Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Wkrótce stary Poleszuk o powichrzonej, kołtuniastej czuprynie i zbitej w dwa kłaki brodzie, stał przed oficerami. Spoglądał spodełba nieufnym wzrokiem, miętosząc w ręku baranią czapkę.
— Chcemy kupić owsa dla koni i żywności dla ludzi — rzekł kapitan.
— Nijakiej żywności nie mamy, panie oficerze — odburknął wójt. — Sami głodem przymieramy...
Długo przekonywał i namawiał go kapitan, aż zniecierpliwiony zawołał:
— Pamiętaj, chłopie, że jak sami szukać zaczniemy, a znajdziemy — nie będę wtedy z tobą długo gadał.
— Jak chcecie... — mruknął stary, rzucając ukośne spojrzenie na zbiegających się zewsząd chłopów.
— Jeżeli dowiem się, że ukryliście żywność, będę was miał za wrogów Polski i za przyjaciół bolszewików. A wiecie co was za to czeka? — podniósłszy się na strzemionach, mówił kapitan i groźnie zmarszczył brwi.
Chłopi milczeli, ponuro patrząc w ziemię.
Kapitan się wahał. Nie lubili bowiem oficerowie przemocą zabierać ludności potrzebnych dla wojska zapasów i rzeczy, nawet wtedy, gdy płacili za wszystko sumiennie. Zaczął więc oficer kusić Pole-