Dwa a dwa cztery czyli Piekarz i jego rodzina/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kleofas Fakund Pasternak
Tytuł Dwa a dwa cztéry
czyli
Piekarz i jego rodzina
Wydawca A. Marcinowski
Data wydania 1837
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IX.
PIEKARZ I JEGO RODZINA.
Sam swej niepomyślności ja byłem
kowalem; i licho mi nadało,
leść tu nieproszonemu?
Rusinowska. Pow. Hist z w. xvi.
Józef Ignacy Kraszewski - Dwa a dwa cztery p122.png

Zegar przeciągle wybił dziewiątą i jeszcze sprężyny jego syczały posępnie, jak gniewu ostatki w duszy człowieka powoli się burzące, gdy Ryszard z wlepione mi weń oczyma, stał na środku pokoiku i wpatrywał się w obrót kół powolny, przysłuchując się równym i bezprzestannym tykaniom tego narzędzia. Ręce jego były w tył założone, głowa nieco na piersi pochylona, a włosy spadały w nieładzie na skronie. Ojciec jego siedział z założonemi nogami na kanapie, jedną ręką uderzając ciągle po kolanie, a drugą wodząc po brodzie. Wzrok jego posępny spoczywał w tej chwili na synie. Benisia robiła pończochę przy stoliku, a poruszenie jej białych jak marymoncka mąka paluszków, prędsze, lub powolniejsze było dowodem i oznaką, obojętnych lub silniej zajmujących myśli. Oczy jej były utkwione w pończoszce, ale ich wyraz niezgadzał się wcale z zatrudnieniem, albo raczej obowiązkiem, do jakiego były przeznaczone. Usta miała ściśnione, a biały, prosty czépek przytrzymywał warkocz włosów, nad które pewno i Eurydyka piękniejszych nie miała. Duża chustka pokrywała szyję i ramiona, a z pod niej na bijącém łonie ukazywał się koralowy w złoto oprawny krzyżyk. Pomimo zajmujących ją myśli, które malowały się na twarzy i w pończoszce, bo każcie nieprzyjemne przeczucie zrywało nitkę lub spuszczało oczko, spokojność jednak duszy i prostota przy żywości jej piękną twarzyczkę cechowały. Matka, którąśmy już raz w pierwszym widzieli rozdziale, z miną posępną i nabożną, czytała cóś w księdze przed nią leżącej, przesuwając paciórki swego różańca. Usta przesuwały się zwolna, a ciche szeptanie, mieszało się z odgłosem zegaru, i milczenie panowało wokoło. Ryszard nieprzestawał patrzeć na zegar, ociec stukał ręką po kolanie, Benisia ciągle robiła pończoszkę, a matka kończyła różaniec. Przerwało tę jednostajność wykrzyknienie Ryszarda: — i łańcuch pękł! gdy to wymówił, spuścił oczy, westchnął i usiadł przy ojcu.
— Że też to zawsze swoje głupstwa prawisz, rzekł ojciec, i wiek nawet rozumu z sobą nie przyniósł, co z ciebie będzie Ryszardzie?
Syn mocno zdawał się zamyślony, i nic nie odpowiedział, aż po chwili odezwał się półgłosem.
— Ze mnie nic nie będzie, bo ja krążę w niezmiennej przestrzeni, i utrzymuję ruch nieustanny; to więcej do niczego czasu niémam — ale, dodał, przychodząc niby do siebie, moja dusza już tu będzie niedługo w tém ciele; polecę, ach jak daleko polecę, aż za świat, za nieskończoność i tam upojony boską sfer harmoniją, usnąwszy na jakim planecie, będę z nim obiegał bezustanku stanowiska ciał niebieskich, będę pływał roskosznie wśród ciszy i tak wieki przebędę; ale piekarzem nie będę. Westchnął ociec na te słowa i nieruchomą rękę na kolanach złożył. Benigna westchnęła, matka położyła księgę i różaniec i smutna siadła nad stołem.
— W niczém mi jeszcze Pan Bóg nieposzczęścił, prócz w żonie i córce; a co tylko przedsięwezmę, zaraz licho bierze! ot naprzykład i ten dusigrosz, sknera, tchórz Talarko, w ów czas kiedy najśliczniej jego interessa powiodłem, uciekł z miasta. Interes rządu! tak ważny bardzo! i Pan Talarko nader zdatny, do inspekcyi dróg i mostów! jeszcze żeby go byli zrobili kassyerem, toby przynajmniej był na swojém miejscu, ale tak on zdatny do tego, jak ja na kaznodzieję. Tchórz! fe! brzydki człowiek! formalnie brzydki! ani za trzy grosze odwagi. Proszę! było to zobaczyć jak ja w ostatniej konfenderacyi czy konfuderacyi, bo licho ją wie jak się tam zwała, jak ja mówię dokazywałem. Pamiętam, sześciu drągalów gwałtem mi chciało zabrać mój zapas mąki i pieczywa, i byliby to jak dwa a dwa cztéry zrobili, gdyby nie moja przytomność umysłu. Czy pamiętasz to Jejmość? — Trochę. — Otóż moja Benisiu, słuchajno tylko, a porzuć te dłubanie w pończoszce; jakem się porwał do nieb. Uhu! jednemu twardą bułką rozowego chleba jak dałem w łeb, tak i padł o ziemię; drugiemu i trzeciemu, sitnią mąką oczy zasypałem. Czwartemu żeby niekrzyczał placek wbiłem w gębę, piątemu zagroziłem wielkim piernikiem, tak że drapnął, a szóstemu, o szóstemu to porządnego splatałem figla. Udałem że chcę się pogodzić, prosiłem siedzieć, dałem jeść, a tymczasem lunąłem za kołnierz ciepłej wody! ha, ha, ha! ot kiedy kto to umie; żeby też ich noga później u mnie postała! tu ziewnął Pan Mączka i nową litanią przymiotników i przydomków wysypał na Pana Talarkę. Wprowadził mię w ten interes, wplątał, a potém; narobił wstydu! bodajby w drodze kark skręcił.
— Że też u Jegomościa ani na moment nie obejdzie się bez zaklinania i przeklinania, rzekła Jejmość wstając z kluczykami, co chwila to Pana Boga obrażasz. Ruszenie ramionami było odpowiedzią męża, który zamilkł po tém napomnieniu, i znowu zupełna cichość nastała.
Swiéca paliła się ciemno, a jej migający płomyk rzucał cienie od przedmiotów rozproszonych po pokoju. Myśli Benisi stawały się coraz żywsze, i palce biegały bez ustanku między drótami połyskującemi, i nić coraz prędzej wymykała się z kłębka i oczy mocniej jaśniały i wszystko pękło. Myśli i pończocha ustały. Ryszard siedział ciągle ponury i zamyślony, głowę miał zwieszoną na piersi, a rękami zdawał się układać jakąś machinę, bo niémi na powietrzu wymachiwał. Biedny chłopiec niemiał chwili zupełnie wolnej od myśli stałej (idée fixe), która go dręczyła. Czuły jego umysł i serce, często go skłaniały na łono rodziny i wyganiały ponure myśli, ale przyzwyczajenie, silnie i bezustanku ciągnęło go do myśli o nieprzestannym ruchu, krążeniu planet i harmonii sfer. Tém tylko był zajęty i muzyką, która do tego stopnia zachwycała, iż nie raz sądził się już wśród ulubionych swoich światów, w czystej przestrzeni eteru.


Józef Ignacy Kraszewski - Dwa a dwa cztery p133.png



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.