Czarownik w opałach

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Czarownik w opałach
Pochodzenie Najwyższy lot
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1935
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


CZAROWNIK W OPAŁACH.

Kapitan Rokicki i porucznik Powała-Leszczyński sunęli na czele niewielkiego oddziału konnych strzelców.
Kapitan nie mógł ukryć troski na ogorzałej twarzy. Dostał rozkaz nabycia od chłopów owsa dla koni i prowjantów dla ludzi i to go dręczyło.
Nie było to łatwe do wykonania, bo Poleszuki, podjudzani przez bolszewików, hardo się trzymali, starannie ukrywając po lasach i bagnistych kępach wszelkie zapasy żywności.
— Bez strzelania się nie obejdzie... — mruknął, zwracając się do porucznika.
Powała wzruszył ramionami i spokojnie odparł:
— Tyle się strzelało już na tej wojnie, to postrzelamy sobie jeszcze trochę.
— Wiecie, przecież, że dowództwo zaleca dobre stosunki z ludnością! — zawołał niecierpliwym głosem kapitan.
— Zaczniemy po dobremu — odpowiedział porucznik — a, gdy już nic nie pomoże, sami weźmiemy, a pieniądze wójtowi włożymy za pazuchę.
— Wtedy zaczną strzelać!
— Jak oni zaczną, to my skończymy — uśmiechał się Powała. — Owies i prowjant musimy dostarczyć, bo w pułku głód...
Rozmowa się urwała.
Konie człapały po rozmiękłej drodze, z trudem wyciągając kopyta z błota i co chwila wpadając w wykroty.
Przed zachodem słońca oficerowie ujrzeli dużą wieś.
Już zdaleka spostrzegli, jak chłopi biegali w popłochu, wynosili dobytek z chat i pędzili w stronę lasu.
— Widzę, że żywność mają Poleszuki — zauważył Powała.
Kapitan spojrzał na mówiącego.
Twarz porucznika pozostawała spokojną i, jak zwykle wesołemi błyskami jaśniało zdrowe oko, a drugie — sztuczne i nieruchome patrzyło przed siebie z zimnym uporem.
Zjechawszy ze stromego brzegu i przeprawiwszy się przez dość głęboką rzeczkę, oddział wjechał do wsi.
— Zawołać do mnie wójta lub sołtysa! — krzyknął kapitan do wyglądających z poza płotu chłopaków.
Wkrótce stary Poleszuk o powichrzonej, kołtuniastej czuprynie i zbitej w dwa kłaki brodzie, stał przed oficerami. Spoglądał spodełba nieufnym wzrokiem, miętosząc w ręku baranią czapkę.
— Chcemy kupić owsa dla koni i żywności dla ludzi — rzekł kapitan.
— Nijakiej żywności nie mamy, panie oficerze — odburknął wójt. — Sami głodem przymieramy...
Długo przekonywał i namawiał go kapitan, aż zniecierpliwiony zawołał:
— Pamiętaj, chłopie, że jak sami szukać zaczniemy, a znajdziemy — nie będę wtedy z tobą długo gadał.
— Jak chcecie... — mruknął stary, rzucając ukośne spojrzenie na zbiegających się zewsząd chłopów.
— Jeżeli dowiem się, że ukryliście żywność, będę was miał za wrogów Polski i za przyjaciół bolszewików. A wiecie co was za to czeka? — podniósłszy się na strzemionach, mówił kapitan i groźnie zmarszczył brwi.
Chłopi milczeli, ponuro patrząc w ziemię.
Kapitan się wahał. Nie lubili bowiem oficerowie przemocą zabierać ludności potrzebnych dla wojska zapasów i rzeczy, nawet wtedy, gdy płacili za wszystko sumiennie. Zaczął więc oficer kusić Poleszuków sutą zapłatą, obiecywał szczególną opiekę nad mieszkańcami wioski i wdzięczność dowództwa.
Nic jednak nie skutkowało.
Pozostawał więc tylko ostatni sposób. Zaaresztować wójta i starszyznę, kazać strzelcom przetrząsnąć chaty i spichrze, a, gdyby i to nie pomogło, zagrozić rozstrzelaniem kilku gospodarzy, zażądawszy znoszenia żywności.
Ciężka to była i przykra dla oficerów sprawa.
— Jeżeli nie chcecie po dobremu... — zaczął kapitan Rokicki, lecz nagle przerwał mu porucznik Powała.
— Panie kapitanie! — rzekł, podnosząc prawą rękę do daszka czapki. — Być może, że ci dobrzy ludzie sami nie wiedzą, gdzie mają zapasy. Pochowali je przed bolszewikami, zapomnieli, teraz sami nie mogą znaleźć i przymierają naprawdę z głodu.
Rokicki ze zdumieniem słuchał swego porucznika.
Ten zaś ciągnął dalej:
— Ja sam pójdę z tym szanownym, sędziwym starcem szukać i nie wątpię, że znajdziemy!
Poleszuki, nic nie rozumiejąc, nieufnie przyglądali się mówiącemu.
Porucznik zeskoczył z konia i, ująwszy wójta za rękę, rzekł:
— Chodź, staruszku!
Chłop naciągnął na kołtuniastą głowę czapę i, ociągając się, szedł za oficerem.
Porucznik Powała wiedział, co robił.
Gdy kapitan przekonywał chłopów, on uważnie badał okolicę i spostrzegł, że w oddali, gdzie wezbrana rzeka utworzyła duże rozlewisko, czerniała spora kępa, ku której ze wszystkich sił pędziły cztery łodzie — dłubanki, gnane wiosłami. Mimo, że jedno tylko oko posiadał młody oficer, jednak wyraźnie odróżnił chłopów, chylących się na wiosłach, oraz worki i skrzynie, znajdujące się w łodziach.
Tymczasem, porucznik, krocząc obok wójta, szedł wzdłuż ulicy, ciągnącej się aż do brzegu rzeki.
Kręcił głową na wszystkie strony i coś mruczał.
— Co wy, panie, gadacie? — zapytał go nareszcie zaciekawiony wójt.
— Powiadam, że prawdę mówiliście, że nic nie macie — rzekł z westchnieniem porucznik.
— Tak jaż wam mówił, panie! — ucieszył się chłop.
— A jednak czuję, że wy sami nie wiecie, co posiadacie! — mówił dalej Powała. — Znajdę dla was żywność, a wy zato nam trochę sprzedacie. Tylko, że mi oczy łzami zachodzą, więc jeszcze nie widzę...
Powiedziawszy to, porucznik stanął i, najspokojniej w świecie wyjąwszy jedno oko, zaczął je przecierać chustką.
— No, teraz już będzie dobrze! — zawołał. — Wnet wszystko dojrzę.
Obejrzał się, usłyszawszy za sobą tupot nóg.
Wójt zmykał, zakasawszy poły sukmany i wrzeszczał, jak gdyby go ze skóry obdzierano.
— Sąsiedzi, to — czarownik! On wszystko znajdzie, bo oczy wyjmuje i przeciera! Straszny to człowiek! Nieszczęście może na wieś sprowadzić, urzec na całe życie. Znoście, sąsiedzi, owies, hrykę, a dodajcie im dwa wory suszonych ryb i wołu. Niech tam z kępy migiem nazad wiozą. Oj, Chryste, Matko Przeczysta, nastrachał się ja, gdy on oko wyjął, a ono łyskało na dłoni... Oj, sąsiedzi, niesamowity to oficer i jak z takim czarownikiem wojować?!... Chryste!...
Nazajutrz o świcie, kapitan Rokicki wypłacał gospodarzom należne kwoty za owies i prowjanty, a porucznik Powała zajadał gorące, masłem ociekające rżane pierogi z cebulą i rybą.
Zakończywszy rachunki i pobrawszy pokwitowanie, kapitan ruszył na czele swego oddziału.
— Coście wy tam wykombinowali, kolego? — pytał kapitan rad, że tak spokojnie i szczęśliwie wywiązał się z ciężkiego zlecenia.
— Moje szklane oko pomogło! — zaśmiał się Powała.
— Czarownik z was! — zawołał Rokicki.
— Do usług, panie kapitanie! — odparł, salutując, krotochwilny oficer.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.