Czereśniarz i dziewczyna

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Marian Pilot
Tytuł Czereśniarz i dziewczyna
Pochodzenie Panny szczerbate: opowiadania
Wydawca Czytelnik
Data wydania 1962
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


CZEREŚNIARZ I DZIEWCZYNA

I

Z rozbiegu buchnął w bruzdę; leżał przyciszając oddech.
Po zajęczemu uniósł głowę, ostrożnie rozsunął giętkie łodygi żyta. Nie było nic widać, przestraszył się, podpełzł na brzuchu.
Dziewczyna była o cztery kroki, przeraził się, że dojrzy go lub usłyszy. Znów przypadł twarzą do parzącego piachu, ale uniósł się zaraz.
Dziewczyna stała z zadartą głową, przymrużonymi oczyma, patrzyła w górę i grabiami łowiła czereśniową gałąź. Gałąź otrząsała się ruchem nerwowym i krótkim.
Krew szarpała nim, zmuszał się do bezruchu. Obmacywał jej nogi, szare od kurzu stopy, łydki kanciaste od napiętych mięśni, miękko okrągłe kolana. Ślizgał się po udach, gładkich i gorących w jego myśli, bo podciągnięta spódnica odsłaniała ich jasny rąbek tylko. Kurcz zwierał mu zęby, gdy pełzł ręką po jej brzuchu, wypukłym i twardym. Gniótł jej piersi, gryzł usta, ciemne od krwi, darł zrudziałe od słońca włosy. Suchy piach skrzypiał w dłoniach.
Dziewczyna odrzuciła grabie i śpiesznie szarpała czereśnie do rozpostartego fartucha, chwytała je ustami, łyskały jej zwilżone sokiem wargi.
Wiedział, że trzeba podczołgać się jeszcze krok, ale zerwał się i skoczył. Wylądował pół kroku za blisko, w rowie. Podnosząc się, złapał dziewczynę za kolano, sunął dłonią wyżej.
Pisnęła, puściła gałąź, walnęła go pięścią w twarz. Zakiełbiło mu się we łbie, zsunął się na dno rowu. Nie zdążył się podnieść, wrzasnęła:
— Żeby tak cię wszyscy diabli pomacali! Żebyś tak jeszcze dziś zgarbaciał! Zachciało mu się! Łachudra!
Stanął w rowie i gdy tak krzyczała, wyjął z kieszeni słoneczne okulary i powoli wkładał je na nos. Zapomniała mówić, gdy to zobaczyła.
— Żebyś tak wiedziała, co stąd widać — poinformował ją wtedy.
— Widać! — wrzasnęła chrypiąc ze złości. — Akurat, co ci z tego przyjdzie, że widać. O, masz! — zawirowała spódnicą. — Ale się najadł.
— Nadajesz się — zaopiniował. — Zresztą to i z wierzchu widać, bez reklamy.
Klnąc schyliła się po grabie; wtedy wyskoczył i obłapił ją z tyłu. Pozbyła się go jednym szarpnięciem, parsknąwszy śmiechem, poszła sobie.
Patrzył za nią zmiażdżony. Rozłożyła ręce na stylisku opartych o kark grabi i szła sobie powoli, leniwie kołysząc kuprem i biodrami, miękko przeginając się w pasie.

II

Wydawało się, że będzie coś nowego, ale zaraz stało się nudno.
Wszystko było wiadome.
Aleja czereśniowa ciągnie się dwa kilometry; pośrodku jej, na wzgórzu, stoi buda, gdzie można się wyspać; dalej jest zakręt, tam najwięcej kradną; chłopaki ze wsi przychodzą wieczorami, złodzieje nad ranem.
Wszystko jest wiadome.
Baby, roztrząsające siano na łąkach, mają czerwone nogi i białe chustki, nasunięte na oczy. W słoneczne południa na dalekim widnokręgu widać piaszczyste wzgórza, porosłe rzadkimi jałowcami. Na najwyższym z nich stoi drewniana kapliczka, też podobna do jałowca.
O dwunastej dzieciaki pędzą krowy; o czwartej jadą wozy z cegłą. Zaś gdy jedzie autobus, jest szósta rano albo szósta po południu. Kiedy wozami jadą baby opatulone w wielkie chusty, pędzą rowery, brzegiem rowu mężczyźni prowadzą jałówki, jest dzień targowy. Wszystko jest wiadome; cały świat jest wiadomy.
Sokora sypiał z tego wszystkiego. Gdy zaczynało zmierzchać, właził do budy na wzgórzu, zjadał kawał chleba ze smalcem i walił się na swoje wyro. Zasypiał zaraz, budził się o jedenastej następnego dnia: spać to on już umiał. Spałby pewnie jeszcze dłużej, gdyby nie skwar, już przed południem twardy jak podeszwa. Wyłaził, rad nierad, walił się pod co rozłożystym drzewem. Podrzemywał, opędzał się mrówkom, od czasu do czasu brał z leżącej obok czapki garstkę czereśni i łykał je razem z pestkami.
Aż raz przyjechał Fryma, dzierżawca alei, prywatna inicjatywa z Olkowic. Wściekł się, kiedy zobaczył obszarpane drzewa. Pomstował długo, ale w końcu na tym tylko poprzestał, zostawił Sokorę na dawnym miejscu; pewnie dlatego, że Sokora niewiele kosztował. Zostawił mu nawet rower, żeby łatwiej mu było uganiać się za złodziejami.

III

Ta dziewczyna podpadła Sokorze.
„To dupa” — wychwalał ją w duchu. Leżał w rowie i przyglądał się przechodzącym szosą dziewuchom. Gęby miały jak kafle, tyłki jak deski i Sokora ni stąd, ni zowąd poczynał im wymyślać. Ale tamta nie pojawiała się i Sokora od nowa począł spać. W piątek znów przyjechał Fryma; ten jak zwykle wiedział więcej niż wszyscy:
— Tu w niedzielę zabawa będzie, to się pilnuj, pomocnika ci przyślę. Przy zabawie kradną najwięcej.
Nim jeszcze Fryma skończył swoją gadkę, Sokora pomyślał sobie, że nici z pilnowania; pójdzie na tę zabawę. Z radości, że spotka tamtą z grabiami, kogoś tam w sobotę złapał na czereśniach i powlókł do Gromadzkiej Rady.
Dał też sobie uprać koszulę i dwie noce spał na spodniach; a że w niedzielę kanty nie były jak należy, dla elegancji przespał dodatkowo ćwierć dnia. Potem umył się w strudze i uczesał na mokro; żałował, że nie ma brylantyny, ale w końcu i bez tego włosy jakoś leżały.
O mało byłoby z tego nic nie wyszło, bo zaczęło się chmurzyć, a zabawa miała być na łące; nie zjawiał się też pomocnik, co zresztą było najmniejszą biedą. Ale w końcu zabawę przeniesiono do świetlicy, a i pomocnik też przyjechał. Sokora obklął go, marynarkę zarzucił na plecy i poszedł.
Za wstęp płaciło się przy wejściu. Kasjer, wąsacz w czapce straży pożarnej, wydawał resztę z pięćdziesiątki, Sokora tymczasem rozglądał się po sali.
Pośrodku kłębili się tańczący. Pod ścianą, od strony drzwi, tłoczyły się stare kobiety; przyglądające się tańczącym i poszeptujące między sobą. Po drugiej stronie tłum mężczyzn oblegał bufet, a miejscowe znakomitości obcałowywały przy stolikach jakieś interesy.
Sokora zgarnął resztę pieniędzy i począł przepychać się w stronę bufetu. Kupił paczkę „Żeglarzy” i przystanąwszy pod ścianą, zapalił.
„Twardo będzie” — pomyślał sobie. — No, niech! — krzyknął, bo zauważył pod ścianą kilka twarzy uśmiechających się z głupkowatym zadowoleniem. Baby spod ściany trącały się łokciami i poszeptywały, wskazując go sobie brodami.
„No, dobra” — powiedział sobie. Rzucił nie dopalonego papierosa i znów przepchał się do bufetu. Wziął ćwiartkę czystej i wypił ją dwoma haustami wprost z butelki.
Wyszedł na środek sali, pusty teraz, gdy orkiestra nie grała, i poszedł ku dziewczętom, stłoczonym pod oknem. Tamtej pomiędzy nimi nie było. Sokora poszedł wzdłuż stołów. Odnalazł ją przy jednym. Siedziała pośród starszych mężczyzn i kobiet, sztywnych i namaszczonych. Miała czerwoną, połyskującą twarz, piła widać. Obok niej siedział młody łysek, usiłował objąć ją wpół, odtrącała jego rękę.
— Fajno — mruknął Sokora, poszedł ku muzykantom. Mieli właśnie zacząć grać, ale zobaczywszy go, odłożyli instrumenty.
— Coś od ściany do ściany, panowie muzyka! — zarządził.
Zagrali polkę. Sokora ukłonił się tamtej przez stół. Patrzyła na niego z uśmieszkiem.
— No — warknął Sokora.
Podniosła się.
— Nie przyszłaś — syknął.
Wydęła usta:
— Po co? Żebyś mnie do sołtysa zaprowadził?
Objął ją mocno, szarpnął w taniec. Poczęli wirować szybko, szybko, co chwila potrącając kogoś w rozpędzie i nie zauważając tego. Ludziom poczęły się wysnuwać z głów, brzuchów, rąk niezliczone białe nici i owijać się wokół nich jak wokół szpulek.
— Twardziocha jesteś! — krzyknął jej.
Orkiestra przestała już grać; dziewczyna chciała odejść, złapał ją za ręce.
— Gdzie idziesz? Podobasz mi się.
— A ty mnie nie.
— Nie szkodzi. Spodobam się potem.
— Takiś pewny? Jak się za ciebie zaraz wezmę, to własnej matce przestaniesz się podobać.
— Ja? Niech no który... Orkiestra!
Muzykanci usłuchali.
— Co to za kocur kręci się koło ciebie?
— Dużo ci do tego?
— Mnie, jak mnie, ale jemu. Dokształcę go, jak się nie odwali.
— Co byście nie powiedzieli, patrzcie! — dziwiła się szyderczo.
Nagle ktoś trącił go w plecy. Dziewczyna zaśmiała się.
— No, widzisz, dopraszają się do ciebie. Wiej.
— Ano, zobaczy się.
— Wiej, mówię ci. Uciekaj! — szarpnęła go za rękę. — Zakatrupią cię, uciekaj!
— Ba, a przyjdziesz?
— Uciekaj, mówię ci, uciekaj.
— A gówno. Przyjdziesz?
Orkiestra przestała nagle grać; kątem oka Sokora zobaczył, jak wodzirej chowa skrzypce do futerału.
Przed Sokorą stał tęgi drągal w kraciastej koszuli z podwiniętymi rękawami. Pochylił się nad Sokorą i położył mu ręce na ramionach.
— Łapki, przyjacielu — łagodnie rzekł mu Sokora.
— Że co? — chichnął drągal. Wokół niego buchnął śmiech. Zdjął rękę z ramienia Sokory i zamierzył się, ale w tej chwili Sokora odskoczył, skurczył się, buchnął go głową, w brzuch i uskoczył w bok. Potoczył się, oparł o filar. Odwrócił się natychmiast, ktoś go trzasnął w zęby. Zamachnął się na oślep pięścią. Ktoś wrzasnął: więc dobrze. Otrzeźwiał. W czyjejś ręce błysnęła butelka, wyszarpnął ją i walnął nią w naftową lampę. W ciemności skoczył szczupakiem ku drzwiom, zwalił kogoś z nóg, przejechał się po czyimś brzuchu, wyskoczył na dwór, ile siły ruszył w stronę swojej budy. Gnali za nim; nie umiał sobie powiedzieć, ilu ich było, ale było wielu. Wrzeszczeli z początku, potem słyszał już tylko ich zdyszane oddechy.
„Kijowo” — myślało mu się. Schylił się po jakiś kamień, rzucił nim w biegnących. Ktoś zakrzyczał, inni zajazgotali wściekle. Coś zafurczało w powietrzu. Nawet nie poczuł bólu, spotniał tylko i osłabł jak w rzymskiej łaźni. Ułomek sztachety przez sekundę tkwił w udzie, potem omsknął się na ziemię. Ostatkiem sił uskoczył w bok, w zboże. Słaniał się, mokre żyto kleiło się do kolan, chlastało rozpaloną twarz.
Tamci biegli jego śladem; naokół świstały kamienie i plaskały sztachety.
„Koniec” — pomyślał. Wypadł na jakąś miedzę i pędził pojękując. Potem już tylko szedł, zrywając się od czasu do czasu do biegu. Biegł tak długo i nie zauważył nawet chwili, w której pozostał sam.

IV

Milcząc leżeli obok siebie.
Nadchodził deszcz, szumiał, jakby cicho nadjeżdżała ciężarówka. Gdzieś daleko pogrzmiewało niemowlęco.
Leniwie gładził jej uda, brzuch, gdzie skóra była jak miękka trawa, piersi ostre i wypukłe jak różki młodej kozy.
— Baba z ciebie — powiedział. Nie odpowiedziała. Po chwili odsunęła się, domyślił się, że się ubiera.
— Dokąd? — zapytał. Odszukał ją w ciemności i z powrotem przyciągnął do siebie.
— Zimno — mruknęła — i wstyd.
— Już po wstydzie — zaśmiał się i klepnął ją w udo.
— Jakiś to ty — powiedziała nieokreślenie.
Pojął to pochwalnie:
— Ba! Pewnie. W niejednym miejscu się było, robi się, co chce. Chcę — leżę do góry brzuchem, a jak chcę, to jadę na koniec świata. Jak się chce. Tam też byłem.
— E — zwątpiła. — Tam?
— A co ty myślisz? Mówię ci przecież, jaki jestem: chcę, to robię to, a jak chcę — to robię tamto.
— Ale przecież strzegą.
— Pewnie, i to jeszcze jak! Ale powiedz sama, gdzie to ja się nie dostanę? Jeszcze jak się ma takiego kumpla, że tylko z nim o północy na cmentarz... To wtedy w maju było, księżyc świeci — a my nic! Twardo... I mówię ci, ani drgnęli, takeśmy fajnie to zrobili. Odpoczęliśmy sobie trochę po tamtej stronie — i dalej marsz! Najgorzej to było z gadaniem... Ale nic, jak się jeść chciało, to my nic, tylko do chałupy — a tam nie takie chałupy, ho ho! — i nic, tylko „essen”. A oni gęby rozdziawiają i mówią: „Was? Essen?” A my nic, tylko „essen”. Dawali nam jak diabli. Dopiero na końcu nas capnęli.
— Capnęli?
— No, na tej drugiej granicy... Do mamra wsypali.
— A jak tam było, za granicą?
— Kiedy ci mówię, na granicy nas capnęli. A przedtem to było jak u nas, może tam trochę inaczej...
— A... — rozczarowała się.
— A jak będę chciał, to pójdę sobie i tam. Zawsze robię to, co chcę.
— Lepiej nie chodź.
— Czemu?
— A tak...
— Ech, ty — krzyknął i połaskotał ją.
— Ale ja muszę już iść.
Słońce nie wzeszło jeszcze, powietrze jest chłodne i szare, ale mrok taje z każdą sekundą. Na drutach telegraficznych wisi rosa drobna jak ziarenka pszenicy. Daleki las rysuje się wyraźnie jak deseń mrozu na szybie, wiatr ostro pachnie świeżo rozkwitłym głogiem. Szeleszczą skrzydłami wrony, chmarą krążące nad czereśniami.
— Fajno jest — powiada Sokora.
Do wielkiej puszki po marmoladzie kładzie pecynkę karbidu, zamyka ją szczelnie, przez dziurkę wlewa odrobinę wody, po chwili przykłada do dziurki zapaloną zapałkę. Dekiel z hukiem wylatuje w powietrze. Chmara wron zrywa się z czereśni.
— Fajno jest — powiada Sokora.
— To ja już chyba pójdę — mówi dziewczyna szeptem i poczyna biec miedzą.
— Przyjdziesz! — krzyczy Sokora i śmieje się głośno.

V

Odtąd byli ze sobą każdą noc. Przychodziła o północy, zmęczona, pachnąca sianem i mlekiem. Nie śpiąc prawie, leżeli do świtu. Sokora zwykle coś gadał.
O tym, jak w więzieniu siedział. O tym, jak to w kopalni robił. Albo jak na statek chciał się dostać, ale go nie puścili, więc w stoczni pracował. Jak odechciało mu się morza i do matki przywędrował sobie na wywczasy.
— Jakiś ty — szeptała, a on jeszcze więcej mówił.
Czasami jeździł rowerem. Dynamo burczało jak rój chrabąszczy, łagodnie szumiały opony, Staśka śmiała się cicho.
Nocy im brakowało, przylatywała w południe; chodzili w zboże, tarzali się po miedzach, w gorącym piachu, spotniali, pokąsani przez mrówki. Pięć razy na dzień jeździła teraz do sklepu po sprawunki, jechała jak wiatr, udawała, że go nie poznaje, uśmiechała się do niego ustami, rozdygotanymi piersiami, śmigiem nóg.
Ściągał ją, skoro tylko się udawało, z roweru, szli w zboże. Wszyscy już o tym wiedzieli; chłopaki ze wsi, przejeżdżający rowerami, ze śmiechem pozdrawiali go od niej, a stare baby patrzyły na niego ze zgrozą.
Sokora z pogardą strzykał śliną.
A Stacha coraz częściej przychodziła posiniaczona.
— Oj, jak tata biją... Wiedzą wszystko.
— Chcesz, dam w mordę i będzie spokój.
— Oj, co ty, no, co ty? I tak jest dobrze, wszystko jest dobrze.
Sokora wzruszał ramionami i wszystko było dobrze.
Któregoś popołudnia leżał jak zwykle w cieniu i łykał czereśnie z pestkami, bo nie chciało mu się ich wypluwać. Patrzył, jak szosą szedł samotny człowiek; spod jego laski podnosiły się tumany kurzu. Człowiek był chudy i miał wielkie, miotlaste wąsy. Sokora chciał już coś uszczypliwego krzyknąć, ale zauważył, że wąsaty idzie w jego stronę.
— Coś ty z nią zrobił? — krzyknął przystając. — Co?
— Nie denerwuj się, stary — rzekł Sokora. — Spaliłaby się i jaki pożytek?
— Łeb rozwalę — krzyknął wąsaty. — Łeb rozwalę!
— Dalibyście lepiej zapalić — rzekł Sokora.
Stary wyrzucił z kieszeni jednego papierosa i przysiadł w rowie obok Sokory.
— Chłopie kochany — powiedział. — Rób ty sobie, co chcesz, ale zostaw mi dziewuchę. Masz tam swoje, ona nie dla ciebie.
— Gadanie — mruknął Sokora.
Wąsaty zapalił nowego papierosa, potem przywołał któregoś z chłopaków, kręcących się po szosie na rowerze, i posłał do spółdzielni po ćwiartkę.
Kiedy już pociągali, stary rzekł:
— Ja to bym nie pomyślał, żeś ty taki. Czy to aby jedna tylko cię chce? Bo to ja za chłopaka...
— Akurat coś wy tam wiecie...
— No, mów ta sobie, co chcesz, ale chłopaki się nabijają.
— Phi, tam! Chcecie, to o pół litra: jutro na tym miejscu — Sokora uderzył pięścią o ziemię — będzie nowa!
— No...
Ścisnęli sobie ręce, a potem stary Staśki poszedł, tyle że na koniec jeszcze jedną ćwiartkę postawił.
Wieczorem przyszła Staśka.
— Czego chcesz? — powiedział Sokora. — Czego, no?
— Bronek! — powiedziała z przestrachem.
— Nie chce mi się, no, wiesz? Nie chce mi się — krzyknął i wybuchnął śmiechem.
Odwróciła się i pobiegła miedzą. Popatrzył za nią, a potem wlazł do budy i chciał spać; ale nie spało się. Za to kiedy zasnął, to spał aż za południe, a i potem nie chciało mu się wyleźć z budy.
Wieczorem obudził go Fryma. Kazał mu się wynosić. Sokora zachichotał, związał koszulę w węzełek i poszedł szosą ku miasteczku. Kiedy był już na pagórku, odwrócił się, popatrzył na wieś i czereśnie. Patrzył długo, bo zdawało mu się, że coś tam zapomniał. Przeszukał kieszenie, ale niczego nie brakowało. Ruszył dalej.



Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.