Przejdź do zawartości

Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

 — Chodź, staruszku!
 Chłop naciągnął na kołtuniastą głowę czapę i, ociągając się, szedł za oficerem.
 Porucznik Powała wiedział, co robił.
 Gdy kapitan przekonywał chłopów, on uważnie badał okolicę i spostrzegł, że w oddali, gdzie wezbrana rzeka utworzyła duże rozlewisko, czerniała spora kępa, ku której ze wszystkich sił pędziły cztery łodzie — dłubanki, gnane wiosłami. Mimo, że jedno tylko oko posiadał młody oficer, jednak wyraźnie odróżnił chłopów, chylących się na wiosłach, oraz worki i skrzynie, znajdujące się w łodziach.
 Tymczasem, porucznik, krocząc obok wójta, szedł wzdłuż ulicy, ciągnącej się aż do brzegu rzeki.
 Kręcił głową na wszystkie strony i coś mruczał.
 — Co wy, panie, gadacie? — zapytał go nareszcie zaciekawiony wójt.
 — Powiadam, że prawdę mówiliście, że nic nie macie — rzekł z westchnieniem porucznik.
 — Tak jaż wam mówił, panie! — ucieszył się chłop.
 — A jednak czuję, że wy sami nie wiecie, co posiadacie! — mówił dalej Powała. — Znajdę dla was żywność, a wy zato nam trochę sprzedacie. Tylko, że mi oczy łzami zachodzą, więc jeszcze nie widzę...

 Powiedziawszy to, porucznik stanął i, najspokoj-