Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Wtedy zaczną strzelać!
— Jak oni zaczną, to my skończymy — uśmiechał się Powała. — Owies i prowjant musimy dostarczyć, bo w pułku głód...
Rozmowa się urwała.
Konie człapały po rozmiękłej drodze, z trudem wyciągając kopyta z błota i co chwila wpadając w wykroty.
Przed zachodem słońca oficerowie ujrzeli dużą wieś.
Już zdaleka spostrzegli, jak chłopi biegali w popłochu, wynosili dobytek z chat i pędzili w stronę lasu.
— Widzę, że żywność mają Poleszuki — zauważył Powała.
Kapitan spojrzał na mówiącego.
Twarz porucznika pozostawała spokojną i, jak zwykle wesołemi błyskami jaśniało zdrowe oko, a drugie — sztuczne i nieruchome patrzyło przed siebie z zimnym uporem.
Zjechawszy ze stromego brzegu i przeprawiwszy się przez dość głęboką rzeczkę, oddział wjechał do wsi.
— Zawołać do mnie wójta lub sołtysa! — krzyknął kapitan do wyglądających z poza płotu chłopaków.