Fałszywa Kuropatwa/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Fałszywa Kuropatwa
Podtytuł Obrazek
Pochodzenie Z Warszawy
Wydawca Gebethner i Wolff; K. Grendyszyński
Data wydania 1894
Druk I. Zawadzki
Miejsce wyd. Warszawa; Petersburg
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


I.

Ciotka Klotylda miała ciężkie życie.
Wprawdzie cieszyła się stale doskonałem zdrowiem, i nigdy jeszcze progów jej mieszkania nie przestąpił lekarz, chyba tylko w charakterze gościa; wprawdzie zajmowała bardzo ładny lokal przy Marszałkowskiej ulicy i pięć pokojów od frontu w eleganckim domu; wprawdzie posiadała złożony w banku kapitał, od którego procent wystarczał nietylko na wydatki, lecz nawet na dogodzenie kaprysom, na podarunki dla licznych kuzynek, na wsparcia i jałmużny dla ubogich, bo trzeba przyznać, że pani Klotylda miała serce złote. Ale co to wszystko znaczy!? Życie jej było ciężkie, a jak kto ma ciężkie życie, to mu ani zdrowie, ani majątek nie miły...
Ostatecznie zdrowie jest bardzo dla każdego pożądane, ale nie takie ordynaryjne, żelazne zdrowie. Żeby się czasem, chociaż trochę, chociaż cokolwieczek popsuło...
Byłaby przynajmniej sposobność do zrobienia sobie pewnej przyjemności, wyjazdu za granicę do wód... Zapewne, że i ludziom zupełnie zdrowym nie jest wzbroniony wyjazd do Ostendy, do Ems, a choćby tylko w góry do Zakopanego, ale ciotka Klotylda rozsądnie zapatruje się na rzeczy i nie robi nic takiego, coby nie miało sensu, a niechże kto powie, czy jest sens włóczyć się po zakładach kuracyjnych, nie potrzebując kuracyi. Oczywiście niema, więc też ciocia Klocia tego nie czyni. Mogłaby wprawdzie udać się do wód i z innego powodu, ale nie ma jeszcze stanowczego zamiaru szukania szczęścia w małżeństwie. Niby w zasadzie, gdyby się coś odpowiedniego trafiło, to dlaczego nie, ale nic się nie trafia, a samej szukać nie wypada. Przytem jest tyle... tyle kłopotów.
Mieszkanko, złożone z pięciu dużych i ładnych pokojów, dla jednej osoby byłoby wystarczające, ale jak przyjadą goście ze wsi, jest stanowczo za ciasne. Zamienia się ono wówczas, jak sama ciotka powiada, na pewien rodzaj koszar damskich i psuje się w niem ład, a po odjeździe gości trzeba stracić ze trzy dni przynajmniej na przestawianie, froterowanie, trzepanie mebli — co ciotka w gruncie rzeczy bardzo lubi, ale się przytem ogromnie irytuje. Pod tym względem podobna jest ona do tych zagorzałych winciarzy, którzy pasyami lubią grę i tęsknią do swoich partnerów, a gdy zasiądą do stolika, to kłócą się, jak zacietrzewione indyki.
Nie sposób utrzymywać, że posiadanie kapitału, przynoszącego regularnie procenty, należy do przykrości nadzwyczajnych, których przy największym wysiłku woli znieść nie można; owszem, dla zwykłych ludzi jest to nawet niejaka przyjemność, ale każdy medal ma dwie strony!...
Jeszcze póki człowiek żyje, to tam jako tako: bierze procent, żyje z niego, ponosi wydatki, dysponuje nim według upodobania, ale gdy człowiek umrze? Kto będzie pobierał procenty, lub też kto weźmie na swoje barki ciężar roztrwonienia kapitału? Na jaki cel użyje tych pieniędzy, co z niemi zrobi?
Kto powie, że tego rodzaju pytania nie są męczące, ten nie ma o zmęczeniu najmniejszego pojęcia...
Ciotce Klotyldzie myśli tego rodzaju spędzają sen z powiek.
Nieraz w nocy przewraca się ona nieboraczka na pysznem, bogato rzeźbionem łożu, na miękkich edredonowych poduszkach, przewraca się biedaczka, a wzdycha i jęczy, jak Madej na swem piekielnem posłaniu.
Komu się jej majątek dostanie? jaki będzie testament?
Wprawdzie kwestya zrobienia testamentu nie zdaje się być naglącą, gdyż pani Klotylda ma dopiero, nic nie dodając ani nic nie ujmując, trzydzieści siedm lat życia, a przy wybornem zdrowiu, jakie posiada, prawdopodobnie żyć będzie bardzo długo, ale zawsze radaby wiedzieć, w czyje ręce się jej majątek dostanie.
Jest ciekawa. Utrzymują, że ciekawość wrodzona jest kobietom — dlaczegożby ciotka Klotylda wyjątkiem być miała?...
Osoba z temperamentem żywym, ruchliwa, pełna energji, więcej ma w sobie ciekawości, niż pięć flegmatyczek razem wziętych.
Może się komuś dziwnem wydać ciekawość odgadnięcia zagadki, której rozwiązanie jest wyłącznie od samego zgadującego zależne. Toż nikt nie może lepiej wiedzieć, co się stanie z majątkiem ciotki Klotyldy, jak sama ciotka Klotylda...
Pozornie jest w tem najzupełniejsza racya, ale tylko pozornie, gdyż ciotka na decyzję stanowczą zdobyć się nie może i wątpi, czy się kiedy zdobędzie, bo nie łatwa to rzecz zaiste.
Są takie komplikacye i takie kombinacye i takie pogmatwania rozmaite, że doprawdy trudno z tego labiryntu wybrnąć, tem bardziej, że ważną bardzo rolę w kombinacyach testamentowych gra serce, a ciotka ma bardzo dobre serce, co także jest jednym z ciężarów jej życia.
Nieraz myśli sobie: mój Boże, cóżbym ja dała za to, żeby wiedzieć, komu mój kapitalik zapiszę?... ale nie wiem... nic nie wiem i to mnie do najwyższego stopnia irytuje.
Rzecz prosta, że o zapisie wszystkiego na cele dobroczynne niema mowy, bo rodzina czułaby się pokrzywdzoną.
Cząsteczka jakaś, dajmy na to dwunasta, przeznaczona zostanie na stypendyum, aleć to dopiero cząsteczka i trzebaby się naradzić z prawnikiem, jak i na jakie mianowicie stypendyum ją zapisać — a pozostaje do rozporządzenia jeszcze jedenaście dwunastych części. Co z niemi zrobić? Uszczęśliwić jednego z krewnych całością, to znaczy zasmucić innych, podzielić zaś majątek równo między wszystkich, to znaczy...
To nic nie znaczy, bo krewnych jest dużo, dostałoby im się po odrobince i także mieliby pretensye do testatorki.
Ciężkie, bardzo ciężkie zadanie.
Trzeba wiedzieć, jak się rzeczy mają z tymi krewnymi.
Nie mówi się o wszystkich, bo jest ich dużo, jak na jedną zamożną ciotkę stanowczo za wiele, ale o tych tylko, którzy są bliżsi i których ciotka lubi i stosunki z nimi utrzymuje.
Są krewni jej i krewni jej nieboszczyka męża, w rozmaitych stopniach kuzynostwa.
Wszyscy mieszkają na wsi i poczciwi są doprawdy — bardzo ciotkę kochają, bardzo szanują, a nie mogąc przesiadywać ciągle w Warszawie i osobiście nadskakiwać, składają przez okazye i przez poczty materjalne dowody pamięci.
Można powiedzieć, że prześcigają w tem jedni drugich, bo tak: jeżeli pani Stefanja z Wądołków przyśle dwie perliczki, to pani Michalina z Górek deleguje natychmiast do Warszawy pachciarza z takim wspaniałym, tak znakomicie utuczonym indykiem, że go żydzisko ledwie może przydźwigać. Jeżeli pan Kalasanty z Bajorków nadeszle zająca i trzy pary kuropatw, to pan Marcin z Krzywej Woli ma sobie za najpierwszy i najświętszy obowiązek dostarczyć ciotce sarnę, lub koziołka. Choćby z pod ziemi wykopać, albo, co dużo łatwiej, choćby za Żelazną Bramą w Warszawie kupić...
A co też z tych Wądołków, Bajorków, Górek i Krzywej Woli nadchodzi doskonałego masła, pysznych serów, wędlin, konfitur, owoców, co przeróżnych robótek od siostrzenic i dywanów, pantofelków, poduszek, serwet, firanek — tego na wołowej skórze nie spisać.
I biedna ciotka ma także i z tego powodu ciężkie życie, bo wszystkich prowiantów skonsumować, nawet przy pomocy gości, nie może, a chować już nie ma gdzie, bo wszystkie szafy i komody są pełne.
Ciotka jest wzruszona, radaby z całego serca jakoś się krewnym za tyle dowodów pamięci odwdzięczyć; nie sypia więc po nocach, myśli, kombinuje...
Przychodzi jej nieraz do głowy, żeby siostrzenicę swoją, pannę Ernestynę z Krzywej Woli, wydać za Maciusia z Bajorków, albo Fredzia z Wądołków ożenić z Ludwisią z Górek... ale się to jakoś nie klei, bo ta młodzież dziwnie jest grymaśna i ma wielkie o sobie rozumienie.
Ernestynka wysoko patrzy, gdyż skończyła pensyę w Warszawie, i jak mówi matka jej, poczciwa pani Marcinowa, jest panienka oczytana na wszystkie cztery boki i posiada, oprócz fortepianu, cztery języki, nie licząc własnego; to też Ernestynka wprost powiada, że Maciuś dla niej za głupi (jak gdyby na męża filozof koniecznie był potrzebny).
Przewrócone w głowie ma dziewczyna i tyle...
Fredzio znów, dla tego, że nosi ubranie imponującej szerokości i marynarkę krojem workowatym, Bóg wie co sobie wyobraża i na Ludwisię patrzeć nie chce, bo mówi, że w Górkach bieda aż piszczy, a żydzi siedzą tam na hypotece, jak koty na piecu.
To wszakże nieprawda, bieda jest; ale jak się ciotka w to wda, to nie będzie.
Ludwisia jest dziewczyna, jak przylepka, a gospodyni niezrównana; kto ją weźmie za żonę, ten się fortuny dorobi, nie mówiąc już o tem, że jadać będzie jak Lukullus, a spasie się jak nieboszczyk stary Dumas.
Fredziowi się zdaje, że czeka na niego udzielna księżniczka, albo królewna z bajki, a tego nie widzi, że i w Wądołkach także się nie przelewa i że oprócz Fredzia jest jeszcze pięcioro młodszego rodzeństwa: Miecio, Mania, Kazia, Micia i maleńki Lolo. Jest to tam niby cztery konie i powóz, jest nawet i lokajczyk od wielkiego święta, ale wiedzą sąsiedzi, jak kto siedzi.
Cuganty muszą bronę włóczyć, a lokajczyk w powszedni dzień zdejmuje liberyę i pasie kwiczący inwentarz aż miło, a gdy goście przyjadą niespodziewanie, to dziewka biegnie na zastępstwo do trzody, a lokajczyk powraca do kredensu do liberyi.
Fredzia ojciec już od wielu lat ubiega się o to, żeby go do Towarzystwa wybrali, bo pensya bardzo by mu się przydała, ale ubiega się napróżno, zawsze kogo innego wybiorą, a on osiada na koszu jak niepyszny... Czego tu nosa zadzierać...
I Fredzio nie ma sensu i Ernestynka nie ma sensu i oboje razem nie mają sensu...
Możnaby jeszcze wykombinować w inny sposób, tak, żeby była jedna para głupia, a jedna poczciwa, to jest niechby Fredzio wziął sobie Ernestynkę, a Ludwisia Maciusia, bo Maciuś złoty chłopak... Ci dwoje dorobiliby się czegoś, bo ona jedynaczka, a on ma tylko jednego braciszka Bolcia.
Doskonaleby było, ale cóż? Fredzio z Ernestynką, a Maciuś z Ludwisia są sobie cioteczni, pokrewieństwo zablizkie. Trzebaby aż do Rzymu po dyspensę posyłać.
Głowa pęka, doprawdy, jak się naraz tyle osobliwych kombinacyj złoży.
I te grymasy, to zadzieranie nosów, pięcie się w górę też jest przyczyną zmartwienia... I kto? kto? Taka sobie Ernestynka i taki sobie Fredzio! Jest też komu świat gubić!
Tak ciotka po nocach, nie mogąc sypiać, kombinuje i na żaden sposób nie może zaspokoić swojej ciekawości i znaleźć odpowiedzi na pytanie: kto weźmie jej majątek.
Ta myśl ją męczy i spokoju nie daje, tak, że biedna kobieta dopiero nad ranem zasypia.
Ciężkie życie!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.