Gospoda pod Aniołem Stróżem/XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Sophie de Ségur
Tytuł Gospoda pod Aniołem Stróżem
Rozdział Pierwszy niepokój ojcowski
Data wydania 1887
Wydawnictwo Wydawnictwo Księgarni K. Łukaszewicza
Druk Drukarnia „Gazety Narodowej“
Miejsce wyd. Lwów
Tytuł orygin. L'auberge de l'Ange Gardien
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XX.
Pierwszy niepokój ojcowski.

Jakób i Paweł z niezmierną ciekawością, prawie nie spuszczając oka z ojca, słuchali jego opowiadania; coraz teraz bliżej cisnęli się do niego, kiedy nareszcie skończył, rzucili się oba w objęcia Derigny; Paweł szlochał, Jakób cicho płakał. Ojciec całował ich po kolei, ocierając z łez własne oczy.
— Wszystko się obecnie już skończyło, moi drodzy. Na bok zmartwienie, na bok smutne myśli. Jestem cały dla was a wy wzajem dla mnie.
— A mama Bilidot i ciocia Elfy, rzekł Jakób z niespokojnością. Czy my do nich nie należemy.
— Zawsze, zawsze, odpowiedział Derigny, więc ich bardzo kochacie?
— O najniezawodniej drogi ojcze! Są dla nas tak dobre, tak jak nasza mama i ty. Zostaniesz z nami, nieprawdaż? \
Biedny Derigny nie myślał wcale o żadnych już związkach rodzinnych; przecierpiawszy tak okropnie, obecnie uczył na nowo jak się ściska boleśnie jego ojcowskie serce; jeżeli pozostawi dzieci dzisiejszym opiekunom, pozostanie sam ze swoim smutkiem. Uczucie to boleśnie odbiło się na jego twarzy.
— Ja to wszystko urządzę jak należy, rzekł nagle generał. Nikt nie będzie ani obrażony, ani nie dozna żadnego cierpienia. Uczynię tak, że wszyscy będą najzupełniej zadowoleni. Obecnie jednak, byłoby bardzo dobrze, gdybyśmy zasiedli do kolacyi. Głodny jestem jak wilk, wszyscy jesteśmy szczęśliwi, więc mamy wyborny apetyt.
Moutier, Elfy i pani Blidot poszli tedy aby zająć się przygotowaniami. Wkrótce też podano kolacyę, każdy zasiadł na przeznaczonem mu miejscu, wyjąwszy Derigny, który chciał obsługiwać generała.
— Dlaczego nie siadasz do kolacyi, Derigny zapytał tenże. Czy cię już radość zasyciła.
— Przepraszani generała, ale będąc jego sługą, nie mam odwagi usiąść przy tym samym stoliku.
— Ależ doprawdy zupełnie straciłeś głowę, mój przyjacielu. Szczęście zrobiło cię szalonym! Trzeba żebyś się zajął dziećmi, to właśnie jest twoim obowiązkiem. Doprawdy śmieszny jesteś, z tą tak niewłaściwą gorliwością. W gospodzie pod Aniołem Stróżem wszyscy jesteśmy przyjaciółmi i usługujemy jedno drugiemu. Usiądź między Jakóbem i Pawłem i jedzmy... No cóż, jeszcze się wachasz? Czy trzeba koniecznie żebym się gniewał? Do pioruna; siadaj do stołu, mówię ci! Ja doprawdy już umieram z głodu!
Moutier z uśmiechem dał znak Derigny, żeby był posłusznym; usiadł więc tedy między swojemi dziećmi; generał westchnął z zadowoleniem i zaczęła się nareszcie kolacya. Już to od bardzo dawna nie jadł na mieście i do tego z kuchni wyśmienitej pani Blidot i Elfy. Generał nieustannie chwalił potrawy i zawsze powtórnie przybierał sobie na talerz. Tym sposobem powstała ogólna wesołość i Moutier ze zdumieniem wpatrywał się w śmiejącego się Derigny, który nie roześmiał się nigdy, przez cały czas, jak się ze sobą znali.
— Widzisz Pawle i ty Jakóbie, że doprawdy uczyniliście cud, mówił Moutier. Oto wasz ojciec śmieje się tak samo jak ja i ciocia Elfy, choć nigdy jeszcze nie widziałem go śmiejącego się.
— Czuję się tak szczęśliwym, że jestem gotów popełnić nawet jaki wybryk nierozsądny, odpowiedział Derigny.
— Będę żądał od ciebie czegoś podobnego, wyrzekł ze śmiechem generał.
— Bardzo dobrze generale, byle tylko nie tego abym się rozstał z mojemi dziećmi.
— Właśnie chciałem cię prosić abyś mnie nie opuszczał. Ależ do licha, nie zrywaj się, bo nie wiesz jeszcze wcale czego żądać będę. Chcę abyś nie rozstawał się ze mną i ze swojemi dziećmi. Zatrzymam was przy sobie, wszystko troje, wątpię bowiem czybym się mógł obyć bez twoich usług, bez twojej troskliwości i pieczołowitości tyle delikatnej, tyle miłej dla mnie; co się zaś tyczy wdzięczności, to nie myślę wam płacić za to, ale kupię wam jaką posiadłość, gdzie sobie swobodnie mieszkać będziesz z dziećmi a może nawet i ze żoną. Taka będzie twoja przyszłość. Ponieważ jestem więźniem, więc zostaniesz we Francyi z twojemi dziećmi i twoim przyjacielem Moutier.
— Cóż potem generale!
— Co potem? Potem? zobaczymy jeszcze jest dość czasu. A więc, cóż ty na to?
— Nic generale; proszę o czas do namysłu; dzisiejszego wieczoru nie mam wcale głowy, a moje serce wyłącznie zajęte temi biednemi dzieciakami.
— Dobrze mój kochany, daję ci termin aż do kolacyi cukrowej na weselu Elfy i Moutier. Jutro oznaczymy dzień i napiszę do Paryża żeby przygotowali to co potrzeba do uczty weselnej. No, teraz z nami sprawa Elfy. Musimy powrócić do naszej dawniejszej rozmowy o waszem połączeniu się. Dziś mamy poniedziałek, jutro napiszę; wszystko to załatwi się do soboty; potrawy i dania przysłane będą w poniedziałek i zasiądziemy do ich spożycia po skończeniu ceremonii.
— Nie podobna mój generale, trzeba dać na zapowiedzi, zrobić kontrakt.
— Alboż to nie dość czasu? U nas w Rosyi popobne rzeczy odbywają się bardzo prędko. Oto n. p. zobaczyłem panią Blidot; ja się jej podobałem i ona mi także; idziemy tedy do popa, który po słowiańsku czyta przysięgę, potem coś zaśpiewa, powie kilka wyrazów, pani wypijesz trochę z mojego kubka a ja nawzajem z pani, nakoniec trzy razy w około pulpitu duchownego i już po wszystkicm. Ja jestem mężem, pani moją małżonką, ja mam prawo cię bić, morzyć głodem, chłodem i pozostawić na pastwę nędzy.
— A ja, jakież mam prawa? zapytała z uśmiechem pani Blidot.
— Prawo płakania, krzyczenia, wymyślania, bicia służących, psucia sprzętów domowych, palenia go nawet, jeżeli doprowadzoną zostaniesz do wielkiej rozpaczy.
— Piękna pociecha! dodała Blidot. Szczęście wielkie, że nie uległam podobnemu losowi.
— O co do mnie, to zupełnie inna rzecz, odpowiedział generał. Byłbym wyśmienitym mężem. Pielęgnowałbym panią, cackał, zarzucił biżuteryami i prezentami; dałbym pani suknią z trenem, mogłabyś w niej bywać nawet u dworu; dałbym pani diamenty, pióra, kwiaty.
Wszyscy głośno się śmiali, nawet dzieci; generał śmiał się także i zapowiedział, że na przyszłość będzie tytułował panią Blidot: Moja droga żonciu!
Po takiej gawędce, generał mocno znużony, udał się na spoczynek; Derigny załatwiwszy swe obowiązki służbowe przy generale udał się z dziećmi do swego pokoju, dopomógł im do rozebrania się, do położenia w łóżku, przed tem jednak zmówiwszy z nimi dziękczynną modlitwę.
Nie mógł z nimi zostać, a kiedy nareszcie usnęły przypatrywał się im, całując to w czoło, to w ręce nakoniec znużony usnął na kresie stojącem między łóżkami jego dzieci.
Spał tak spokojnie i tak smacznie, aż wreszcie Moutier, zaniepokojony zbyt długą jego nieobecnością przyszedł po niego i zaledwie po długich namowach, zdołał go zaprowadzić do łóżka dla niego przygotowanego.
Już było bardzo późno, już w sali wybiła północ a Moutier nie miał jeszcze wolnej chwili do rozmówienia się z p. Blidot i jej siostrą; opowiadanie było długie, o rozmaitych rzeczach, o tysiącu przedmiotach a godziny szybko mijały.
Nareszcie p. Blidot uczuła potrzebę spoczynku. Moutier zachęcał Elfy aby także poszła za przykładem siostry.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Sophie de Ségur.