Epoda V (Horacy, tłum. Siemieński, 1916)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Horacy
Tytuł Do Kanidyi trucicielki
Pochodzenie Ody Horacyusza
Wydawca Karol Sechorz
Data wyd. 1916
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Lucjan Siemieński
Tytuł orygin. At, o deorum
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


DO KANIDYI TRUCICIELKI.
V.
At, o deorum quidquid in caelo regit.

»Przewielkie Bogi w górnym majestacie,
»Co niebem, ludźmi i ziemią władacie!


»Cóż ten wrzask znaczy? i czemu jak żmija
»Wzrok wasz mię rani i na wskroś przebija?

»Na dzieci twoje — jeśli ci Lucyna
»Dopomagała przy powiciu syna;

»Na nikły szkarłat tej mojej sukienki,
»Błagam o litość; Bóg pomści te męki.

»Pod macoszynym wzrokiem twym się wiercę —
»Patrzysz jak dziki zwierz ugodzon w serce!«

Gdy tak chłopczyna mówił, drżący listek,
I stał do nitki z szat obnażon wszystek;

Drobniuchne ciałko tego nieboraka
Mogłoby zmiękczyć nawet duszę Traka.

Kanidya w kołtun nie czesan, nie myty,
Wplótłszy rój cały wężów jadowity,

Bierze cyprysy rwane na mogile,
Cmentarne, suche figowe badyle,

Jaja maczane w posoce ropuchy,
Wydarte z skrzydeł puszczykowych puchy;


Zioła, co Jolkos rodzi i Hibera;
Każde z nich srogą truciznę zawiera;

Kości dobyte z pyska głodnej suki —
I pali w ogniu czarnoksięskiej sztuki.



Sagana raźnie krząta się w świetlicy,
I kropi w odą z Awernu krynicy

Każdy kąt. Włos jej tak sterczy do góry
Jak kolce jeża, lub szczeć u samury.

Toż Weja, którą sumienie nie trapi,
Zgięta nad ciężką robotą, aż sapi

Tak żwawo rydlem twardą ziemię kopie,
Na grób dla ciebie, o biedne ty chłopię!

Postawią trzykroć w dzień przed tobą jadło,
Patrzeć w nie każą głodną i wybladłą

Twarzą; tyś w jamę wkopany po brodę —
Płynący, głowę tak wznosi nad wodę —


A gdy zmęczone zgasną ci powieki,
Boś wzrok wypatrzył w ten pokarm daleki,

Wtedy wątroba twoja, szpik wyschnięty,
Pójdzie na filtry miłosnej ponęty.

Neapol wierzył próżniaczy i cała
Z nim okolica, że udział w tem miała

Armińska Folia, sławna lubieżnica,
Co z nieba gwiazdę albo cień księżyca

Zdejmuje czarem tessalskich zaklęci. —
A cóż Kanidya? Wściekła, w zębach kręci

Żółtych, paznokieć długi; a co gada,
Lub co zamilczy, któż tam z niej wybada?

Nocy i Dyano! wy wierni świadkowie!
Żadne z was tego co się tutaj dowie

Nie zdradzi; milczeć kazaliście wszędy
Gdzie odprawiają tajemne obrzędy.

Teraz pomóżcie! Na dom mego wroga
Niech się obróci wasz gniew, padnie trwoga.


W ponurej kniei, gdy się zwierz w komysze
Schowa i słodkim snem się ukołysze,

Cudzołożnika starca, niechże ściga
Śmiech, i suburskich psów zgraja obléga;

Taką mu nardą namaściłam ciało,
Że mi się lepszej zrobić nieudało.

Cóż to? Czy słabsza trutek moich władza
Niż barbarzyńskiej Medei — że zdradza?

Przecież tym jadem pomściła się ona
Na swej rywalce, na córze Kreona,

Co w dar zatruty, płaszcz, gdy się oblekła:
Buchły płomienie i w nich się upiekła!

Nieprzepomniałam wszakże tu żadnego
Ziółka, korzonka, w szparach skał skrytego.

On śpi, jam łoże tak spraktykowała,
By mu już żadna w myśli nie postała...

Oho! snać wiedźma bieglejsza ode mnie
Czar z niego zdjęła, że wyszedł tajemnie.


Lecz ja ci, Warze, filtrem tak dosadzę,
Że głowa twoja wróci pod mą władzę,

I dość wyleje łez, że i zaklęcia
Marsylskie, już jej nie wrócą pojęcia.

Gardzisz mną — dobrze! moc jadu podwoję
I potężnemi filtry cię napoję...

Chyba firmament wprzód w morze się stoczy,
A swym ciężarem ziemia go przytłoczy;

Niżbyś miał ku mnie nie goreć mój stary
Jak smoła, gdy ją wyleją na żary.



Pachole ono nie chce już w swej nędzy
Jak wprzódy, serca poruszać tej jędzy.

I nieświadome, co do ust mu ślina
Niesie, jak Thyest, katów swych przeklina:

»Rzeczy nieprawe, lub prawe, przez czary
Dokonać można; lecz odwrócić kary


Za zbrodnię, nigdy. Więc bądźcie przeklęte!
Klątw tych, ofiary nie odwrócą święte.

Jeśli mi przyjdzie tu wyzionąć życie,
To mnie jak widmo w nocy obaczycie;

Jak widmo, twarz wam poszarpię szponami,
O ile tylko siły duch mój da mi.

Do piersi trwożnych gadem się przyczepię,
I nigdy powiek waszych snem nie zlepię.

Kamieńmi tłum was ścigać przez ulice
Będzie, gdy ujrzy stare czarownice;

Niepogrzebione cielsko wasze w sztuki
Rozerwą wilki, eskwilińskie kruki;

A ojciec, matka, jeśli mię przeżyje,
Ujrzy, jak duch mój poskręca wam szyje!«




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Horacy i tłumacza: Lucjan Siemieński.