaś Najjaśniejszy Panie, abyście mogli bez uchybienia etykiecie, pojechać do Luciennes. Od dziś, mój królu, posiadacie o jeden więcej zamek królewski.
— Cóż, Sartines! znasz sposób, ażeby jej odmówić czegokolwiek.
— Może jest, ale go jeszcze nie odkryto.
— Jeżeli się jednak znajdzie, zaręczam Najjaśniejszy Panie, że to pan de Sartines go odkryje.
— Jakto, pani? — zapytał drżąc naczelnik policji.
— Wystawcie sobie, Najjaśniejszy Panie, — już od trzech miesięcy, napróżno żądam od pana de Sartines jednej rzeczy.
— A czego pani żąda? — podchwycił król.
— O, wie on dobrze!
— Ja pani? przysięgam...
— Czy to wchodzi w jego atrybucje? — zapytał król.
— Jeżeli nie w jego to w jego następcy.
— Pani, — zawołał de Sartines, — doprawdy pani mnie zatrważasz.
— Więc czego żądasz pani od niego? — rzekł król.
— Chcę, ażeby mi wyszukał czarownika.
Pan de Sartines odetchnął swobodniej.
— Czy po to, ażeby go spalić? — podchwycił król. — Zaczekajcie do zimy, teraz tak gorąco!
— Nie, Najjaśniejszy Panie, ażeby mu ofiarować złotą różdżkę czarnoksięską.
— Więc czarownik ten przepowiedział pani nieszczęście, które panią ominęło, hrabino?
— Przeciwnie Najjaśniejszy Panie, wywróżył mi szczęście.
— I sprawdziło się?
— Prawie.
— Opowiedz mi hrabino — rzekł Ludwik XV, wyciągając się w fotelu, z miną człowieka, który nie jest pewny czy się zabawi, ale ryzykuje.
— Będę posłuszną Najjaśniejszy Panie, lecz przyłożycie się do nagrody.
— Całą biorę na siebie.
— O tak to co innego, to słowa prawdziwie królewskie.
— Słucham tedy.
— Zaczynam, Była sobie pewnego razu...
— Zaczyna się jak cudowna bajka,.
— Bo też nią jest, Najjaśniejszy Panie.
— Tem lepiej, przepadam za cudownością!
— Była sobie jednego razu biedna dziewczyna, która nic nie posiadała; ani powozów, ani paziów, ani murzyna, ani papugi, ani małpki nawet.
— Ani króla, — dodał Ludwik XV.
— O! Najjaśniejszy Panie!
— I co robiła ta młoda dziewczyna?
— Biegała... uwijała się.
— Jakto uwijała się?
— Tak, Najjaśniejszy Panie, po ulicach Paryża, piechotą jak zwykła śmiertelniczka. Tylko biegała szybko, bo była ładna i bała się ażeby jej nie zaczepiano.
— Młoda dziewczyna była zatem cnotliwą Lukrecją? — zapytał król.
— Wasza Królewska Mość wie dobrze, że od roku... nie wiem którego, od założenia Rzymu już ich nie ma...
— O! mój Boże, hrabino, czyś nie została uczoną?
— Gdybym się stała uczoną, zacytowałabym choćby fałszywą datę, byle się tylko popisać.
— Racja — powiedział król, mów pani dalej.
— Biegała więc, biegała, i raz przechodząc przez Tuileries, zauważyła że ktoś ją ściga.
— A! do djabła! — przerwał król — i pewno się zatrzymała?
— Jakże złą opinję macie o kobietach, Najjaśniejszy Panie. Widać, że znaliście tylko margrabiny, księżny i...
— I księżny krwi królewskiej, nieprawda?
— Zanadto jestem grzeczną, aby przeczyć Waszej Królewskiej Mości. Ale najbardziej trwożyła dziewczynę mgła gęsta, która się stawała zupełnie nieprzejrzystą.
— Sartines, czy wiesz z czego mgła powstaje?
Naczelnik policji, zapytany niespodzianie, drgnął.
— Nie wiem, Najjaśniejszy Panie.
— To dobrze bo i ja nie wiem, odparł król.
— Słucham, kochana hrabino, opowiadaj.\
— Wzięła więc nogi za pas, wybiegła z ogrodu i znalazła się na placu, który ma honor nosić imię Waszej Królewskiej Mości, gdy naraz nieznajomy, który ją ścigał, stanął przed nią. Krzyknęła.
— Czyż był taki brzydki?
— Przeciwnie Najjaśniejszy Panie, był to młody człowiek, cery śniadej, z oczyma pełnemi wyrazu i głosem dźwięcznym.
— I twoja bohaterka przeraziła się, hrabino? Dziwi mnie to bardzo.
— Uspokoiła się nieco, gdy mu się przypatrzyła, jednak nie czuła się pewną. Gdyby nieznajomy miał złe zamiary, nie mogła spodziewać się z nikąd pomocy, to też błagalnie złożywszy ręce:
— O panie, rzekła, nie czyń mi nic złego.
Nieznajomy skłonił głowę z prześlicznym uśmiechem.
— Bóg mi świadkiem, iż nie mam złych zamiarów.
— Czego więc chcesz pan odemnie?
— Obietnicy.
— Cóż ja przyrzec mogę?
— Że Spełnisz pierwszą prośbę, jaką będę miał do ciebie.
— Kiedy? zapytała dziewczyna ciekawie.
— Jak będziesz królową.
— Cóż na to dziewczyna?
— Myślała, że to żarty. Przyrzekła.
— A czarownik?
— Znikł w tej chwili.
— I pan de Sartines nie chce odszukać czarownika?
— Nie odmawiam, Najjaśniejszy Panie, ale nie mogę.
— A! panie naczelniku, takie słowo, nie powinno się znajdować w słowniku policyjnym odrzekła hrabina.
— Już jesteśmy na tropie.
— O, tak się zawsze mówi.
— Nie pani. Lecz tak niejasne dostałem od pani wskazówki...
— Jakto? młody, piękny, płeć ciemna, włosy czarne, oczy prześliczne, głos dźwięczny.
— Do licha! z jakim ogniem mówisz o nim, hrabino! Sartines, zabraniam ci go szukać!
— Nie macie racji, Najjaśniejszy Panie, ponieważ chcę go tylko zapytać o rzecz bardzo prostą.
— To o panią chodzi?
— Naturalnie.
— O cóż go pani chce spytać jeszcze? Przepowiednia jego już się spełniła.
— Tak sądzicie Najjaśniejszy Panie?
— Bezwątpienia. Jesteście królową.
— Prawie.
— Zatem nic więcej wam nie powie.
— Musi mi jeszcze powiedzieć, kiedy ta królowa będzie przedstawiona publicznie. Za mało jest panować w nocy Najjaśniejszy Panie, należy panować trochę i przy świetle dziennem.
— Od kogóż to zależy?
— Od was.
— Tak, bezwątpienia. Trzeba tylko znaleść damę, któraby się podjęła panią wprowadzić.
— Pomiędzy temi lafiryndami z waszego dworu?... One wszystkie są zaprzedane Choiseul’om i Praslin’om.
— Więc, zdaje się, mieliśmy już nie mówić o tem.
— Ja tego nie przyrzekałam, Najjaśniejszy Panie.
— Więc teraz to ja panią proszę o rzecz jedną:
— O jaką?
— Zostaw ich hrabino w spokoju, a sama poprzestań na swem stanowisku, Wierzaj mi, jest ono dla ciebie najlepsze.
— Biedne sprawy zagraniczne! biedna marynarka!
— Na miłość Boską! hrabino, nie bawmy się razem w politykę.
— Dobrze, lecz kto mi zabroni, ażebym sama się w nią bawiła?
— O! baw się pani sama, ile chcesz!
W tej chwili weszła Dora i szepnęła coś do ucha swej pani.
— O! — wykrzyknęła hrabina.
— Co się stało? — zapytał król?
— Chon powróciła, Najjaśniejszy Panie, i pragnie złożyć swe hołdy Waszej Królewskiej Mości.
— Niech wejdzie! niech wejdzie! Od kilku dni czułem, że mi czegoś brak, a sam nie wiedziałem czego.
— Dziękuję, Najjaśniejszy Panie — rzekła Chon, wchodząc.
Poczem szepnęła do ucha hrabiny:
— Wszystko zrobione.
Hrabina nie mogła powstrzymać okrzyku radości.
— Cóż tam nowego? — zapytał Ludwik XV.
— Nic, Najjaśniejszy Panie, cieszę się z powrotu siostry.
— I ja także. Dzień dobry, mała Chon, jak się miewasz?
— Wasza Królewska Mość raczy pozwolić, ażebym pomówiła z siostrą — zapytała Chon.
— I owszem, moje dziecię. Zapytam przez ten czas pana de Sartines, skąd powracasz?
— Najjaśniejszy Panie — odezwał się de Sartines, jakby nie słyszał — czy Wasza Królewska Mość raczy mi udzielić chwilki czasu?
— Na co?
— Na pomówienie o sprawie wielkiego znaczenia.
— Tak mało mam czasu, panie Sartines — odrzekł Ludwik XV.
— Dwa słowa tylko, Najjaśniejszy Panie.
— O czem chcesz mówić?
— O jasnowidzących wróżbitach, fabrykujących cuda.
— A! o tych szarlatanach! — Dajcie im patenty na kuglarzy, a nie będą straszni.
— Ośmielam się powiedzieć Waszej Królewskiej Mości, że kwestja to poważniejsza, niżby się zdawało. Co chwila powstają nowe loże masońskie. Najjaśniejszy Panie, to już nie stowarzyszenie — to sekta, z którą się łączą wszyscy nieprzyjaciele monarchji: ideolodzy, encyklopedyści i filozofowie. Przygotowują oni wielką owację dla p. Voltaire’a.
— Podobno jest umierający?
— On? Nie, Najjaśniejszy Panie, nie taki on głupi!
— Słyszałem, że się spowiadał?
— To tylko fortel.
— W habicie kapucyna.
— To bluźnierstwo, Najjaśniejszy Panie! — wszystko to wichrzy, pisze, mówi, burzy się i grozi. Z kilku słów, które się wymknęły stowarzyszonym, można wnosić, iż oczekują przybycia wodza!
— Skoro ten wódz przybędzie, panie Sartines, pochwycicie go, zamknięcie w Bastylji i będzie po wszystkiem.
— Ci ludzie mają wiele środków, Najjaśniejszy Panie.
— Czyż mniej ich miałbyś pan, który jesteś naczelnikiem policji całego królestwa?
— Uzyskano od Waszej Królewskiej Mości dekret na wygnanie jezuitów; z filozofami trzeba było to samo zrobić! Ci mędrcy, którymi tak pogardzacie, Najjaśniejszy Panie... — ciągnął de Sartines.
— Więc co?
— Zgubią monarchję.
— A ile im na to potrzeba będzie czasu?
Szef policji spojrzał zdziwiony na Ludwika XV.
— Alboż można to wiedzieć Najjaśniejszy Panie?... — piętnaście, dwadzieścia, trzydzieści lat może.
— Kochany przyjacielu — odrzekł Ludwik XV, — mnie za lat piętnaście już nie będzie; pomówię o tem z moim następcą.
I król zwrócił się do pani Dubarry, która zdawała się na to czekać.
— O mój Boże! — zawołała z westchnieniem — co ty mi Chon powiadasz?
— No cóż takiego powiedziała? — zapytał król — takie zasmucone macie twarze!
— O! Najjaśniejszy Panie, bo jest czego.
— No, mówcie, co się stało?
— Biedny brat!
— Nieszczęśliwy Jan!
— Czy trzeba mu będzie odjąć?
— Mam nadzieję, że nie.
— Odjąć mu, ale co? — zapytał Ludwik XV.
— Rękę, Najjaśniejszy Panie.
— Odjąć rękę wicehrabiemu? poco?
— Bo jest ciężko ranny.
— Ciężko ranny w rękę?
— O mój Boże, tak, Najjaśniejszy Panie.
— Zapewne w jakim tłoku, awanturze lub w szulerni!...
— Nie, Najjaśniejszy Panie, na głównym gościńcu.
— Jakże się to stało?
— Chciano go zamordować.
— Biedny wicehrabia! — zawołał Ludwik XV. — Zamordować go chciano, słyszysz Sartines?
Pan de Sartines, mniej z pozoru zaniepokojony niż król, w rzeczywistości bardziej wzruszony, zbliżył się do sióstr.
— Czy podobna, żeby takie nieszczęście przytrafić się mogło? — zapytał.
— Niestety tak jest — odpowiedziała Chon zapłakana.
— Morderstwo!... jakże to było?
— Zasadzka.
— Zasadzka!... panie Sartines — powiedział król — to do ciebie należy wiedzieć o tem...
— Niechże nam pani opowie, błagam tylko, ażeby pani przy słusznym żalu nie przesadziła faktu. Będziemy surowsi, znając prawdę.
— O! ja widziałam wszystko na własne oczy! — zawołała Chon.
— Mów więc co widziałaś, duża Chon? — zapytał król.
— Widziałam człowieka, który rzucił się na mojego brata, zmusił go do wydobycia szpady i ranił niebezpiecznie.
— Człowiek ten był sam jeden? — zapytał pan de Sartines.
— Wcale nie, było z nim sześciu.
— Biedny wicehrabia! — rzekł król, patrząc na hrabinę i badając, czy żal jej szczery, aby dostosować się do tego. — Biedny! zmuszony był bić się.
Król spostrzegł, że hrabina mocno jest zmartwiona.
— I został raniony — dorzucił tonem współczującym.
— Z jakiegoż powodu nastąpiło to zajście? — zapytał szef policji, starając się dojść prawdy.
— Z bardzo błahego: dla jakichś koni pocztowych. Wicehrabia chciał odwieźć mnie do siostry, której obiecałam wrócić dziś rano, a tam upierano się, że mu koni wziąć nie wolno.
— To woła o pomstę — powiedział król — prawda, Sartines?
— Z pewnością, Najjaśniejszy Panie — odrzekł naczelnik policji — muszę też zasięgnąć wiadomości. — Jak się nazywa napastnik? co to za jeden?
— Był to wojskowy, oficer przybocznej gwardji delfina, jak mi się zdaje. A nazywa się Baverney, Faverney, Taverney; tak... tak... Taverney.
— Pani — wyrzekł de Sartines — jutrzejszą noc przepędzi on w Bastylji.
— O! nic z tego nie będzie! — rzekła hrabina, zachowująca dotychczas milczenie.
— Jakto? — odezwał się król. — Dlaczego nie mianoby uwięzić awanturnika? Wiecie dobrze, iż nie cierpię wojskowych.
— A ja, Najjaśniejszy Panie, utrzymuję, że nic nie zrobią człowiekowi, który zranił pana Dubarry.
— Wytłumacz się, hrabino.
— Bardzo łatwo. Znajdzie obrońcę.
— Kogo?
— Tego, z czyjej namowy działał.
— I ten ktoś będzie go przeciw nam bronił? Bardzo śmiało odzywasz się, hrabino.
— Pani... — wyjąkał de Sartines, chcąc zażegnać burzę.
— Tak, przeciwko wam; nic w tem niema dziwnego. Alboż jesteście wszechwładnym?
Król uczuł pocisk i nasrożył się.
— Czyż mamy w tem dopatrywać sprawy stanu i szukać tak głębokich powodów w nędznym pojedynku?
— Widzicie Najjaśniejszy Panie i wy mnie już opuszczacie! Morderstwo jest obecnie już tylko, podług was, pojedynkiem, ponieważ domyślacie się skąd napaść pochodzi.
— Dobrze, jesteśmy w domu — powiedział król, odkręcając kran fontanny. Woda wytrysła, a ptaki zaczęły śpiewać, rybki pływać i mandaryni spacerować.
— Nie wiecie zatem, Najjaśniejszy Panie, skąd padł ten cios? — zapytała hrabina, tarmosząc za uszy Zamora, siedzącego u jej nóg.
— Nie, na honor — odpowiedział Ludwik XV.
— I nie domyślacie się?
— Przysięgam. A pani, hrabino?
— Wiem, Najjaśniejszy Panie, i jestem pewna, że nie będzie to dla was nowością.
— Hrabino, hrabino — podchwycił Ludwik XV starając się przybrać wyraz godności — pomyśl, iż kłamstwo zadajesz królowi?
— Najjaśniejszy Panie, jestem za żywą, to prawda; lecz sądzicie, że pozwolę spokojnie panu de Choiseul zabić mego brata?
— A więc to o pana de Choiseul chodzi! — rzekł król tonem, jakgdyby nie spodziewał się usłyszeć tego nazwiska.
— O! jeżeli nie chcecie w nim widzieć mego nieprzyjaciela najzawziętszego, to ja widzę to co dzień i bardzo dobrze, bo nawet nie zadaje sobie trudu ukrywać swojej nienawiści.
— Od nienawiści daleko do morderstwa, kochana hrabino.
— Dla Choiseul’ów to wszystko jedno
— Droga przyjaciółko, otóż znów sprawy stanu wracają.
— Boże! mój Boże! Panie de Sartines, czy podobna to wytrzymać!
— Ależ nie, jeżeli pani myśli...
— Myślę, że mnie nie bronicie, a nawet zaniedbujecie! — zawołała gwałtownie hrabina.
— Nie gniewaj się hrabino — rzekł Ludwik XV — bronić was będziemy tak dobrze, że...
— Tak dobrze?
— Że napastnik biednego Jana drogo za to zapłaci.
— Tak, rozumiem, skruszycie narzędzie, a uściśniecie rękę.
— Czyż nie będzie sprawiedliwem ukarać tego, co zadał cios, to jest pana de Taverney...?
— Bezwątpienia; ale będzie to tylko sprawiedliwem; uczynilibyście to samo dla pierwszego lepszego handlarza z ulicy Saint-Honore, któregoby żołnierz poturbował na widowisku. Ale ja uprzedzam, nie chcę być traktowaną jak wszyscy. Jeżeli dla waszych ukochanych czynicie tyle tylko, co i dla obojętnych, wolę być nieznaną i opuszczoną, jak ci ostatni; przynajmniej nie posiadają oni nieprzyjaciół, którzy ich zabijają.
— Ach, hrabino, hrabino — wyrzekł ze smutkiem Ludwik XV — wstałem dziś wesół, szczęśliwy; zepsułaś mi tak miły poranek!
— Wybornie! a dla mnie to miły poranek? dla mnie, której rodzinę zabijają?
Król, pomimo obawy, jaką wzbudzała w nim hrabina, nie mógł powstrzymać się od śmiechu.
— Tak to mnie żałujecie? zawołała,.
— No, no, nie gniewaj się hrabino!
— Otóż ja chcę się gniewać!
— Niesłusznie się pani gniewasz, jesteś zachwycająca z uśmiechem na ustach, a gniew czyni cię brzydką.
— Nie dbam oto; piękność nie chroni mnie od intryg nienawistnych.
— Co znowu, hrabino?
— Wybierajcie, albo ja albo wasz Choiseul!
— Kochana ślicznotko, wybór niemożliwy: jesteście mi oboje potrzebni.
— W takim razie usuwam się.
— Wy?
— Tak, zostawiam wolne pole nieprzyjaciołom. O! umrę ze zmartwienia, ale pan de Choiseul będzie zadowolony i to was pocieszy.
— Przysięgam wam, hrabino, że on nic do was nie ma, a nawet sprzyja wam. Przedewszystkiem zacny to człowiek — dorzucił król, starając się aby de Sartines usłyszał te słowa.
— Zacny człowiek! Do rozpaczy przywodzicie mnie, Najjaśniejszy Panie. Zacny człowiek, który każe ludzi mordować.
— O! nie wiemy tego napewno! — odrzekł król.
— Zresztą — ośmielił się odezwać naczelnik policji — sprzeczka między wojskowymi to rzecz taka zwyczajna!
— I pan także, panie de Sartines — odrzekła hrabina.
Naczelnik policji zrozumiał i cofnął się przed gniewem hrabiny.
Nastąpiła cisza groźna.
— Widzisz Chon — rzekł król, przerywając milczenie — oto twoje dzieło.
Chon spuściła oczy z udanym smutkiem.
— Król wybaczy — odezwała się, — że w przystępie żalu siostra nie mogła zapanować nad sobą.
— No, hrabino — rzekł król — nie miej urazy...
— Nie mam już, Najjaśniejszy Panie... tylko... jadę do Luciennes a z Luciennes do Boulogne.
— Nad morze? — zapytał król.
— Tak, Najjaśniejszy Panie, opuszczam kraj, gdzie król boi się ministra.
— Pani! — podchwycił Ludwik XV obrażony.
— Najjaśniejszy Panie, ażeby nie ubliżać więcej Waszej Królewskiej Mości, oddalam się.
Hrabina podniosła się, spoglądając z pod oka, jakie to sprawia wrażenie.
Ludwik XV westchnął ciężko, co miało znaczyć:
— Nudzę się tutaj okrutnie.
Chon odgadła znaczenie westchnienia i zrozumiała, iż siostra nie powinna dalej kłótni posuwać. Powstrzymała ją za suknię i zbliżając się do króla rzekła:
— Najjaśniejszy panie, przywiązanie do brata za daleko siostrę moją uniosło... To moja wina i chcę ją naprawić. Jako najpokorniejsza poddana Waszej Królewskiej Mości, żądam sprawiedliwości dla brata mojego, nie obwiniam nikogo: mądrość króla potrafi sama to ocenić.
— Mój Boże, ja też tego tylko żądam, ale niechże to będzie sprawiedliwie. Jeżeli ów człowiek nie popełnił zbrodni, niech mu jej nie wyrzucają; jeżeli zaś popełnił, niechaj go ukarzą.
Ludwik XV patrzył na hrabinę, mówiącą te słowa i starał się odzyskać wesołość.
Hrabina uczuła litość dla monarchy, który wszędzie był znudzony i smutny, prócz u niej.
Zawróciła się ode drzwi:
— Czy żądam czego innego? — powiedziała z rezygnacją czarującą. — Tylko niechże nie odrzucają moich podejrzeń.
— Podejrzenia pani są dla mnie święte, hrabino — wykrzyknął król — i nawet zaczynam już w nie wierzyć. Myślę właśnie o sposobie bardzo prostym, aby dojść prawdy.
— O jakim, Najjaśniejszy Panie?
— Niech wezwą tu pana de Choiseul.
— Wasza Królewska Mość wie dobrze, że nigdy on tu nie przychodzi. Pogardza mieszkaniem przyjaciółki króla. Siostra jego innego jest zdania, chciałaby, ażeby to o nią szło...
Król roześmiał się.
— Pan de Choiseul naśladuje Delfina. Nie chce się kompromitować — ciągnęła hrabina ośmielona.
— Delfin jest nabożny, hrabino.
— A pan de Choiseul jest świętoszek, Najjaśniejszy Panie.
— Powiadam ci, droga przyjaciółko, że będziesz miała przyjemność ujrzeć go tutaj. W sprawie państwowej musi przyjść i wytłumaczyć się w obecności Chon, która była świadkiem naocznym. Niech mi zaraz poszukają pana de Choiseul.
— A mnie niech przyniosą małpką moją. Doro, moją małpką — zawołała hrabina.
Na te słowa, skierowane do pokojowej, która sprzątała w gabinecie toaletowym, które mogły być słyszane w przedpokoju, ponieważ wymówione zostały w chwili, gdy sługa, wysłany do pana Choiseul, otwierał drzwi, odezwał się jednocześnie głos złamany i ochrypły:
— Małpka, pani hrabiny, to ja nią być muszę: biegnę, jestem!
Ukazał się mały garbusek, ubrany bogato.
— Książę de Tresmes! — zawołała hrabina niecierpliwie — nie kazałam pana prosić, mości książę.
— Pani żądała swojej małpki — powiedział książę, kłaniając się królowi, hrabinie i panu de Sartines — a ponieważ na dworze królewskim nie znam małpy brzydszej od siebie, przybiegłem na wezwanie.
I książę śmiał się, pokazując zęby tak długie, że i hrabina nie mogła wstrzymać się od śmiechu.
— Mogę pozostać? — zapytał książę, jakby to była największa dla niego łaska.
— Zapytaj króla, mości książę, on jest tu panem.
Książę zwrócił się do króla z miną błagalną.
— Zostańcie, książę — wyrzekł król — rad z tej rozrywki.
Znowu drzwi się rozwarły.
— A! — rzekł król z chmurą na czole — czy to już pan de Choiseul?
— Nie, Najjaśniejszy Panie — odpowiedział pokojowiec — to jego książęca mość Delfin, który ma ważny interes.
Hrabina podskoczyła uradowana, bo myślała, że Delfin przychodzi do niej, lecz Chon, która wszystko przewidywała, zmarszczyła brwi.
— A gdzież jest Jego Wysokość Delfin — zapytał król niecierpliwie.
— U Waszej Królewskiej Mości, czeka tam powrotu Najjaśniejszego Pana,.
— O! nigdy spokoju mi nie dadzą, — zawołał król gniewnie, W tej chwili jednak pomyślał, że audjencja, której żąda Delfin, oszczędzi mu przynajmniej przykrej sceny z panem de Choiseul.
— Powracam do siebie. Do widzenia hrabino. Widzisz, jaki jestem nieszczęśliwy, jak mnie prześladują.
— Wasza Królewska Mość odchodzi? — zawołała hrabina — w chwili, gdy ma przyjść pan de Choiseul?
— Król jest największym niewolnikiem. O! gdyby, panowie filozofowie, wiedzieli, co to jest być królem, a do tego królem Francji!
— Ależ zostańcie, Najjaśniejszy Panie!
— Nie mogę pozwolić czekać delfinowi i tak powiadają, że kocham tylko córki.
— Cóż ja powiem panu de Choiseul?
— Powiedzcie mu, hrabino, żeby do mnie przyszedł.
Ażeby przerwać dalsze uwagi, król pocałował rękę hrabiny, trzęsącej się ze złości, i znikł prędko, jak zwykle, gdy bał się stracić owoce wygranej, okupionej swoją chytrością mieszczańską.
— Znów nam się wymknął! — krzyknęła hrabina gniewnie.
Ale król nie słyszał nic; drzwi zamknęły się za nim i właśnie mijał przedpokój, mówiąc:
— Wejdźcie, panowie, wejdźcie. Hrabina zgadza się przyjąć was. Lecz zastaniecie ją bardzo zmartwioną wypadkiem, jaki spotkał biednego Jana.
Dworzanie spojrzeli po sobie zdziwieni. Nieświadomi byli wypadku, o jakim król wspomniał.
Wielu z nich spodziewało się, że Jan nie żyje.

Ułożyli fizjonomję stosownie do okoliczności. Najweselsi stali się najsmutniejszymi i tak weszli do pokojów hrabiny.

XXVI
SALA ZEGAROWA

W obszernej sali pałacu wersalskiego, zwanej zegarową, młodzieniec o różowej twarzy, łagodnem wejrzeniu, ruchach trochę pospolitych, przechadzał się z opuszczonemi rękami i pochyloną głową. Wyglądał na szesnaście do siedemnastu lat. Na piersiach miał gwiazdę djamentową, której ogień potęgował kolor fjoletowy jego ubrania; wstęga jej zwieszała się ku biodru, na niej zaś ciężki order przygniatał białą kamizelkę atłasową, haftowaną srebrem. W obliczu tem poważnem i dobrotliwem, wyniosłem i zarazem pogodnem, łatwo dawał poznać się pierwotny charakterystyczny typ Burbonów.
Jednakże były i pewne różnice. Ludwik August, książę Berry, delfin Francji, on to bowiem był, miał nos Burbonów, choć nieco dłuższy i więcej orli, niż jego poprzednicy; czoło bardziej obniżone i wklęsłe niż u Ludwika XV, a podwójny podbródek jego dziada był u niego tak wydatny, że stanowił prawie jedną trzecią twarzy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.