Dzieci ulicy/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Dzieci ulicy
Wydawca A. Pajewski
Data wydania 1901
Druk F. Kasprzykiewicz
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
X.
Nad przepaścią.

— Nie, Antek, teraz nie możemy tam iść — mówił Bzik — „Maślarz“ raz na zawsze zabronił mi wracać po pijanemu, bo moglibyśmy go „nakryć.“ Chodź do Suchego Felka, tam przenocujemy.
— Nie chcę — rzekł Antek.
— To chodź do mojej rodziny.
— Masz rodzinę? — Ździwił się Antek.
— Zobaczysz.
Szli w stronę łachy Wiślanej. W łasze zimowały berlinki, łazienki i czółna. Nad samym brzegiem leżała przewrócona krypa; przegniła ona tak, że reperować jej nie było warto; leżała więc sobie, przysypana śniegiem, z jednym niewielkim otworem od wyrwanej deski. Pod tą krypą mieszkała rodzina „Szampionerki;“ ona — wdowa, i troje dzieci. Kobieta zbierała latem trufle w rowach i dostarczała je do restauracji, w zimie żebrała i piła wódkę; starszy chłopiec wysługiwał się złodziejaszkom, dwie małe dziewczynki nic jeszcze robić nie mogły, bo starsza z nich miała dopiero lat pięć.
Taką była rodzina Bzika. Przywiązał on się do tych nędzarzów, dzielił się swym nędznym chlebem kradzionym, opiekował się nimi.
Zjechał Antek i Józiek z wału po śniegu, zbliżyli się do krypy. Józiek zastukał.
— Kto tam?
— To ja — rzekł Józiek. — Można zanocować u was?
— A czemu nie.
Odrzuciła gałgany, któremi otwór był zapchany, i wsunęli się na czworakach pod krypę. Cała przestrzeń założona była wiórami, gałganami; watą, piórami. Było to gniazdo ciepłe, duszne, smrodliwe.
— Masz tam co dla bachorów? — pyta dostawczyni truflów.
— A mam.
I wsuwa dzieciom w ręce kawałki sera i chleba.
— A ten drugi co za jeden?
— Przyjaciel.
— Posuńcie się, dzieci. No, śpijcie.
Antek leżał na jakimś łachmanie, z którego dobywał się mdły zapach jodoformu, leżał z szeroko otwartemi oczami i patrzał w ciemność. Myśli mu się wikłały, czuł dziwną wesołość i obawę; obawiał się o tę wesołość swoją, obawiał się, że pryśnie ona lada chwila, że zastąpi ją inne jakieś uczucie, którego się bał.
— Józiek, śpisz?
— Nie, bo co?
— Nic, tak tylko się pytam.
— „Żywe srebro“ cię gryzie? — spytał Bzik.
— To nic.
— Pewnie, że nic. Spaniałeś, widzisz, musisz teraz „odpanieć.“
— Czem był jej mąż? — pyta Antek.
— A czemby? złodziejem.
— Ona dawno tu mieszka z dziećmi?
— Śpij, nie gadaj.
Antek leży z szeroko otwartemi oczami i czuje, że jego wesołość znika, że idzie mu coś, jakby robak, od brzucha do piersi, od piersi do gardła, że zatrzymał się w gardle i rośnie, grubieje, i rosną robakowi nogi, jak pajęczyna, i w nos, w oczy mu wchodzą. Miga mu przed oczami postać Zośki. Zośka śpi z matką w czystem łóżku, matka jej garbata, a ona taka prosta, jak trzcina. Co teraz robi ten chłopiec — sierota w cukierni? Już świt niedługo, zaraz wstanie i będzie zamiatał cukiernię. Antek stara się nie myśleć o robaku, ale nie może. Chce splunąć, nie może.
— Dusi, dusi! — woła Antek.
Bzik chrapie. Szampionerka wysuwa się z kąta z łachmanów, nachyla się nad chłopcem.
— Co ci jest?
— Robak w gardle.
— Zmora cię dusi. To nic. Przeżegnaj się.
— Oj, nie odchodźcie odemnie.
— Przeżegnaj się — powtarza kobieta.
— W Imię Ojca i Syna — zaczyna Antek. — W Imię Ojca i Syna i... kiedy zapomniałem.
— I Ducha Świę...
— A tak: i Ducha Świętego.
— No, odeszło?
— Trochę lżej.
— A widzisz.
— Tylko nie odchodźcie, moja matko.
— No nie, nie.
Gładzi wilgotną ręką spocone czoło Antka i włosy.
— Jak zmora dusi, to najlepiej przeżegnać się, widzisz. Bo krzyż ją zaraz odstraszy. Bo krzyż — to męczeństwo Jezusa. Jezus za wszystkich cierpiał.
— I za pani dzieci?
— A tak.
Przez szczelinę wdziera się pierwsza iskierka światła. Wiatr hula nad krypą, bije o boki, syczy między gałganami i zastyga w zaduchu i smrodzie.
Antek zasnął; gdy go Bzik obudził, było już południe.
— Chodź, wstawaj, idziemy.
— Tylko ostrożnie — prosi szampionerka — żeby was kto nie zobaczył.
Wysuwa Bzik głowę, ale ją chowa, bo po wale ktoś idzie. Potem wychodzą; biegają w różne strony, żeby na śniegu ślad nie pozostał przy krypie. Antek wciąga zimne powietrze. Ubranie jego i ciało są wilgotne. Zimno!
— Teraz możemy iść. Choroba z tym śniegiem.
Idą ulicami w stronę Nowej Pragi. Mijają liche domy, wychodzą na pole, po jednej stronie ciągnie się parkan. Przechodzą koło parkanu kilka razy w różne strony, wydeptują drogę do ścieżki, którą robotnicy idą do fabryki.
— No już dobrze — mówi Bzik.
Rozgląda się raz i drugi, odsuwa deskę, wpuszcza Antka i sam wchodzi. Przy bramie samej, na wielkiem podwórzu „gęsiarni,“ stoi psia buda.
— Nero, wynoś się prędzej, słyszysz?
Pies leniwie wychodzi, warczy na Antka.
— Leżeć, to swój!.. Właź, Antek. Poczekaj... albo ja.
Wsuwa się w budę psa, za nim Antek. Lewa ścianka budy przylega do ściany szopy drewnianej, jest w niej szczelina, która prowadzi do piwniczki ciemnej.
— Kto tam? — odzywa się głos męzki.
— Ja.
— W nocy byłeś potrzebny, to się włóczyłeś.
— Kolegę prowadzę.
— Aha.
Schodzą po drabince kilka stopni i są na dole.
— Ma pan co do jedzenia? Głodni jesteśmy.
— A wiem: do żarcia zawszeście gotowi. Macie.
— Jest świeca?
— Masz tu zapałki i nie szczekaj, bo mi się spać chce.
Józiek zapala świecę. Gliniana podłoga piwnicy wysłana jest dywanami różnej wielkości i różnego pochodzenia. Na brudnej wytartej niedźwiedziej skórze leży starzec, przy nim leżą dwa króliki; starzec jęczy cicho. W drugim kącie spoczywa mężczyzna o twarzy ponurej, z ciemnym zarostem, krzaczastemi brwiami i ostremi, uporczywemi oczami. Obaj patrzeli na Antka długo, bez zmrużenia powiek.
— Siadaj — rzekł Bzik, podsuwając Antkowi poduszkę — masz, jedz.
Starzec poruszył się na swem posłaniu i jęknął.
— Przestań ojciec jęczeć — syknął niechętnie mężczyzna.
— Chory jestem. Boli!
— Niech ojciec wylizie, to ojca wyleczą.
— A wyleczą, wyleczą... Józiek, podnieś mnie.
Antek zauważył, że starzec ma ręce i nogi bezwładne. Owoc to surowej zemsty ludzkiej. Był koniokradem. Zmówili się chłopi całej gminy, pochwycili go w nocy na drodze i poprzecinali mu ścięgna pod kolanami i w łokciach. Okrutna zemsta. Syn tydzień cały ukrywał ojca w lesie, a starzec błagał, by go nie oddawał do szpitala. „Patrz, zając postrzelony ucieka, aby pod krzakiem zdechnąć; ucieka i cierpi tak, jak człowiek nie może wcale cierpieć. Żołnierz postrzelony pada, ale nie ucieka z dwiema kulami. Zając ucieka.“
Nadludzki to był wysiłek: bezwładnego starca prowadzić, nieść, ukrywać się i uciekać, z pod Grochowa aż do tej kryjówki, zkąd pięć lat już nie wychodził.
Teraz syn tylko utrzymuje honor rodu koniokradów. Choć on już nie trzyma się specjalności, a różne zajęcia uprawia. Znają go, o! znają. Szczególniej chłopi, którzy na targ przyjeżdżają. Sprzedaje im „złoty piasek,“ podrzuca woreczki, ogrywa w pasek. Mści się za ojca.
Antek przygląda się starcowi, gryzie chleb czerstwy i drży całem ciałem. Czuje, że znów go zmora dusić zaczyna.
Świeca pali się nikłem światłem i kopci zczerniały pułap piwnicy. Cisza. Słychać tylko chrzęst gryzionego chleba.
— Śpij, Antek. Wieczorem wychodzimy.
Józiek kładzie się obok Antka.
— Słuchaj, Antek, co Bronek mówił?
— Nie kazał wydawać, że to ty.
— Nie kazał? Widzisz, ja nie wiedziałem, że tego. Ja chciałem dać mu tylko naukę na drugi raz.
— Wiem o tem.
— Po co on na mojego dziadka wymyślał?
— Był pijany.
— Ja wiem, ale kiedy to tak nie idzie.. Ja możebym mu nic nie zrobił, a po co on mnie się wtedy czepiał.
— Chciał się z tobą pogodzić.
— Ja wiem, ale ja strasznie wściekły byłem. Wlazłem po tego szczeniaka w ogień i nie znalazłem go. Wstyd mi było.
— Ta warjatka kłamała.
— Wiem, zaniosła dzieciaka do Wicków. Słyszałem.
— Szkoda Bronka. Niezły był chłop.
— Tak, dla ciebie, ale nie dla mnie. Ciebie uczył czytać, bo masz wszystkie palce, a ja nie.
— A ty chciałeś, żeby ciebie uczył? Mogłeś powiedzieć.
— Et, bzik. Czy ty na stałe do nas?
— Nie wiem.
— Bo słuchaj, musisz już potem, bo ciebie zadźgają.
Antek sam nie wiedział, czy „na stałe“ przyłączył się do bandy. Żal mu było książek, które zostawił na Czerniakowskiej, żal mu było tych wieczorów i Zośki, prostej, jak trzcina.
— Znasz Zośkę „garbatej“? — pyta Antek.
— Co nie mam znać? Ładna dziewucha, pójdzie do „panów.“
— Niedoczekanie — syknął Antek.
— Zobaczysz. Jeszcze rok...
— Niedoczekanie.
— A co, żenić się z nią chcesz?
— Wszystko jedno.
Myśli ich rozbiegły się. Zamilkli. Zasnęli. Płynęła godzina za godziną. Nadszedł wieczór.
„Maślarz“ wstał.
— Zostajecie?
— Chcesz iść? — pyta Józiek.
Znów przechodzą przez psią budę. Idą do Warszawy.
Na ulicy Topiel, w suterynie ślusarza, jest szulernia.
Gdy weszli do pokoju, przy stołach było już pełno. Tu rzemieślnicy i robotnicy przegrywają tygodniowy zarobek.
— Motia — mówi Maślarz, przysiadając się do jednego z grających.
„Motia,“ albo z żydowskiego „sitwa“ — to hasło współki. Gdy do grających w pasek zbliża się inny szuler, dość mu szepnąć owo magiczne zaklęcie, by otrzymać połowę wygranej. Jest to nagroda za pomoc i tajemnicę.
Na stole brzęczała miedź, srebro, przesuwały się papierki.
Antek poznaje kilku rzemieślników. Pieniądze, które na stół rzucają — to nie miedź i nie srebro, a łzy żon, głód dzieci i ich praca ciężka od szóstej rano do dziesiątej wieczorem.
— Motia — mówi Józiek i przysiada się do łobuza w watowanej myśliwce, w barankowej czapce na głowie.
Antek widzi, jak Józiek podsuwa szulerowi karty; idzie mu to zręcznie. Dorzuca czasem słowo do rozmowy, której osią główną są popełnione w ostatnich dniach zbrodnie.
— W kurjerach pisali, że w Austrji złapali takiego, co trzydzieści cztery zbrodnie popełnił.
— A to ci dopiero kawalarz.
— A co? A pokaż mi u nas takiego.
I splunął.
Żarty na różne tematy, najsprośniejsze anegdoty i cyniczne uwagi krzyżują się. Antek przypomina sobie, że podobnie bywało w cukierni śródmieścia.
Między graczami kręci się siedmioletnia dziewczynka, córka właściciela suteryny. Przyjmuje ona udział w grze: podgląda karty.
Znów zmora poczyna dusić Antka. Chciałby napić się wódki, ale gospodarz pić nie pozwala. Pohulanka odbywa się dopiero późno w noc, po ukończonem graniu.
Naprężenie rośnie wśród graczy. Lada chwila może powstać bójka. Ale upominać się o przegrane pieniądze, to znaczy być pobitym przez „motiaków,“ być raz na zawsze wykluczonym z liczby graczy, nie być pewnym życia na żadnej ulicy miasta.
Przez drzwi wpada kobieta w podartej chustce na głowie z dzieckiem na ręku.
— Wacek, ty znów tu?
— Drzwi zamknąć! — woła gospodarz. — Tu nie dla kobiet miejsce. Czego to?
— Wacek! Wacek! — woła kobieta, wyrywając się na środek pokoju.
Zpoza stołu wstaje mężczyzna blady, z iskrzącemi się źrenicami.
— Czego?
— Dzieci gubisz, zbereźniku, złodzieju, gubiduszo.
— Czego? — powtarza, zbliżając się do niej.
— Daj pieniądze.
— Pieniądze? pieniądze ci dać?
Zamierza się na żonę. Dziecko płacze.
— Tylko bez bijatyk tutaj. Daj jej rubla — mówi gospodarz.
— Masz, psiakrew. A w domu się porachujemy, za ten wstyd przed ludźmi.
Kobieta bierze papierek i idzie do swoich czworga dzieci, które pozostawiła w domu. Antek wysuwa się i idzie za nią. Chce jej coś powiedzieć, nie wie co, chce jej doradzić, nie wie czem.
Przed bramą stoi inna kobieta.
— Dał?
— Dał. Ma się ze mną rachować. Jak przegra, to powie, żem mu szczęście tym rublem odebrała. Ale już mam dosyć tego.
Antek idzie za nią. Kobieta wchodzi do bramy domu, wchodzi do sąsiadki i po chwili dąży w stronę swojego pokoju, a pod chustką błyska w żółtem świetle latarki ostrze siekiery.
— Pani Wackowa! — odzywa się nieśmiało Antek.
— Czego? czego chcesz?
Ukrywa siekierę pod chustką. Na jej bladą twarz występują rumieńce.
— Co pani chce robić?
Wackowa patrzy na Antka nieprzytomnym wzrokiem.
— Co chcę zrobić? A tobie co do tego?
— Pani Wackowa — powtarza Antek — co pani chce zrobić.
Kobieta opiera się ręką o mur, chwieje się. Antek bierze ją pod ramię, prowadzi do mieszkania. Na parterze, w końcu długiego ciemnego korytarza, małe drzwiczki wiodą do wilgotnej izby. W łóżku, okryte poduszką i paltem, leżą dzieci w podartych koszulinach.
— Mamo, jeść — rozlega się głos piskliwy.
— Idźcie do ojca, to wam da, podlec taki. Idźcie sobie. Ja za was mam cierpieć, bachory przebrzydłe, za was. A mnie co za niewola. A ty idź sobie — zwraca się do Antka — ty z ich bandy. Wynoś mi się.
Rzuciła się na krzesło i poczęła szlochać i krzyczeć. Zbiegły się sąsiadki, zakręciły się kobiety, rozbiegły po jadło dla dzieci.
Antek wrócił do szulerni.
— Co? już zaczynasz za cudzemi żonami się włóczyć? — zapytał Wacek, wpatrując się w Antka — zawcześnie zaczynasz. Żebyś kości całe nosił, pamiętaj.
— Bóg cię pokara, chorobo — szepce Antek.
— A może...
Dobrze po północy gra się kończy, rozpoczyna pijatyka. Antkowi rozświetla się w głowie. Zbliża się do Bzika, odciąga na stronę.
— Słuchaj, Józiek, ja chyba się powieszę — mówi cicho.
— Poczekaj, ja coś wymyśliłem. Chodź, pogadamy.
Wychodzą. Niebo pokryte czarnemi chmurami, mróz zelżał.
— Antek, musisz być jeszcze cierpliwy. Ja mam myśl. Już ty bądź spokojny. Tylko do wiosny... Chcesz jechać do Ameryki?
— Wszędzie aby nie tu.
— A widzisz. Już ja wiem, jak to się robi. Granica — to głupstwo, znam tam jednego. A potem szyfkarta i wio! Tam będziemy sobie razem pracowali, chcesz?
— A pieniądze?
— Już ty się nie bój. Wszystko będzie.
— Czego wy ludzi w grę wciągacie?
— E, mój kochany, tyś jeszcze wszystkiego nie widział.
Antkowi stanęła w myśli rozmowa jedna, sam na sam prowadzona, przy szumie lipy Zaruckiej. Tak, teraz wyraźniej, niż kiedykolwiek, słyszał słowa hrabiego: „Na nędzę jest sposób, ale na zepsucie niema. A wśród was więcej zepsucia, niż nędzy. Gdybyście, po pracy, uczciwej rozrywce czas poświęcali, byłoby wam lepiej.“
Przed oczami Antka przesunęły się postacie książkowych bohaterów z ich czynami wielkimi i czystemi duszami. Siłą wyobraźni uprzytomnił sobie owe wieczory na Czerniakowskiej. I Antek nagle wyrzucił z siebie jedno słowo:
— Kłamstwo!
— Co kłamstwo? — zapytał Józiek.
— „Dzieci ulicy“ czytać nie umieją, książek nie znają. A dzieci złodziejów też są złodziejami — wyrzucił nagle z siebie — i coraz ich więcej będzie.
— Jakie dzieci ulicy? Jakich złodziejów?
Antek patrzał na towarzysza, oczy mu się zamgliły i dwie łzy spłynęły mu po twarzy.
— Ja z tobą będę, Bziku, wszędzie z tobą, — zawołał i chciał go objąć za szyję.
— Antek, tyś pijany — szepnął ździwiony chłopiec.
— Tak, tak, pijany jestem — poprawił się Antek i łzy otarł rękawem. — Nie mów nikomu o tem.
Antek zawstydził się, że zapłakał nad niedolą braci.
Nie wspominali później o swej rozmowie...
Staczał się Antek nad sam skraj przepaści. W duszę dziecięcia wsiąkały wrażenia, których mu nie szczędziło otoczenie. Antek w nowem swem życiu dopatrzył się poezyi. Być śledzonym, narażać się ciągle, wymykać, ukrywać w piwnicy za psią budą, oszukiwać, kraść, obmyślać wyprawy, a przytem być cząstką masy, mieć pieniądze, żyć i bawić się — żyć w ciągłym niepokoju i podnieceniu, kłaść rękę do cudzej kieszeni, plądrować w obcem mieszkaniu, przekradać się, nasłuchiwać — było w tem coś rycerskiego dla Antka, coś, co nie stało w tak wielkiej sprzeczności z jego ideałami, jak być poniewieranym przez piekarczyków w cukierni, zawijać paczki w sklepie, lub odnosić posyłki.
A kotłowały się w duszy Antka, zmiennej, stubarwnej, uczucia najsprzeczniejsze, ale zawsze silne, wybiegały po nad szarą treść codziennego życia przeciętnych pracowników.
Mijały tygodnie i miesiące.
Poszedł raz Antek na Czerniakowską, ale tylko na chwilę, po swoje książki. Czatował na ciemnych schodach, stał długo, wpatrzony we drzwi, doczekał się chwili, gdy starsi wszyscy powychodzili z mieszkania, wpadł do pokoju. Dzieci zbiegły się na jego powitanie. Krzyknął na nie, wyjął z pod poduszki swoje książki i uciekł, uciekł śpiesznie, bo nie chciał słyszeć żadnego zapytania, na które musiałby odpowiedzieć.
Długo się wahał, czy odkryć swój skarb towarzyszom nory piwniczej, wreszcie zdobył się na odwagę... i w kryjówce złodziejskiej, przy chwiejnym blasku świecy zadźwięczały po raz pierwszy słowa inne, niż zwykle, i króliki ździwione wpatrywały się, gdy przyciszonym głosem czytał.
Słuchał Bzik, Maślarz i ojciec jego, i może rozumieli, może nie rozumieli, ale słuchali uważnie, a stary jęczeć przestawał, choć mu rany, z odleżenia powstałe, piekielne sprawiały męczarnie. Uśmiechał się czasem, czasem oczy jego strzelały gniewem, to znów łagodnie spoglądały w przestrzeń. Szły ku niemu zapachy pól z tych słów, promienie słońca, którego od lat nie oglądał.
— Mój Antku, jeszcze! — prosił, gdy chłopiec odkładał książkę.
Antek przecierał załzawione oczy, przechylał się bliżej ku świecy i ciągnął dalej.
I znów tygodnie całe minęły, znów słońce bardziej przygrzewać poczęło.
Józiek znalazł to, czego szukał; powrócił razu pewnego zadowolony, wyciągnął Antka na róg do szynku; usiedli w kącie pokoju.
— Słuchaj — zaczął Bzik — tylko bądź mądry. Jak skończę, to zobaczysz, ze przystaniesz. Tylko nie przeszkadzaj. Za miesiąc możemy już być bardzo daleko. Ale musisz mi pomódz.
— No, gadaj.
— Więc, widzisz, na Topiel, wiesz nad ślusarzem, na facjacie, mieszka fanciarka. Słuchaj tylko. Mieszka sama, stara jest. Tylko uważaj. Hołoty włóczy się tam sporo, więc i djabeł nie dojdzie, kto to zrobił. I o tem nikt z naszych nie może wiedzieć. Bo ona z naszymi trzyma. Musimy to sami zrobić, we dwóch. Rozumiesz?
— Ale co musimy zrobić?
Józiek rozejrzał się. Był wzburzony.
— Zabić — rzekł krótko.
Antek patrzał na przyjaciela wzrokiem ździwionym, pytającym.
— No, czego się gapisz? Tu niema gadania. Baba się pilnuje, śpi jednem okiem. Jak nie chcesz, to nie. Mnie wszystko jedno.
— Zabić? — zapytał Antek.
— Nie drżyj się. Wszystko jedno. A Maślarz mało narznął ludzi. Co wielkiego? Chcesz być daleko ztąd? Inaczej nic nie zrobisz. Bez forsy musimy tu siedzieć. Jak chcesz.
— A kiedy to ma być?
— Dziś w nocy. Zaraz pójdziemy. Mam sznurek i na wypadek i coś kolącego. Stara, chora. Nie bój się, już ja sobie sam dam radę.
— Więc zaraz?
— Tak.
— Dobrze — rzekł Antek cicho.
— Tylko się nie trzęś, bo tak nic nie zrobimy. A pamiętaj, musi nam się udać, bo jakby się „nasi“ dowiedzieli: ona od nas kupuje kradzione.
— Wiem, wiem — rzekł Antek.
— Wiec „sztaba“? To się napijemy. Tylko nie zawiele. A potem spacerować trzeba. Maślarz mi tak mówił.
Wypili po trzy kieliszki, wyszli z szynkowni.
Szli obok siebie, nie mówiąc nic. Józiek kilka razy odchrząknął, ale milkł.
Krakowskie Przedmieście wre życiem. Chłopcy mijali przechodniów, idąc szybko. Mieli na sobie krótkie półszubki i czapki z daszkami. Józiek począł gwizdać.
Zmierzch zapadał.
Aleje Ujazdowskie tonęły w półcieniu. Środkiem sunęły szeregi pojazdów, trotuarami rozwijał się długi wąż spacerujących, między nimi mężczyźni, panie w pięknych kapeluszach i dzieci w jasnych ubrankach.
Był to pierwszy ciepły dzień wiosenny. Drzewa, pokryte świeżemi pączkami, niosły zapach świeży i czysty, którego nie mógł zagłuszyć kurz, wydobywający się z pod długich sukien i szeleszczących spódnic pań.
A między przechodniami uwijały się dzieci z bukiecikami w rękach i zapraszały do kupna kwiatów.
— Proszę pana, niech pan kupi kwiatki dla tej ślicznej pani, proszę pana, matka chora, ojciec w szpitalu — zawodził dziewięcioletni nędzny chłopczyna w łachmanach.
— Proszę pana, dziś nie jadłam — woła dziewczynka w poplamionej sukienczynie. — Proszę pana.
Antek i Józiek siedli na podmurowaniu sztachet i patrzeli.
Antek pamiętał podobny obraz. Dwa i pół roku minęły. On z Mańką biegał wówczas między przechodniami, sprzedawali kwiaty i odnosili pieniądze ojcu. Tylko dwa i pół roku temu. Wtedy, ostatnim razem, ten pan hrabia wziął go do siebie...
— Chodź, Józiek, pójdziemy.
— Poczekaj jeszcze — mówi Bzik.
— Chodź już, chodź.
Szli ulicą Książęcą ku Wiśle.
— Słuchaj, możeby jeszcze się napić?
— Nie, nie można.
Idą. Józiek gwiżdże przez zęby.
— Boisz się, Antek?
— Czego się mam bać?
— Zobaczysz, jak będzie gracko. Babe za „halc“, poducha na pysk i basta! Ani zipnie. Zobaczysz.
Józiek gwiżdże.
— Na dole krzyk. Nikt nie usłyszy. A wreszcie ona zawsze drze się. Już to moja rzecz. Ty stój za mną.
Idą. Józiek gwiżdże przez zęby.
— No. Antek, teraz trzymaj się ostro.
Wchodzą przez bramę. Józiek zagląda do suteryny.
— Widzisz, mówiłem ci, że zawcześnie. Jeszcze się nie zebrali. Będzie kto szedł przez schody i usłyszy.
Drapią się po schodach drabiniastych, ciemnych.
— A potem przez okno odrazu na dach, pamiętaj.
Stoją przededrzwiami. Józiek stuka. Cisza. Stuka po raz drugi.
— A tam kto?
— Bzik.
— A czego to po nocy?
— Sikorę[1] niosę.
— Teraz niema nic. Jutro.
— Niech otworzy, do choroby. Przecież sikorą za karty nie zapłacę.
— To jutro.
— Niech otworzy, powiadam. Zwarjowała stara, czy co? Nie chcę, żeby Maślarz widział, że mam. Zobaczy, że będzie żałowała.
Rozlega się zgrzyt klucza, kołatanie zasuwek.
Stara uchyla drzwi, wyciąga przez szparę rękę.
— Dawaj, zobaczę.
Józiek pcha drzwi.
— Nie pchaj się tu.
— Niech się nie boi, nie zjem, bo za stara, za sucha.
Staje we drzwiach otwartych.
Antek chwyta go za rękę.
— Józiek! Józiek! Józiek!
Stara patrzy na Jóźka nieprzytomnym wzrokiem, głosu wydobyć nie może ze ściśniętej gardzieli.
Józiek podaje jej zegarek.
— Wyjdź — szepce stara.
Józiek cofa się. Ona przywala drzwi swoim ciałem, zamyka na klucz.
— No, nie chce brać sikory?
W pokoju rozlega się jakiś łoskot. Józiek ponawia pytanie. Niema odpowiedzi.
Schodzą na podwórze. Są na ulicy. Idą razem kilkadziesiąt kroków.
Antek drży. Szczęki biegają mu. Słychać szczęk tylko zębów. Ręce szukają oparcia.
Nagle Bzik zatrzymuje się. Staje przed Antkiem. Patrzy mu w oczy zimnym, stalowym wzrokiem.
— Kwita z nami — mówi, a oddalając się dodaje — tchórz, rabin uczony!
Znów zbliża się.
— Możesz nie wracać do nas. Już ja ciebie osmaruję przed swoimi. A w drogę mi nie właź, bo...
Nie dokończył. Antek go zrozumiał.
Bzik przeszedł na drugą stronę ulicy, przywitał się z idącym do szulerni „motiakiem“, poszli razem.
Antek stał, oparty o mur. Drżał całem ciałem...
Fanciarkę znaleziono nazajutrz nieżywą. Umarła z przerażenia.
Antek nocował w cyrkule.
Gdy go nazajutrz pytano o miejsce zamieszkania, rzekł:
— Czerniakowska.
Wskazał adres robotnika, dorożkarza, garbatej i Zośki.
„A może go przyjmą?“




Przypisy

  1. Zegarek.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.