Rapt

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Marian Pilot
Tytuł Rapt
Pochodzenie Panny szczerbate: opowiadania
Wydawca Czytelnik
Data wydania 1962
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


RAPT

Moje sądy sprawują inni, mojej kobiety imają się inni, moje życie żyją inni — myślał, zębami, rękami, nogami wcapierzony w pierzynę, rozparzoną jego ciałem, pachnącą pleśnią i zbutwieliną. — Aby moje strapienia mi się ostały — myślał. — Jakby z octu scedził kto najmocniej gorzkie, jakby z ziarnka piołunu wyłuskał najbardziej piołunowe jądro...
Motory salwą strzeliły za oknem. Podźwignął się, potem, zapadając z powrotem w wilgotną gorącość pierzyny, widział jeszcze skrawkiem oka, jak mijają furtkę i zaraz za nią ruszają pełnym gazem.
— Nie! — powiedział, tak samo niepotrzebnie, jak wtedy, gdy stali przy drzwiach, nie siadali: — mowę — mówili — mamy krótką, nie warto. — Mowę mieli krótką, stali i czekali na niego; jego mowa była też krótka.
— Nie. Nie pojadę nigdzie. Nie macie jechać. Nie.
Taka była jego mowa, jasna, krótka, ale oni stali ciągle, jakby jeszcze nic im nie powiedział, chociaż przecież wysłowił się ze wszystkiego, co miał do powiedzenia; stali i wiedział, że powinien powiedzieć tak, żeby zrozumieli wszystko do końca i od razu. Zaczął myśleć o tym słowie, które należało powiedzieć, nie znajdował go; więc może, myślał sobie dalej, to, co należało powiedzieć, nie do powiedzenia, a może też i nie do pomyślenia i zrozumienia było.
— Nie — mruknął po tym, jak tak długo stał i myślał, a oni tak samo stali i czekali. Ale to aby umiał im powiedzieć, nie, słowo, jakie mówi się małemu dziecku, choć i do niego lepiej tak się nie odzywać. Tamci jeszcze postali i zaczęli, Henio Klej zaczął od początku, jakby pomyślało im się, że to, co powiedzieli przedtem, on nie całkiem dosłyszał albo nawet wcale to do niego nie doszło i przez to mówił to „nie”, a potem jeszcze raz, po namyśle, „nie”.
— Grzyb, jakbyś nie był chłop z jajami, tak się do sprawy dobierasz. Takiemu kasprusiowi się dać, takiemu kopyślawemu, że też ta ci nie wstyd. Jakbyś to nie wiedział, gdzie są, że tu zaraz są. Strach samemu ci iść — z nami idź, po to my i przyszli do ciebie. Janusz „Jawę” ma jak byka, z koszem, za dwadzieścia minut będziemy w mieście, z powrotem też za dwadzieścia. No, Grzyb.
— Nie — powiedział, jak jeszcze raz cierpliwie posłuchał tego i jeszcze raz, ile mógł, się zastanowił, choć od początku tego zastanawiania wiedział, że ile by nie myślał, to i tak powie — nie, choć jak tak myślał, to równocześnie wydawało mu się niepojęte i dziwował się sobie i temu, że tak umie mówić „nie”, i już może zawczasu wiedzieć to, że po minucie czy dwu to właśnie słowo wypowie.
— Grzyb, to my sami pojedziemy — powiedział Henio Klej. — Śmieją się wszędzie, na zabawie się śmieją. „To z waszej wsi — pytają — ten Grzyb?” I się śmieją. Sami pojedziemy.
— Nie! — krzyknął, w nim krzyknęło, wystraszył się tak, jak wtedy, gdy był brzdącem całkiem małym i pierwszy raz zobaczył kominiarza, którym przedtem wszyscy go straszyli. Henio Klej popatrzył, palcem prztyknął w swój zielony baniak.
— Nie ma co, chłopaki, lecimy.
Nie powiedział już nic, choć wiedział, że zrobią tak, jak mówią, i bał się tego; ale i wiedział, że mówić nie ma co, bo i tak nie ścierpią, pojadą. On sam by pojechał, gdyby to chodziło o kogo innego, pojechałby i wtedy, gdyby to chodziło o niego — innego, takiego, jakim był, a jakim być przestał, a może w ogóle nigdy nie był, skoro teraz był całkiem kim innym.
Obejrzał się na zegar; minęło pięć minut i tamci ujechali jakie ćwierć drogi, jeśli wszystkim silniki grają jak należy i jeśli nie jadą powoli, gadając o nim, próbując skapować się, czemu nie chce, palcem nawet nie ruszył od dwóch miesięcy, od czasu, jak to się stało.

— Zdziadział — woła Franek Biegański.
— Zepsiał — przydaje Franek Sokołów.
— Jakby chłopu co zadali.
— Jak tamta pokraka do domu mu wlazła, tak poszło.

Wsadził rękę do kieszeni, wyłuskał zgniecioną paczkę papierosów, wyciągnął jednego, wygładził w palcach, zapalił, ciągnął długo, czadził się dymem.
...wiodło im się nieźle, żeby Boga i ludzi nie obrażać, całkiem nawet dobrze. Ziemi nie mieli wiele, ale on, Grzyb, ręce miał do wszystkiego, a już do motorów taki szwung, że byle który mechanik z miasta nie mógł się z nim łatwo mierzyć. Przegadać go tam mógł, nigdy Grzyb gadatliwy nie był, jak co się w motorze nazywa, nie wiedział, ale jak już rękę przyłożył, to do tego właśnie, do czego było trzeba. Dawno jeszcze, przedtem, nim ludziom we wsi śniło się o takich rzeczach, starą młocarnię kupił, klamota takiego, że dwa razy się po drodze rozwalał, nim go do wsi dowieźli. Ludzie śmieli się jak na jasełkach, kiedy diabeł złą duszę do piekła bierze, a on, Grzyb, nie mówił ani słowa, za reperację się wziął i taką maszynę z tego klamota zrobił, że potem młócił nią w całej wsi. Kupił potem psim swędem traktor, starego Lanza, części do niego pozbierał z całego świata i znów maszyna chodziła.
Tak było, aż jednego dnia Okrop zagadnął go pod kościołem. Chłopa tego zawsze żałował — zaczął budować dom — to zaraz kobieta zmarła na suchoty, potem najstarszemu chłopakowi coś się w nogi stało, w te pędy zabrali go do szpitala, nie był nawet na pogrzebie matki. Lat parę od tego czasu minęło, ale jemu, Grzybowi, stale było szkoda tego chłopa; nawet za młockę od niego nie tę cenę brał, miał do niego miękkie serce.
— Słuchaj, Grzyb — powiedział mu wtedy Okrop pod kościołem. — Puścili mojego ze szpitala, całkiem zdrowy łobuz, tyle że o krykach. Przez to nie pociecha z niego u mnie w gospodarce, za pługiem ci nie pójdzie, ledwie krowę wydoi, a co to za robota dla takiego chłopa? A do maszyn, motorów ma ciąg. „Konie byś sprzedał, traktor kupił, ojciec” — powiada mi raz. To mi tak do głowy przyszło, że może byś ty, Grzyb, do siebie na pomocnika go wziął...
— Co ta ja — zakłopotał się wtedy Grzyb.
— Płacić ta mu nie trzeba, jeszcze ci dopłacę, jakby już do tego przyszło. Pomagier ci się przyda, Grzyb, zawsze co popchnie, niepodobna, żeby się nie przydał, do maszyn ma ciąg...
Zgodził się wtedy, a potem kobiecie w domu bał się powiedzieć o tej ugodzie, wszystko wyszło dopiero drugiego dnia, jak ten Okropów przyszedł. Skoro świt przyszedł, ledwo Grzyb wstał i na podwórko wyszedł, już go widział idącego. Poznał go po krykach, a potem, jak był bliżej, po głowie, całą ją miał w strączkach, w lokach, to już było u Okropów w rodzinie. Tylko stary wyliniał ze zmartwiochy.
Ręce miał chłopak jak te włosy, miękkie, wiedzieć mógł tylko sam Bóg, co robić można takimi rękami. Bo nie pchać ich w motor albo łapać się za jakie ślusarzenie. Grzebał wtedy właśnie Grzyb przy Zetorku coś, posadził tego Okropów Wojtka na gnatku do rąbania drzewa i kazał mu się przyglądać. Usłuchany był, siadł, ale nie wytrzymał długo, polazł do maszyny, do wszystkiego przykładał te swoje ręce spod pierzyny. Dużo tam z tego wszystkiego nie rozumiał, ale pchał się, czasami nawet z tego wszystkiego zapominał o swoich krykach, gębą w piach grzmocił, tak traktor obiegał. Cug miał, widać było, że podchodzić będzie do roboty, nawet z tymi swoimi kulasami.
Do późna wtedy, tamtego dnia, robili, a następnego Wojtek znów o świcie przyleciał, akuratnie.

Z płóciennego woreczka z twarogiem, przywieszonego do kulki szuflady od stołu, skapywała do wiadra serwatka. Cykanie ustało, Grzyb zataił oddech: to było, jakby przerwało się coś ogromnie ważnego. Czekał, podźwignąwszy się, niewygodnie wpółleżąc na biodrze, ciało przez tę niewygodę też brało udział w czekaniu.

Gnali teraz szosą przez las i nie widzieli nic, ani lasu, ani siebie, ani nawet szosy, chyba że przeleciała im przed nosem wiewiórka, nie, wiewiórka nie, zgnietliby ją w pędzie, rogacz jaki albo sarna, co dwoma wysokimi skokami przesadza drogę. Zatrzymują się, zwierzę wytrąca ich z jazdy głupiej, na jaką puszczają się chłopaki tak głupie, jak Henio Klej i jego kumple, jeszcze głupsi, tacy, co to nawet na zabawie nie wiedzą, komu trzeba w mordę i dopytują się o to Henia Kleja.
— Patrzcie ją, no! — z uznaniem spluwa Henio Klej.
— Ma ten skok.
— Niejeden będzie miał dzisiaj jeszcze lepszy skok.
Tak gadają i zapalają papierosy, i jeszcze o tych skokach. I jeszcze mówią, że niedołęga, bez jaj, zdziadziało mu się ze szczętem. Pomału znów ruszą...

Serwatka cyknęła nagląco, śpiesznie. Odetchnął, szeroko rozwalił się na łóżku.

Kobieta obchodziła go z początku z daleka, patrzyła, jak na swoich krykach skacze dookoła, wali się, jak zwykle, na gębę, potknąwszy się o jakiś kawał drzewa, mutrę rzuconą w trawę, wstaje zaraz, śmieje się na cały głos, że tak na gębę grzmotnął, śmieje się, jakby to koziołkował w cyrku.
— Biedota chłopak — powiedziała raz wieczorem.
— Robotny — powiedział on, Grzyb.
— Ano, musi się takie za coś w życiu chwytać.
Tak wtedy gadali i potem też nie więcej; tyle że kobieta, jak roboty mieli dużo, wołała go na obiad, żeby nie musiał przez całą wieś lecieć do ojca na te kartofle z polewką. Jedli, a kopyślawy opowiadał kobiecie, jak to było, jak leżał w szpitalu. Fajnie było, opowiadał, kobieta śmiała się, powiedziała:
— Ta zaś tak słodko nie musiało ci być, nie.
A Wojtek powiedział:
— Ale teraz jest.
Kobieta zapytała:
— Od czego ci tak słodko — a chłopak nie odpowiedział.
Tyle było mowy albo tyle tylko z tej mowy pamiętał. Potem chłopak już częściej zostawał na obiedzie, bo kobieta mówiła, że nie warto, żeby na swoich krykach kuśtykał do ojca na te kartofle z polewką. Tak mówiła kobieta, a on się nie sprzeciwiał, bo to, co chłopak robił, warte było jedzenia, które kobieta przyrządzała pomiędzy jedną jaką swoją robotą i drugą.
Robotny był; nie było co przy maszynach majsterkować, to drzewo rąbał, co tam zresztą pod rękę podeszło, popychał, raz nawet, pamiętał, wziął się za obieranie kartofli. Robił jak najęty, jak to się mówi; to i obiad mu się należał. Chętnie go zresztą widzieli, gęba mu się nie zamykała przy najlepszym jedzeniu, gadał a gadał, nie o szpitalu, to o czym innym, kobieta śmiała się, on sam się uśmiechał.

Doszedł go szum motoru, poderwał się ku oknu. Motor pędził ostro, nie dojrzał już motocyklisty, mignęła mu tylko dziewucha na tylnym siedzeniu, cała w kolisku halek i spódnic.

Wjeżdżali do miasta. Szlaban był zamknięty, więc pociskając klaksony czekali, aż przesunie się długi pociąg towarowy. Szlaban unosi się, jadą ławą, uliczka nie mieści ich, niektórzy zatrzymują się, ciągną z tyłu. Motory grzechoczą ogłuszająco, miastowi ciekawie podchodzą do okien, mężczyźni, kobiety, dziewuchy. Jadą, wysoko unosząc głowy w kolorowych baniakach, śmieją się, mówią coś do siebie, przekrzykują jazgot maszyn. Na pełnym gazie okrążają Kurzy Rynek, przystają przy budce z piwem. Gaszą motory, zdejmują kaski. Oparci o parapet budki piją porter małymi łykami, nie mówią nic. Chyba że któryś zapyta:
— Gdzie to... wiesz?
— Ehe... — powiada Henio Klej.

Ścienny zegar wykwakuje godzinę czwartą.

Tak było. Aż jednego dnia, kiedy młócili u Kalichów, zaczął szwankować pas transmisyjny. Poszedł wtedy Wojtek po drugi i nie wracał. Wściekły, siadł na rower i pojechał za nim. Na podwórku go nie było. Wszedł do izby, w piecu palił się ogień, bulgotała woda w wielkim saganie z kartoflami dla świń, kobiety nie było. Zawołał, nic.
Przystawił sobie drabinę do szczytu stodoły i wszedł na stryszek, gdzieś na sianie musiał leżeć ten zapasowy pas. Znalazł go, rozplątywał, potem zaczął zwijać. Machając tak rękami, patrzył z góry na gumno, potem na sąsiek. Kiedy zauważył, mało co, a byłby skoczył. Wyszarpnął z siana jakiś drąg, miał już śmignąć nim — ale stał, nie krzyknął nawet, stał i patrzył w oszołomieniu i ogłupieniu na tych dwoje na dole, swoją kobietę i tego chłopaka, którego wziął do swojego domu i swojej roboty. Patrzył na niego, pokrakę, jego uschnięte nogi pomiędzy pękatymi girami jego kobiety, i te dwie kryki, które ześlizgiwały się ze snopka. Patrzył, a potem cicho zszedł po drabinie, siadł na rower, uciekł. Robił wszystko swoje, a kiedy chłopak wrócił, dalej robił, nie umiał mu słowa powiedzieć, więc jeszcze bardziej robił. Nie żeby nic nie miał do powiedzenia, ale że powiedzieć nie umiał.

Schylił się i spod łóżka wyciągnął żelazko. Wieko otwarło się i ze środka sypnął się popiół. Zatrzasnął je i z wściekłością wepchnął z powrotem, z takim rozmachem, że aż grzmotnęło o ścianę. Słyszał potem osypujący się tynk.

— Tu — mówi Henio Klej. Hamują nagle, motory zarzucają. Zsiadają i wąską furtką kolejno wchodzą na budowę. Kurduplasty stróż wyłazi z budki, gada coś, wymachuje rękami. Henio Klej do niego z góry:
— Gdzie tu ten kopyślawy?
— Tam — pokazuje ten kurdupel i uspokaja się, nie idzie dalej za nimi. Podchodzą do drzwi baraku, który im wskazał, stoją chwilę, potem Henio Klej otwiera drzwi.
Tamci są w izbie, w której prócz nich niewiele co jest, stół, łóżko, na którym leżą łachy, bo szafy już nie ma. Tak że właściwie to naprawdę oni dwoje tylko są w izbie: żadne z nich nie mówi nic, oboje wstają, patrzą na wchodzących, patrzą i nie rozumieją, choć właściwie rozumieją wszystko, ale strach im pojąć do końca.

Wyłuskany z paczki papieros wysuwa mu się spomiędzy palców na ziemię. Schyla się po niego; palce napotykają na drzazgi podłogi. Wyciąga z kieszeni innego papierosa.

Nocą leżeli w łóżku w milczeniu. Myślał ciągle o tym, co sobie postanowił. Aż zwalił się na nią bez słowa, nie umiałby zresztą powiedzieć nic, gdyby nawet chciał, obmacywał jej ciało drapieżnie, ale i rozważnie, z dociekliwością człowieka, który musi wiedzieć.
Leżał potem obok niej, jakoś szczęśliwy, jakoś równocześnie nieszczęśliwy, bezradny zupełnie i ostatecznie. Nie zrobi nic, wiedział. Cokolwiek się stanie, nie zrobi nic; z tego powodu był nieszczęśliwy. Ale wiedział też, że to stało się poza jego władzą, poza obszarem, który był w jego zasięgu: o tyle był szczęśliwy. Leżał tak, myśląc, a potem, gdy już to wszystko pomyślał, przyszło mu do głowy pytanie, jak to się stało, że ON mógł tak pomyśleć. Że mógł uwolnić tę kobietę od wszelkiej winy na mocy czegoś, co nie tylko nie było prawem, ale nawet myślą dowiedzioną do końca, mdłym ledwie jej przeczuciem; i że on, jak ten ostatni, zaniechał wszystkiego, co z pełnym prawem mógł (a i powinien) uczynić: wywlec teraz tę kobietę z łóżka, skopać, wygnać z domu. Do reszty przetrącić tamtemu kulasowi kryki.
Wiedział, nie zrobi tego, nie będzie umiał i mógł, i przejmowała go zgroza i współczucie dla samego siebie. I nie mógł osądzić, czy jest poniżej, czy ponad swoje prawo — tak słaby, że nie może mu sprostać, czy też silny, że może je ominąć: i wiedział, że jest jedno i drugie: ale i tak nie umiał nic uczynić. Patrzył potem codziennie na nich, swoją kobietę i kulawego. I nie mógł. Chciał iść do spowiedzi, ale nie poszedł, wiedział, że potem też nie będzie mógł.

Podniósł się z łóżka, siadł przy stole nad talerzem z resztkami jadła.

Stoją sobie naprzeciw.
— Ty kurwo — mówi Heniek i śmieje się. Jego kumple śmieją się razem z nim.
Ten na krykach robi dwa kroki w przód.
— Odejdźcie stąd, Heniek, odejdźcie stąd. Nie macie tu czego szukać.
— Dobra — powiada Heniek. — Tyle że pójdziemy stąd z tą twoją. Mów jej, żeby szła z nami.
Kobieta patrzy na nich. Nie mówi nic.
— No co? Nie idziesz z nami? Twój chłop chce ci powiedzieć „dzień dobry”.
— Idźcie stąd — krzyczy kulawy. — Wynocha stąd.
Heniek podchodzi do kobiety i dotyka jej ramienia. Kobieta wali go pięścią w gębę.
— Za smarkaty żeś, żebyś miał mi co mówić.
— Do kurw nigdy żem nie był za młody — mówi Heniek, a tamci rechoczą.
Kulawy napina się nagle, jego kryka furkocze w powietrzu i wali się na łeb Heńka. On krzyczy, tamci doskakują do kulasa przez stół, zwalają go na ziemię, grzmocą go pięściami, potem nogami, ucichłego. Zostawiają go tak i biegną do Heńka, który szamoce się z kobietą.
— Zostawcie mnie! — krzyczy ona. — Zostawcie.
Wczepiają się w jej kudły i wyrzucają za drzwi. Nie ucieka; z powrotem drze się do izby. Wykręcają jej ręce i przez podwórze wloką do bramy.

Siedzi przy stole i koniuszkami wskazujących palców usiłuje z obu stron dotknąć brzegu talerza. Nie udaje mu się zgrać ruchów, raz jednym, raz drugim paluchem dziabie w skraj talerza, skorupa przechyla się i dygocze, hula po stole w grzechotliwym tańcu.

Nic im nie powiedział, jemu ani jej, swojej kobiecie. Nie mógł, i to było tak dziwne, ten strach i niemoc, tak sprzeczne z tym, co sobie dotychczas zawsze myślał i kim dotychczas, jak mu się zdawało, był. Kiedy tak patrzył teraz na siebie, zdawał się sobie być podobny któremuś z tych motorów, którym wystarczy odjąć najmniejszą jakąś muterkę, by były na nic. Ale może to tak też nie było: bo nie umiał siebie naprawić, nie umiał nic zrobić nawet wtedy, gdy na stole zamiast obiadu zastał parę słów, nagryzmolonych na torebce od cukru: „Ja żem poszła sobie. Nie pomstuj na mnie.” Pomyślał sobie wtedy o Bogu: że widać on tak chce; ale to nie było tak, wiedział. Było tak, jak on, Grzyb, chciał. I chociaż zawsze był robotnym człowiekiem, teraz czasami, w jakichś sekundach, cieszyło go to, czego nie uczynił, choć to było naprzeciw wszystkiemu naokoło, a już najmocniej przeciw niemu samemu.

Mroczniało. Siedział ciągle przy stole, z łokciami wpartymi w blat. Siedział tak i wtedy, kiedy zagrzechotały i zgasły nagle motory, i potem, kiedy drzwi otworzyły się i na próg opadło coś bezwładnego jak rozwiązany tłumok.
Chrząknął. Chciał coś powiedzieć. Nie umiał.



Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.