Germinal/Część druga/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Germinal
Wydawca W. Podwiński
Data wydania 1906
Druk Drukarnia A. Koziańskiego w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Germinal
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


III.

Jedynasta godzina ozwała się z wieży kościółka kolonii robotniczej. Była to niewielka kaplica, gdzie ksiądz Joire co niedziela odprawiał mszę. Z pobliskiej szkoły, mimo zamkniętych z powodu zimna okien słychać było jękliwe głosy dzieci. Chodniki ciągnące się wzdłuż czterech ciężkich długich bloków domostw i ogródki leżące przed niemi puste były całkiem. Ogródki te smutny przedstawiały widok. W zmarzłej ziemi, tkwiły brudne i ponachylane w różne strony resztki jarzyn, niby plamy zgniłozielonej barwy. Z kominów unosił się dym, wszędzie gotowano zupę. Tu i owdzie otwarły się drzwi, kobieta stanęła w progu i znikała zaraz. Na początku i końcu każdego chodnika stały wielkie kadzie, w które ściekała woda z rynien, bo chociaż deszcz nie padał, para wodna przesycająca powietrze skraplała się ciągle na dachach. Cała, zbudowana na płaskowzgórzu kolonia, nie miała w sobie nic pociągającego. Żałobnie przerzynały ją pokryte czarnem błotem drogi, a jedynie czerwone cegły nowych jeszcze domów ustawicznie spłukiwane deszczem odbijały czerwono od ponurego tła.
Maheude musiała nałożyć drogi, by kupić ziemniaków u żony dozorcy, która miała ich dotąd mały zapas z lata. Za grupą cienkich topól widniała grupa odosobnionych domów stojących po cztery razem w ogrodzie. Dyrekcya mieszkania te zbudowane na próbę, wedle nowego systemu, zarezerwowała dla nadzorców, toteż robotnicy to miejsce nazwali wsią „jedwabnych pończoch", swą zaś kolonię z dziecięcą iście ironią: „Zapłać dług".
— Ha, nareszcie jesteśmy! — powiedziała obładowana sprawunkami Maheude, popychając przed sobą Leonorę i Henrysia, obłoconych strasznie i trzymających się ledwie na nogach.
Alzira stała przy kuchni i bujała na rękach Stelkę, daremnie starając się ją uspokoić. Dziecko wrzeszczało w niebogłosy. Alzira, gdy jej zabrakło cukru, a mała poczęła płakać, postanowiła spróbować sposobu jakiego się czasem chwytała z niejakiem powodzeniem. Rozpięła stanik i przytuliła usta dziecka do swej piersi. Ale Stelka rozgniewana, że nic wyssać nie może z piersi małego, chorowitego dziecka nie przestawała drzeć się.
— Daj mi ją! — zawołała matka pozbywszy się ładunku — Inaczej nie da nam bachor przyjść do słowa.
Wydobyła z kaftana ogromną swą, ciężką pierś, a gdy malec uczepił się jej i zamilkł od razu, można było rozmawiać. Wszystko było w porządku, mała gosposia podsyciła ogień, zamietła izbę, uporządkowała rzeczy. Gdy cicho się zrobiło słychać było już tylko miarowe chrapanie dziadka śpiącego ciągle bez przerwy mimo krzyku dziecka, który trwał kilka godzin.
— Co tu wszystkiego? — wyszeptała Alzira i uśmiechnęła się na widok zapasów. — Jeśli chcesz mamo, ugotuję zupy.
Cały stół założony był pakunkami. Leżał tu pakiet z ubraniami, dwa chleby, ziemniaki, masło, kawa, cykorya i pół funta głowizny wieprzowej.
— Ach, zupa! — odparła matka znużonym głosem. Trzeba by dopiero zbierać szczaw, szukać w ogrodzie czosnku! Nie, potem ugotuję dla nich zupy. Połóż na węglach ziemniaków, zjemy je z masłem. I kawy zrób! Nie zapomnij o kawie!
Nagle przypomniała sobie o brioszkach. Spojrzała na dzieci, które już nieco przyszedłszy do siebie biły się na ziemi. Masz tobie, zjadły brioszki po drodze. Wymierzyła każdemu po jednym policzku, a starała się ją. uspokoić Alzira krzątająca się u kuchni.
— Daj mamo spokój. Jeśli o mnie idzie, to mniejsza z tem. Wiesz, że mi na brioszkach nie zależy. Zgłodniali pewno oboje, gdyż szli taki kawał drogi.
Wybiła dwunasta. Poczęły stukać saboty wracających ze szkoły dzieci. Kartofle były upieczone, kawa, do której dodano sporą porcyę cykoryi sączyła się przez sitko dudniąc głośno o dno garnka. Opróżniono róg stołu, ale tylko matka tam jadła, dzieciom za stół starczyły własne kolana. Przez cały czas Henryś małomówny i żarłoczny niezmiernie, obracał głowę w stronę gdzie leżała zawinięta w papier głowizna. Zatłuszczony papier drażnił go niewymownie.
Maheude małymi łykami piła swą kawę obejmując oburącz szklankę, by ogrzać ręce, gdy zszedł na dół ojciec Bonnemort. Zazwyczaj wstawał później i jedzenie czekało już na ogniu. Toteż począł mruczyć nie zastawszy zupy. Ale zamilkł, gdy mu synowa powiedziała, że nie zawsze można zrobić to co się chce i począł jeść ziemniaki. Od czasu do czasu wstawał, szedł splunąć na popiół, by nie walać podłogi, wracał i przeżuwał jedzenie ze spuszczoną głową i zagasłem spojrzeniem.
— Ach, zapomniałam powiedzieć mamie, była tu sąsiadka...
— Nudzi mnie ta baba!... — przerwała matka.
Zła była w głębi duszy na panią Levaque, która skarżyła się jej wczoraj na swą nędzę poto, by nic nie pożyczyć, choć Maheude doskonale wiedziała, że mają pieniądze, gdyż lokator Bouteloup zapłacił za utrzymanie za dwa tygodnie naprzód. W kolonii niechętnie pożyczano sobie wzajem.
— Ale przypomniałaś mi — odezwała się znowu matka — nasyp do młynka pełno kawy, muszę oddać Pierronce, winnam jej od przedwczoraj.
Alzira nasypała kawy, a matka zapowiedziawszy, że zaraz wróci, by ugotować zupy dla wracających z kopalni wyszła ze Stelką u piersi. Dziadek żuł dalej ziemniaki, a dzieci biły się na ziemi wydzierając sobie łupy ziemniaczane, które pospadały ze stołu.
Maheude poszła wprost przez ogród. Skręciła z chodnika z obawy, że ją zawoła Levaque. Ogród jej przytykał do ogrodu pani Pierron i miał wielką dziurę w kracie służącą za furtkę sąsiadom. Była tam zarazem wspólna studnia czterech rodzin. Na lewo za nikłym krzakiem bzu była komórka na króliki. Służyła też za skład narzędzi i miała otwór w dachu, którędy wyciągano króliki za uszy gdy przyszło wielkie święto i chciano się uraczyć pieczenią na obiad. Uderzyła godzina pierwsza. Była to pora picia kawy i ani żywej duszy widać nie było w drzwiach ni w oknach. Tylko jakiś robotnik korzystając w chwili wolnej kopał w swoim ogrodzie. Gdy Maheude znalazła się przed domem sąsiadki ujrzała ze zdziwieniem jakiegoś pana i dwie damy w pobliżu kościoła. Stanęła na chwilę i poznała ich. Była to pani Hennebeau pokazująca kolonię robotniczą swym gościom, panu z orderem i damie w futrzanym płaszczu.
— O, i pocóż się było fatygować! — zawołała Pierronka gdy Maheude oddała jej kawę. — To przecież nie jest pilne!
Miała lat dwadzieścia ośm, ciemne włosy, niskie czoło, wielkie oczy i wąskie usta. Uchodziła za piękność w całej kolonii. Była zalotna, czysta jak kotka i miała piękny biust ponieważ była bezdzietna. Matka jej, stara Brule wdowa po hajerze, który zginął, kazała córce pracować w kopalni i przysiądz, że nie wyjdzie nigdy za górnika. Toteż nie posiadała się ze złości gdy dziewczyna wyszła za Pierrona, który nietylko był górnikiem, ale do tego wdowcem mającym ośmioletnią córkę. Jednak małżeństwo żyło w zgodzie i szczęśliwie mimo plotek o usłużności męża i kochankach żony. Nie mieli długów jadali dwa razy w tygodniu mięso, a dom był tak porządnie utrzymany, że przeglądać się można było jak w lustrze w każdym rondlu. W dodatku ciesząca się protekcyą dyrekcyi pani Pierron uzyskała pozwolenie na sprzedaż cukierków i ciastek. Ustawiła je w oknie w szklanych słojach i sprzedawała za sześć do siedm sous dziennie, w niedzielę osięgając nieraz nawet dwanaście sous. Szczęście mąciły tylko dwie okoliczności, wybuchy gniewu matki Brule, która nie przestawała się odgrażać, że musi śmierć męża pomścić na pracodawcach, oraz mała Lidya, która za żywe usposobienie całej rodziny pokutować musiała odbierając co dnia obficie policzki.
— O, jaka już duża! — mówiła pani Pierron, łaskotając Stelkę.
— O, nie wspominaj mi o tem bachorze. Nie masz pojęcia co to za męka. Szczęśliwą czuć się powinnaś, że nie masz dzieci. Możesz przynajmniej wszystko utrzymać w porządku.
Mimo, że i u niej było porządnie i podłoga co soboty wymyta, obrzuciła zawistnym spojrzeniem gospodyni tę tak czystą stancyę, gdzie znajdywały się nawet przedmioty zbytkowne, złocone wazoniki na kredensie, lustro i trzy sztychy w ramach.
W tej chwili właśnie pani Pierron piła kawę, i w domu nie było nikogo.
— Napijesz się ze mną szklaneczkę... prawda? — spytała.
— Nie, dziękuję ci, dopiero co piłam w domu.
— A cóż to szkodzi.
Naturalnie nie stanowiło to żadnej przeszkody. Zasiadły obie, i piły powoli a spojrzenia ich wybiegły przez okno napół zasłonięte słojami cukierków i ciastek i zawisły na domach naprzeciwko stojących, których okna zawieszone mniej lub więcej czystemi firankami dawały świadectwo o nawyczkach i charakterach gospodyń. Firanki pani Levaque były strasznie brudne, zdawało się, że są to ścierki, któremi kilka miesięcy obcierano garnki.
— Nie pojmuję jak można żyć w takim brudzie! — rzekła pani Pierron.
Ta uwaga rozwiązała język Maheudy. Ach, coby ona dała za takiego jak Bouteloup lokatora. Gdy tylko człowiek umie wziąć się do rzeczy jestto wyborny interes... można żyć po książęcemu. Naturalnie nie trzeba zaraz brać go do swego łóżka. Prócz tego, mąż pani Levaque to gałgan, pijak, bije żonę i ugania się za subretkami po kawiarniach w Montsou.
Pani Pierron nie kryła swego obrzydzenia. Te istoty... to plaga... od nich zarażają się mężczyźni w sposób straszny. W Joiselle jest jedna, która zaraziła całą kopalnię. W końcu dodała:
— Dziwi mnie tylko, żeś pozwoliła, by syn twój wdawał się z ich córką.
— Dobrze ci tak mówić... ale spróbuj nie pozwolić... Ogród jej przytyka do naszego. W lecie siedział Zacharyasz ciągle z Filomeną za krzakiem bzu, albo na dachu szopy z królikami. Nie żenowali się wcale i nie podobna było zaczerpnąć wody, by ich nie schwycić na gorącym uczynku.
To były skutki życia wspólnego obok siebie robotników w kolonii.
Chłopcy i dziewczęta widywali się ciągle, dojrzewali razem i bez przeszkody gdy tylko noc nadeszła mogli z zupełną swobodą obcować z sobą. Ulubionem miejscem był płaski dach stajni króliczej.
Wszystkie przesuwaczki przynosiły sobie stamtąd swe pierwsze dziecko, o ile nie wołały w tym samym celu udać się na starą kopalnię w Requillart lub ulokować się w zbożu. Nie było w tem nic zdrożnego, pobierano się potem, jeno matki gniewały się gdy chłopcy poczynali za wcześnie, gdyż syn żeniący się był stracony dla rodziny.
— Na twojem miejscu skończyłabym już raz z tem! — poczęła znowu pani Pierron głosem nabrzmiałym świętem oburzeniem. — Mają już dwoje dzieci, a nie przestaną jeszcze rychło zadawać się ze sobą. Zresztą krzyżyk już i tak musisz położyć na jego pieniądze.
Maheude wzniosła do góry pięści.
— Słuchaj! Przeklnę ich jeśli nie przestaną!... Czyż Zacharyasz nie jest obowiązany szanować rodziców? Kosztował nas tyle! Teraz musi nam odrobić choć trochę, nim sobie weźmie na kark żonę. Powiedz sama cobyśmy poczęli gdyby dzieci gdy tylko nauczą się pracować, pracowały zaraz na siebie? Lepiej by położyć się i zdechnąć!
Niebawem uspokoiła się i dodała:
— Mówię tak wogóle tylko... pokaże się co z tego wszystkiego będzie... Wyborna ta twoja kawa. Nie szczędzisz do niej, widzę niczego.
Rozmawiała jeszcze z kwandrans, a potem wybiegła szybko narzekając, że zupa dotąd nie gotowa. Dzieci szły znowu do szkoły, a w drzwiach półotwartych mieszkań widać było głowy ciekawych kobiet spoglądających na panią Hennebeau, która szła chodnikiem z gośćmi i wskazywała im różne rzeczy, tłumacząc urządzenie kolonij robotniczych. Robotnik kopiący w ogrodzie, podniósł na chwilę głowę, kilka kur spłoszonych przebiegło przez ogrody.
Maheude wracając do domu spotkała się nos w nos z panią Levaque, która wyszła z domu, by schwytać w przelocie doktora Vanderhaghen, lekarza kolonii, małego, wiecznie spieszącego się człeczka, który z powodu przeciążenia pracą, porad lekarskich udzielał nie zatrzymując się wcale.
— Panie doktorze — mówiła Levaque — sypiać całkiem nie mogę, wszystko mnie boli, chciałabym się poradzić.
Mówił wszystkim „ty“. Rzekł tedy nie zatrzymując się:
— Daj mi spokój! Pijesz za wiele kawy!
— Panie doktorze, proszę odwiedzić mego męża — ozwała się Maheude — ciągle go bolą nogi, czuje się słabym...
— To ty go osłabiasz! Daj mi święty spokój!
Obie kobiety wzruszyły ramionami, spoglądając za oddalającym się lekarzem.
— Wstąp do mnie! — poczęła Levaque. — Mam ci coś powiedzieć, a przytem musisz się ze mną napić kawy. Świeżo zrobiłam.
Maheude wzbraniała się, ale w końcu uległa. Cóż to znaczy? Ot łyk jeden, by nie obrazić odmową.
Izba czarna była od brudu, na podłodze i ścianach świeciły tłuste plamy, kredens i stół pokryte były obrzydliwemi warstwami błota, a odór tego niechlujstwa zapierał oddech w piersiach. U ognia z łokciami wspartymi o stół siedział Bouteloup z nosem zwieszonym nad talerzem. Był barczysty, ruchy miał dobroduszne, pełne prostoty i młodo wyglądał bardzo na swoje trzydzieści pięć lat. Kończył jeść zupę spoglądając na małego Achilla, starszego syna Filomeny, który poczynał właśnie trzeci rok życia, stojącego przed nim z miną natrętnego, łakomego psa. Lokator z uśmiechem wtykał mu od czasu do czasu kawałki mięsa do ust.
— Czekaj, zaraz osłodzę! — rzekła Levaque wchodząc i wsypała wprost do imbryka trochę cukru.
Była starszą o dziesięć lat od Bouteloupa, bardzo brzydka, zniszczona, piersi jej zwisały na brzuch, a brzuch na lędźwie, twarz miała płaską i poczynające siwieć, nigdy nie czesane włosy. Bouteloup przystał na panią Levaque nie przyglądając się jej bardzo, jak nie przyglądał się zupie, w której odkryłby inaczej włosy i pościeli nie zmienianej nieraz przez całe trzy miesiące. Pani Levaque wstawiona była już w rachunek, a mąż lubił powtarzać, że przyjaźń przyjaźnią, a rachunek rachunkiem.
— Otóż chciałam ci powiedzieć, że widziano wczoraj Pierronkę włóczącą się po dzielnicy „jedwabnych pończoch“. Poza gospodą Rasseneura czekał na nią... wiesz już kto... i poszli razem wzdłuż kanału... I cóż, jakże ci się to podoba... mężatka... to wstyd doprawdy!
— Ha, ha, ha — roześmiała się Maheude — zanim Pierron ożenił się, ofiarowywał dozorcy króliki w prezencie, teraz kosztuje go mniej pożyczanie żony.
Bouteloup wybuchnął głośnym śmiechem i rzucił kawałek zamaczanego w sosie chleba prosto w usta Achilla. Obie kobiety poczęły się zabawiać kosztem biednej Pierronki. Ta kokietka nie ładniejsza od innych, ale ciągle stoi przed lustrem, ogląda się od stóp do głowy, myje, pomaduje. W końcu jestto rzecz męża, jeśli się godzi, tem gorzej. To prawda, trafiają się mężczyźni, którzy chętnie podtarliby....... przełożonemu, byle usłyszeć „dziękuję“. Przerwało im wejście sąsiadki, która przyniosła małą Desiree, młodsze dziecko Filomeny. Matka jadła śniadanie w sortowni, zanoszono jej więc małą, by trochę possała.
— A ja nie mogę zostawić na minutę mego bąka, by nie zaczął drzeć się w niebogłosy — pożaliła się Maheude spoglądając na Stelkę zaśnioną na jej ręku.
Czytała już od chwili w oczach pani Levaque, że wystąpi z kwestyą drażliwą. Nie było sposobu uniknąć tego.
— Słuchajno — poczęło gospodyni domu — trzebaby z tem raz skończyć.
Dawniej bez słowa porozumiały się co do tego, że nie trzeba dopuścić do małżeństwa Zacharyasza z Filomeną. Podobnie jak matka Zacharyasza możliwie długo zatrzymać chciała zarobek swego syna, pani Levaque nie chciała tracić zarobku córki. Gniewała ją już sama myśl o tem.
Do ślubu nic nie pędziło, a Levaque wołała już małego Achilla chować sama. Ale od czasu kiedy malec podrósł i musiał się żywić chlebem, a nie mlekiem matki, gdy dalej przybyło drugie dziecko, spostrzegła Levaque, że poczyna tracić, poczęła więc naglić o małżeństwo z uporczywością kobiety chcącej się pozbyć co prędzej obcych dzieci z domu.
— Zacharyasza uwolniono od wojska, — mówiła — nic nie przeszkadza, by się pobrali... no kiedyżby to mogło nastąpić?
— Odłóżmy to do lata! — odparła Maheude z zakłopotaniem. — A to głupia sprawa! Nie mogła zaczekać do ślubu? Przysięgam, że zatłukłabym Katarzynę, gdyby zrobiła podobne głupstwo.
Levaque wzruszyła ramionami.
— Daj spokój i na nią przyjdzie kolej, zrobi, jak wszystkie robią.
Bouteloup, spokojnie jak człowiek czujący się u siebie przeszukał cały kredens za chlebem. Zielenina do zupy Levaqua i na pół obrane kartofle leżały na stole. Z dziesięć razy brała je pani Levaque do rąk i kładła znowu, by robić plotki. I teraz wzięła do rąk czosnek, ale zaraz rzuciła i podbiegła do okna.
— A to co? Pani Hennebeau z jakimiś obcymi. O patrz, wchodzą do Pierronki!
I wzięły się znowu do Pierronki. Ani razu nie zdarzyło się, by tam nie zaprowadzono gości zwiedzających kolonię, a to dlatego, że było u niej czysto. Ale pewnie im nie opowiadano historyi z nadzorcą. Phi! Cóż to za sztuka trzymać wszystko w porządku, gdy się ma kochanka dostającego trzy tysiące rocznie, prócz mieszkania, opału i podarków. Ale tam tylko z wierzchu porządnie, zato gdzieindziej wcale nie. Przez cały czas wizyty dostojnych gości kobiety klepały na ten temat.
— Wychodzą, wychodzą! — zawołała Levaque. — Idą w tę stronę... Popatrzno moja droga, zdaje mi się, że zmierzają do ciebie.
Maheude przeraziła się. Czy też Alzira starła ze stołu? I zupa nie gotowa. Bąknęła „do widzenia“ i pobiegła jak strzała prosto ku domowi nie oglądając się za siebie.
Wszystko było w porządku. Alzira z zapałem gotowała zupę zawiązawszy u pasa ścierkę. Wzięła się do tego widząc, że matka nie wraca. Znalazła w ogrodzie trochę czosnku, narwała szczawiu i właśnie czyściła zieleninę, a na ogniu wrzała w wielkim garnku woda na kąpiel dla wracających o trzeciej z kopalni. Henryś i Lenora dziwnym trafem nie bili się, w zupełnej zgodzie drąc na kawałki stary kalendarz gdzieś znaleziony, a dziadek w milczeniu palił fajkę.
Ledwo Maheude odsapnęła, rozległo się pukanie do drzwi.
— Pozwoli pani, pani Maheu... nieprawdaż? Tłusta, ociężała już nieco, czterdziestoletnia pani Hennebeau zmuszała się do przyjaznego uśmiechu i starała się ukryć obawę, że powala sobie bronzową, jedwabną suknię i czarny, aksamitny płaszczyk.
— Proszę, wejdźcie państwo, — mówiła do przybyłych — nie przeszkadzamy w niczem jak widzicie sami... No i cóż? Jakże wam się wydaje, prawda, że i tutaj czysto? A ta zacna kobieta ma siedmioro dzieci. Wszystkie mieszkania naszych robotników tak wyglądają... Wspominałam państwu już, że Spółka liczy im sześć franków miesięcznie za pomieszkanie składające się z wielkiego pokoju na dole, dwu pokojów na piętrze, piwnicy i ogrodu.
Pan z orderem i dama w futrzanym płaszczu przybyli rannym pociągiem z Paryża mieli trochę zakłopotane twarze i zdziwienie malowało się w ich szeroko otwartych oczach.
— I ogrodu... — powtórzyła dama. — Ależ tu wartoby zamieszkać, to wyśmienite.
— Dostają więcej węgla jak im potrzeba, — ciągnęła dalej pani Hennebeau — lekarz przychodzi dwa razy w tygodniu, a na starość dyrekcya daje im pensye, mimo że nie odciąga się im nic z zarobku.
— Raj, istny raj! Jak w bajce! — zamruczał pan w zachwyceniu.
Maheude podsunęła krzesła i prosiła siadać. Ale panie podziękowały. Pani Hennebeau miała już tego widocznie dosyć, choć zrazu rozerwała ją trochę rola przewodnika po menażeryi. Specyficzny odór nędzy panujący w domach robotniczych, do których się wejść odważyła, mimo czystości ich, raził ją. Powtarzała zresztą tylko posłyszane frazesy, sama nie troszczyła się wcale losem ludzi żyjących i cierpiących tutaj w bezpośredniem sąsiedztwie.
— Śliczne dzieciaki! — wybąknęła dama w płaszczu futrzanym, a w głębi duszy poczuła odrazę do ich brzydkich, zawielkich głów pokrytych twardym, rudym włosem.
Maheude musiała mówić ile lat mają. Damy z grzeczności zapytały o Stelkę. Ojciec Bonnemort z uszanowania wielkiego odłożył fajkę, mimo to jednak był gościom strasznem zjawiskiem. Widoczne były na nim okropne skutki czterdziestoletniej pracy w kopalni. Ukryć się nie dały okaleczałe nogi, złamany pracą grzbiet i bezkrwista ołowiana twarz. Porwał go właśnie kaszel więc wyszedł, by odpluć na polu, gdyż domyślił się, że jego czarne plwociny wstręt by wzbudzić mogły w wytwornych gościach.
Na Alzirę spadły wszystkie niemal pochwały. Cóż to za śliczna mała gosposia z czystą ściereczką u pasa? Winszowano matce, że ma córkę tak nad swój wiek rozwiniętą. Nikt nie wspominał o garbie, ale niezręcznie litościwe, niespokojne spojrzenia podkreślały to aż nadto dokładnie.
— Teraz — rzekła pani Hennebeau — gdy państwa zapyta ktoś w Paryżu jak mieszkają górnicy Voreux będziecie wiedzieli co powiedzieć? Wszędzie jak tutaj patryarchalne stosunki i obyczaje, wszyscy spokojni, szczęśliwi, nikomu nie brak niczego. Doprawdy, powinnibyście państwo tu przyjechać odpocząć w spokoju na świeżem powietrzu.
— To przedziwne! Przedziwne! — wykrzyknął pan z orderem z wybuchem zachwytu.
Wyszli rozpromienieni, jak gdyby wychodzili z wystawy okazów egzotycznych. Maheude wyprowadziła ich i stanęła w progu patrząc, jak szli powoli, głośno rozmawiając. Ulice ludne teraz były, dostojni państwo mijali teraz grupy kobiet, które na wieść podawaną od domu do domu zbiegły się zewsząd ciekawe widowiska.
Levaque przed samemi swemi drzwiami natknęła się na panią Pierron, która także przyszła się pogapić. Obie udawały zdziwienie. Ha, cóż to, czy ci państwo zamyślają nocować u Maheudów? No, nie byłoby im wesoło!
— Nigdy niema u nich w domu grosza, choć zarabiają wszyscy! Ha, trudno, tak być musi, gdy się ma nawyczki złe.
— Powiedziano mi, że Maheude dziś rano była po żebraninie u właścicieli Piolaine i także, że Maigrat, który odmówił im kredytu, zdecydował się i dał chleba i różnych rzeczy. Wiadomo czem się płaci Maigrata.
— Chyba nie na nią ma ochotę! Na to trzebaby odwagi!... Zagiął parol na Katarzynę, to jasne.
— Pomyśl tylko moja droga! Ta kobieta jest do tego stopnia bezczelna, że odgrażała się przed chwilą u mnie, iż zatłukłaby Katarzynę gdyby się z kimś wdała. Co za obłuda, jak gdyby Chaval dawno już nie wyobracał jej na wszystkie strony na dachu królikarni!
— Cicho! Wychodzą!
Obie kobiety udając spokój niby to bez ciekawości patrzyły ukradkiem na odchodzących. Dały znak i Maheude ze Stelką na ręku przyłączyła się do nich niebawem. Wszystkie trzy spoglądały teraz w milczeniu na oddalające się, pięknemi materyami pokryte plecy pani Hennebeau i jej gości. Gdy dostojnicy oddalili się o jakieś trzydzieści kroków, języki poczęły latać.
— Mają na sobie ubrania wartające więcej od nich samych!
— Niewątpliwie!... Tej drugiej nie znam, ale za tę naszą nie dałabym czterech sous, choć taka tłusta. Opowiadają rozmaitości.
— Podobno ma kochanków!... Przedewszystkiem inżyniera...
— Tego chudego malca... Ależ to pchła... może zginąć w prześcieradłach!
— Cóż to szkodzi jeśli jej dogadza! O, ja nie dowierzam żadnej takiej damie co ciągle kręci nosem i robi miny niezadowolenia gdziekolwiek się znajdzie... Patrzcieno jak kręci zadkiem, jakgdyby chciała wyrazić w ten sposób, że pogardza nami wszystkiemi. Czy to przyzwoite?
Pani Hennebeau i jej goście uszli tymczasem powoli, ciągle rozmawiając spory kawałek drogi. Nagle ukazała się kareta i zatrzymała na gościńcu przy kościele. Wysiadł z niej mężczyzna może pięćdziesięcioletni z ogorzałą, surową, energiczną twarzą, ubrany w czarny długi surdut.
— Patrzcie, mąż! — szepnęła Levaque zniżając głos jak gdyby mógł usłyszeć. Strachem przejęło ją zjawienie się generalnego dyrektora, przed którym drżało dziesięć tysięcy robotników. — Czyż może być, by ten człowiek miał rogi?
Cała kolonia wyległa na dwór. Wzrastała ciekawość kobiet, poszczególne grupy poczęły się z sobą zlewać i utworzyły wreszcie tłum, a gromada zasmarkanych dzieci z otwartemi ustami obiegła drogę.
Z poza parkanu okalającego szkołę wyjrzała nawet raz twarz nauczyciela. Kopiący w swoim ogrodzie robotnik przerwał pracę, otworzył szeroko oczy i gapił się stojąc z nogą opartą o żelazo łopaty.
Pomruk plotkujących kobiet rósł, nabrzmiewał podobny do szumu wiatru w kupie suchych liści.
Ścisk był największy przede drzwiami pani Levaque. Zbliżyły się naprzód dwie kobiety, potem dziesięć, potem dwadzieścia. Przezorna Pierronka milczała teraz, gdyż było za dużo słuchaczek. Maheude będąca jedną z rozsądniejszych, poprzestała na patrzeniu i by uspokoić rozbudzoną i krzyczącą na nowo Stelkę wyjęła w oczach wszystkich ze stanika swą ogromną obwisłą od mleka pierś i jak poczciwa krowa cielę, poczęła niemowlę karmić.
Pan Hennebeau wsadził wreszcie do powozu damy i pana z orderem i odjechał z nimi w stronę Marchiennes.
Teraz rozlała się szeroko fala wymowy. Kobiety gadały wymachując rękami, krzyczały sobie wzajem w uszy i rzucały się jak opętane, a całość przedstawiała się z pewnej odległości jak mrowisko, w którem wybuchła rewolucya.
Wybiła godzina trzecia. Robotnik kopiący w ogrodzie i Bouteloup poszli wraz z innymi do roboty. Nagle z za węgła kościoła wyszli pierwsi wracający z kopalni robotnicy o twarzach poczernionych, w przemoczonej odzieży, zgarbieni, z rękami założonemi na piersiach. Kobiety rozbiegły się na wszystkie strony, gnały co tchu do domów zdesperowane, że za wiele kawy i plotek doprowadziło je do zaniedbania obowiązków gospodarskich.
Zewsząd dolatywały rozpaczliwe wykrzyki:
— O Boże, mój Boże, co ja pocznę nieszczęsna? Zupa nie gotowa!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: Franciszek Mirandola.