Czandu/Rozdział VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Barszczewski
Tytuł Czandu
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1925
Druk Tłocznia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa – Kraków – Lublin – Łódź – Poznań – Wilno – Zakopane
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VIII.
PILOT CHANA DŻASSAKTU.

Lecrane załatwił się szybko. Już czterech Mongołów leżało bez życia, rażeni kolejno, zanim zdołali się opamiętać, błyskawicznemi strzałami z pewnej ręki inżyniera. Jeden tylko jeszcze, powalony przez Montluca, walczył z lotnikiem, przyciskającym mu głowę całym ciężarem ciała. Jeszcze jeden strzał i ostatni zbir wyprężył się także nieruchomo. Przeciąć więzy Montluca wyrwaną z rąk Mongoła szablą było dziełem jednej chwili. Dokonawszy tego, Lecrane zwrócił się ku narzeczonej.
Dopiero wówczas spostrzegł przechyloną ciemną szafkę radjotelefonu. Wznowienie jednak połączenia z Warszawą nie miało celu.
Uniósłszy przy pomocy ciężko dyszącego jeszcze pilota omdlałą Elę, oswobodził z więzów jej ręce, poczem, zbadawszy troskliwie, czy nie jest raniona, pozostawił ją pod opieką towarzysza, sam zaś pośpieszył ku drzwiom w głębi izby.
Przez chwilę nasłuchiwał pilnie. Ale i zewnątrz panowało milczenie. Wówczas otworzył drzwi ostrożnie i wychylił głowę. W małej sionce, dzielącej izbę od podwórza, nie było nikogo. Stwierdził to odrazu, drzwi bowiem, wiodące z sionki na dwór, stały uchylone, i wpadające przez otwór światło dzienne oświetlało ją dokładnie. Przestąpił więc próg i ruszył ku drzwiom zewnętrznym. Ale zaledwie wyjrzał przez nie, oczy jego zaświeciły radością, serce zaś zabiło gwałtownie.
W odległości kilkunastu kroków od chaty, w ciszy wczesnego poranka, wiejącego jeszcze chłodem, stał wspaniały, wysmukły helikopter — zapewne ten sam, który ich tutaj przywiózł — zasłaniając swym kadłubem widok dalszy.
Lecrane ośmielony wychylił głowę przez drzwi. W tejże chwili doleciał go cichy szmer z poza chaty. Cofnął się więc szybko. Teraz szmer wzmógł się nagle, wnet jednak ustał, aby znów się powtórzyć jeszcze dobitniej. Tym razem inżynier uśmiechnął się i wyjrzał śmiało.
Pod ścianą na przyźbie siedziało czterech Mongołów, uzbrojonych w karabiny i szable, i, pochyliwszy głowy na piersi, chrapało spokojnie. Ogarnął ich mocny sen poranny widocznie po całonocnem czuwaniu.
Inżynier rzucił okiem na helikopter. Drzwiczki, wiodące do wnętrza statku, były otwarte, a od proga ich zwieszały się schodki. Na prawo i lewo od chaty widniał gęsty żywopłot na dość wysokim nasypie. Z poza niego dopiero nadlatywały zdaleka odgłosy budzącego się życia: porykiwanie bydła, parskanie koni, bek owiec, nawoływanie czabanów.
Nie było chwili do stracenia. Spojrzał raz jeszcze na śpiących Mongołów. Przez mózg przemknęła mu myśl:
— Jeszcze pięć niezawodnych kul w pistolecie i szabla w ręce!
Pokrzepiony nią, zawrócił i, przyłożywszy palec do ust, skinął na Montluca.
Na znak ten pilot uniósł z ławy wciąż nieprzytomną Elę i ruszył ku drzwiom.
Lecrane był już na dworze i, wymierzywszy pistolet ku śpiącym Mongołom, czekał.
Gdy wreszcie Montluc stanął na progu, inżynier wskazał mu wzrokiem helikopter.
Lotnik zrozumiał niemy rozkaz i skierował się wprost ku drzwiczkom statku, a stanąwszy przy nich, podniósł na rękach zemdloną, bo Lecrane zdążył już nadejść i, wspiąwszy się szybko po schodkach, wyciągał z progu kajuty ręce po drogi ciężar.
A Mongołowie na przyźbie, pochyleni naprzód i oparci jeden o drugiego, spali wciąż spokojnie.
Lecrane pochwycił Elę i cofnął się z nią do kajuty. Montluc jednym skokiem znalazł się za nim wewnątrz statku, ściągnął schodki i zamknął ostrożnie metalowe drzwiczki, poczem obaj, ułożywszy Elę na kanapie w kajucie, pośpieszyli na przód statku do komory maszyn. Wpadłszy tam, stanęli bez ruchu, pod ścianą bowiem na wąskiej wyściełanej ławie spał mężczyzna w skórzanem ubraniu pilota. Jeden rzut oka wystarczył, aby poznać w nim Europejczyka.
Lecrane wydobył szybko z kieszeni schowany już pistolet i podszedł do śpiącego, Montluc zaś rzucił się ku maszynerji, nacisnął lewar jeden i drugi, zaszumiały śmigi i helikopter, drgnąwszy, uniósł się prostopadle w powietrze.
Dopiero wówczas jeden ze śpiących pod ścianą chaty Mongołów podniósł leniwie głowę i zaspanemi oczyma powiódł po statku, ujrzawszy zaś, że unosi się w powietrze, zerwał się z przyźby, budząc przez to swoich towarzyszów, i spojrzał w stronę drzwi chaty.
Śpiący w helikopterze Europejczyk ocknął się również i siadł na ławie, ujrzawszy zaś wymierzony ku sobie pistolet, pobladł i podniósł szybko ręce do góry.
Widocznie tak był zdumiony nieoczekiwanem zjawiskiem, że nie mógł słowa przemówić. Tylko usta drżały mu nerwowo, a przerażony wzrok utkwił w twarzy Lecrane‘a.
Lecz trwało to tylko sekundę, bo młody inżynier spytał obcesowo:
— Kim pan jesteś?
— Pilotem tego helikoptera.
— Na służbie u Azjatów?
— Tak, u chana Dżassaktu.
— Teraz my jesteśmy tu panami.
— Tem lepiej.
Słowa te zdumiały Lecrane‘a, co widząc, obcy zawołał pośpiesznie:
— Bo mam już dosyć tych Mongołów!
— Chcesz więc nam służyć przeciwko nim?
— Oczywiście, choć nie mam pojęcia, jakim cudem znaleźliście się tutaj. Wystarcza mi, że jesteście Europejczykami.
Mówiąc to, uśmiechnął się przyjaźnie.
Lecrane‘a wszakże zastanowiły słowa obcego.
— Jakto? — spytał. — Wszak przywieziono nas tutaj tym helikopterem.
Pilot Azjatów otworzył szeroko oczy.
— Czy być może? — zawołał, i znać było, że mówi szczerze. — Ale skądże mogłem wiedzieć o tem, skoro zakazano mi pod groźbą śmierci wyglądać ze statku po lądowaniu, dopóki nie otrzymam pozwolenia?
W tej chwili otworzyły się drzwi kajuty i stanęła w nich Ela.
— Zdołu strzelają do nas! — zawołała, spoglądając zdumiona na nieznajomego.
Na te słowa Lecrane skoczył do okna.
Przed helikopterem, na tle jasnego porannego nieba wznosiły się ogromne, czerwonawe zbocza górskie, obniżające się szybko, a hen, tam głęboko widniały jeszcze ciemne punkciki mrowia ludzi, z pośród których wytryskiwały co chwila błyskawice strzałów.
— Prędzej, prędzej wgórę! — wołał inżynier od okna.
Montluc nacisnął lewar, ale już i nieznajomy pilot pośpieszył mu z pomocą.
Zawarczały śmigi statku pędem szalonym i w jednej niemal chwili czerwone zbocza znikły gdzieś w dole, a przed zbiegami naszymi otworzył się bezmiar niebios.
— W jakim kierunku mamy lecieć? — krzyknął rozgorączkowany Montluc.
— Na zachód, tylko na zachód, w stronę Europy! — odpowiedział na to nieznajomy i schwycił za koło sterowe.
— Gdzież więc — zawołał Lecrane, zwracając się do pilota chana Dżassaktu — dowiózł nas helikopter twego chana?
— Do doliny u podnóża góry Ułan daba wpobliżu granicy Rzeczpospolitej Syberyjskiej.
— W takim razie — wtrąciła radośnie Ela, którą Lecrane trzymał już w objęciach, gdyż na pięknej twarzy córki Znicza znać było ślady strasznych przejść nocy ubiegłej, — w takim razie wiedzą już w Warszawie, gdzie nas szukać.
Wszyscy trzej mężczyźni spojrzeli na nią zdumieni, opowiedziała więc im szybkiemi słowy, jak z rzuconych przez Azjatę w kajucie wyrazów domyśliła się nazwy miejscowości i jak, ujrzawszy postać d-ra Chwostka na ekranie, zdołała chustkę usunąć z warg i wyrazy te powtórzyć milcząco.
Zaledwie skończyła, a już tak niespodziewanie pozyskany trzeci towarzysz ucieczki wołał uradowany:
— Doskonale! Dzielna z pani kobieta. Nie wątpię, że już was szukają, że już eskadra samolotów europejskich dąży w tę stronę. Niech pan telefonuje natychmiast — dodał, zwracając się do Lecrane‘a — niech pan da znać, że znajdujecie się w drodze. Aparat stoi za panem.
Całe zachowanie się mówiącego tchnęło taką szczerością i energją, że Lecrane uważał go już za swego i jednym skokiem znalazł się przy aparacie radjotelefonicznym.
Ela, którą był puścił, prosząc, aby powróciła do kajuty, nie usłuchała prośby narzeczonego. Przejmował ją strach na myśl, że znajdzie się sama tam, gdzie spędziła noc tak okropną, zamiast więc wyjść, usiadła na wyściełanej ławie, z której pilota chana Dżassaktu spędziło wtargnięcie Lecrane‘a i Montluca do helikoptera.
Tymczasem młody inżynier telefonował już w przestwór, zawiadamiając władze polskie o ocaleniu, tudzież o kierunku lotu helikoptera. I wnet nadpłynęła z przestworu wiadomość radosna, iż na spotkanie zbiegów podąża całą siłą maszyn polska eskadra lotnicza, do której przyłączają się po drodze samoloty rosyjskie.
W komorze maszyn helikoptera zapanował nastrój optymistyczny. Uczucie ogromnej ulgi ogarnęło wszystkich. Wiedzieli już, że pomoc zbliża się ku nim i że oni ku niej pędzą, oddalając się coraz bardziej od niebezpieczeństwa.
I teraz dopiero trójca nasza odczuła, jak dokucza jej głód i pragnienie. Gdy Montluc wyraził to głośno, przypominając, że od kilkunastu już godzin nie mieli nic w ustach, nowy towarzysz podróży odparł wesoło:
— Ależ natychmiast zaradzimy temu! — i otworzył szafkę, przytwierdzoną do ściany.
Po chwili kawa i konserwy w blaszankach, rozgrzewających się automatycznie przy otwieraniu, chleb i wino znalazły się na ławie obok Eli, która podjęła się roli gospodyni.
Podczas tego posiłku, Lecrane musiał opowiedzieć narzeczonej szczegóły ucieczki.
— A ja — zawołała z widoczną ulgą, gdy skończył — sądziłam, ocknąwszy się w kajucie, że miałam sen straszny i że leżę tak od wczoraj. Dopiero spostrzegłszy, że nie mam więzów na rękach i że jestem sama w kajucie, domyśliłam się, że musiało zajść coś, o czem nie wiem, zerwałam się więc z kanapy i spojrzałam w okno. Helikopter znajdował się już wysoko, zdążyłam jednak dojrzeć jeszcze w głębi chatę, a przed nią kilku Mongołów. Jeden z nich wybiegł właśnie z drzwi chaty widocznie podniecony i wskazał w naszym kierunku, poczem wszyscy zaczęli strzelać z karabinów. Jedna z kul przebiła szybę wpobliżu mej głowy, odskoczyłam więc od okna i wpadłam tutaj.
Opowiadaniu Lecrane‘a i Eli towarzyszyły wybuchy gniewu i oburzenia ze strony obcego pilota, pracującego teraz gorliwie przy maszynerji statku.
Wreszcie, gdy Ela skończyła, zawołał:
— I ja służyłem takim rozbójnikom! Ale mam przynajmniej tę satysfakcję, że ci trzej, z którymi rozprawić się chciałem już dawno, ponieśli karę zasłużoną.
— Nie byli to jednak ci — zauważył Lecrane, zwracając się do Montluca — których widzieliśmy w Scheveningen i którzy napadli na nasz helikopter. Nieprawdaż?
Montluc skinął potakująco głową, a obcy pilot, słysząc słowa inżyniera, przerwał nagle pracę.
— Nasz helikopter — rzekł — nie był wcale w Scheveningen i nie staczał żadnej walki w powietrzu. Musicie mi to wyjaśnić.
Lecrane, zdziwiony tem zagadkowem oświadczeniem, opowiedział treściwie dzieje pobytu z Elą w holenderskich kąpielach morskich i napad dwóch helikopterów azjatyckich na jego statek w drodze powrotnej do Warszawy.
Pilot słuchał uważnie, poczem mówił zwolna, jakgdyby kombinował jeszcze w myśli przebieg zdarzeń:
— Teraz rozumiem wszystko. Chcieli zmylić pościg w razie, gdyby spostrzeżono ich zbrodnię. Wczoraj w południe opuściliśmy miejsce chwilowego postoju: chatę, kupioną od kolonisty rosyjskiego w dolinie Ułan daba, dążąc na zachód, gdy zaś wieczór nadszedł, otrzymałem rozkaz krążenia na znacznej wysokości, na nieuczęszczanych prawie szlakach, mniej więcej pomiędzy Smoleńskiem a Moskwą. Noc była już głęboka, gdy rozległ się sygnał radjotelegrafu, a wkrótce potem sczepił się z nami — bo helikoptery ich są tak urządzone, że mogą sczepiać się w powietrzu — inny statek. Dostrzegłem też wkrótce ruch pomiędzy obu statkami, ale — jak wspomniałem — zabroniono mi surowo wyglądać w takich razach z helikoptera, a zresztą zajęty byłem przy maszynach. Zdarzyło mi się jednak już przedtem być świadkiem takich manewrów i, pomimo wszelkich zakazów, dojrzałem wkońcu, że moi Azjaci przenoszą z jednego statku na drugi skrzynki i paczki, sądziłem więc, że i tym razem odbywa się taka wymiana. Lecz z opowiadań waszych wnoszę, że to was przenoszono, poczem helikoptery rozleciały się w różne strony, ja zaś otrzymałem rozkaz podążenia jak najszybciej zpowrotem do Ułan daba. Zrozumiecie zatem moje zdumienie, gdy obudzony szumem silników i śmig, ujrzałem przed sobą dwóch Europejczyków, z których jeden przykłada mi pistolet do czoła!
Uśmiechnął się na to wspomnienie i spojrzał na inżyniera, który siedział znów przy aparacie radjotelefonicznym, opowiadającym o wrażeniu, jakie w całej Europie wywołało porwanie córki znanego posła polskiego i jej narzeczonego, o interwencji rządu Europy sfederowanej i konsternacji rządów azjatyckich, wypierających się wszelkiego udziału w tym gwałcie.
— A ja — rzekł pilot chana Dżassaktu, wysłuchawszy relacji inżyniera — podejrzewałem już dawno, że Mongołowie coś knują!
— Jakżeś się pan do nich dostał? — wtrącił Montluc, zaciekawiony.
— Prawda, nie przedstawiłem się wam jeszcze. Ale sami przyznacie, że w chwilach takiego podniecenia, jak ta, którą przeżywamy, łatwo o tem zapomnieć.
Jestem Szwajcar, Jan Stretter z Lozanny, z zawodu pilot i mechanik lotniczy. Będąc w roku ubiegłym w Genewie, dowiedziałem się od przyjaciela, że pewien bardzo bogaty książę azjatycki: chan Dżassaktu, poszukuje zdolnego pilota i mechanika. Udałem się więc pod wskazanym adresem nie dlatego, aby mi było źle w Europie, boć wszyscy mamy teraz chleba poddostatkiem, ale lubię bardzo podróże, uśmiechnęła mi się więc myśl zobaczenia nowych krain i ludzi.
Posadę otrzymałem bez trudu. Z początku było mi bardzo dobrze. Ciągle w ruchu, ciągle w podróżach niemal z krańca w kraniec świata, płacony i odżywiany doskonale, nie miałem nic do zarzucenia moim Azjatom. Po pewnym czasie, gdy poduczyłem się już nieco mongolskiego języka i Azjaci moi przekonali się, że znam się na rzeczy i służę im wiernie, spadł na mnie zaszczyt nielada. Mianowano mnie kierownikiem szkoły pilotów. Dziwna to była szkoła! W obszernej dolinie pomiędzy ogromnemi górami w głębinach Mongolji, gdzieś na granicy Tybetu, ujrzałem prawdziwy obóz armji lotniczej z setkami samolotów i licznemi budynkami, które nie wiem doprawdy, jak tam wystawiono i zaopatrzono w maszynerje, potrzebne do budowy i naprawy samolotów, bo góry te są tak niedostępne, że do doliny przedostać się można tylko drogą powietrzną. Tam to osiadłem i zająłem się nauką młodych Mongołów. Uczyli się bardzo pilnie, z niepojętą wprost wytrwałością, a liczba ich wciąż wzrastała. Spadali, możnaby powiedzieć, z nieba całemi dziesiątkami. Przybywały też wciąż nowe samoloty, często z pilotami europejskimi, zwabionymi, tak jak ja, chęcią poznania Azji. Niestety, wątpię, aby którykolwiek z nich wrócił kiedykolwiek z tej doliny tajemniczej!
Pracy miałem dużo, niemniej jednak pozostawało mi jeszcze nieco czasu wolnego, aby się rozejrzeć w tem środowisku zagadkowem.
Przedewszystkiem chciałem wiedzieć, komu właściwie służę. Odpowiadano mi stale: Jesteś sługą chana Dżassaktu! Dziś wszakże wątpię, aby wogóle książę ten istniał, bo nigdy nie widziałem ani osoby jego, ani stolicy. Lecz nie traciłem cierpliwości i powoli, krok za krokiem, doszedłem prawdy. Stwierdziłem niezbicie, że nie służę jednemu panu, lecz jakiejś organizacji potężnej, i że coś się tam szykuje przeciwko Europie. Bo choć Mongołowie milczeli także, gdym ich pytał o powód olbrzymich przygotowań lotniczych, albo zamiast odpowiedzi wyśpiewywali swą świętą formułę: „Om mani padme hum“, którą każdy prawowierny lamaita musi powtórzyć kilkanaście tysięcy razy dziennie, aby być zbawionym, to jednak poprostu w powietrzu unosiło się hasło: „Na zachód, na zachód!“, i nie mogłem nie dosłyszeć rozmów na ten temat, prowadzonych szeptem przez młodzież mongolską podczas godzin odpoczynku. Niemal codziennie wymieniano ze czcią zabobonną jakiegoś Bełtysa lamę, a na dźwięk tego nazwiska zapał ogarniał wszystkich. Raz nawet w nocy, gdy leżałem na posłaniu w izbie obok warsztatów, a na dworze pod niebem gwiaździstem rozlegał się szmer rozmów młodych Mongołów i ktoś wymówił: Bełtys lama! — z dziesiątków może piersi wyrwał się cichym jękiem i zadrżał w powietrzu nocnem wyraz: Czandu! — w którym poznałem hasło, powtarzane często przez Azjatów przy spotkaniu z innemi samolotami azjatyckiemi w czasie mych licznych podróży poprzednich. Miałem jednak wkrótce dowiedzieć się jeszcze więcej.
Jestem mechanikiem z zamiłowania. Zwłaszcza zajmuje mnie żywo sprawa szybkości samolotów. Wciąż pracowałem nad tem i, dzięki szczęśliwemu pomysłowi, zbudowałem helikopter, przewyższający szybkością wszystkie inne systemy, jakiemi rozporządzałem na lotnisku.
— Jesteście właśnie — dodał, zwracając się do słuchającej go trójki — na tym helikopterze i bez mojej pomocy byłoby wam trudno poradzić sobie z nowościami, które w nim zaprowadziłem. Ale mniejsza o to, dość, że Azjaci nas nie dogonią!
Po tej uwadze, przy której uśmiechnął się triumfalnie, ciągnął dalej:
Oczywiście, uradowany osiągniętemi wynikami, pochwaliłem się niemi przed towarzyszami pracy, a skutek był taki, że kazano mi przebudować jeden z lekkich helikopterów według mego pomysłu, gdy zaś był gotów, opuściliśmy dolinę. Mówię: opuściliśmy, bo ze mną wsiadło do statku pięciu Azjatów. Odtąd zaczęła się wędrówka nadzwyczajna. Przelatywaliśmy, jak orkan, z jednej miejscowości do drugiej.
Z początku myślałem: opjum, bo teraz nie ukrywali już przede mną, że dostarczanie do najdalszych zakątków Azji tego narkotyku, dowożonego Bóg wie skąd przez inne samoloty, jest ich zajęciem i że należą do bractwa Palaczów opjum. Widocznie byli przekonani, że nigdy już nie wyrwę się z ich rąk tem bardziej, że krążyliśmy tylko w krainach azjatyckich, nie zaglądając do Europy.
Korzystając tedy ze względnej wolności, zacząłem bacznie przyglądać się tłumom, gromadzącym się niewiadomo skąd i jak dokoła naszego helikoptera na każdym postoju, i wreszcie spostrzegłem zdumiony, że nietylko opjum ściąga te tłumy, że wprost jakiś szał żywiołowy ogarnął Azjatów, że z oczu ich wyziera niecierpliwość dzika, pytanie namiętne: Kiedy?
Doznawałem wrażenia, że po tych tłumach przebiega potężny prąd magnetyczny, że działają pod wpływem jakiegoś nakazu niewidzialnego, obojętni na politykę swych rządów, utrzymujących stosunki przyjazne z Europą, i znów zdawało mi się, że słyszę okrzyk: Bełtys lama!
Wówczas to usłyszałem po raz pierwszy nazwisko posła polskiego, Znicza, wymówione przez tych Azjatów, których rozkazów musiałem słuchać, a którzy przywieźli was do Ułan daba, będącego, jak mi się zdaje dzisiaj, także wielkim punktem zbornym Azjatów, i dowiedziałem się o jego akcji.
Nie zdając sobie sprawy z następstw, jakie to za sobą pociągnie, wtrąciłem raz nierozważnie do ich rozmowy uwagę, że widocznie i ojciec pani musi wiedzieć o tem wrzeniu, ogarniającem Azję przeciwko Europie, którego istnienie zdołałem sam już stwierdzić.
Omal, że nie przypłaciłem życiem tych lekkomyślnych słów. Azjaci rzucili się na mnie z podniesionemi pięściami. Ale snadź byłem im jeszcze potrzebny, bo skończyło się na groźbie śmierci, jeżeli na przyszłość odważę się podczas lądowania wyjrzeć z helikoptera lub podsłuchiwać rozmów przez nich prowadzonych. Od tego czasu traktowali mnie, jak szpiega. Wciąż byłem strzeżony przez uzbrojonych Mongołów i niepewny życia.
Możecie sobie wyobrazić, jak namiętnie od tego czasu obmyślałem sposoby ucieczki z rąk mych katów i z jaką radością ujrzałem przed sobą Europejczyków, choć czułem lufę pistoletu na czole!
— A przecież — wtrąciła Ela — mógł pan uciec, pozostawiony sam w samolocie, gdy nas wyniesiono do chaty?
— Nie byłem sam — odparł na to Stretter. — Pozostawiono przy mnie uzbrojonego Mongoła, który, jak teraz przypuszczam, spostrzegł, że zasnąłem głęboko, i wyszedł znudzony do swoich. A zresztą, nie sądziłem, żeby wszyscy opuścili samolot, oprócz bowiem strzegących was Azjatów, znajdowało się tu jeszcze trzech innych, mogli zatem pozostać w kajucie, ja zaś byłem zupełnie bezbronny. Bądź co bądź, dobrze się stało tak, jak się stało, jeżeli zaś moja obecność pomogła wam do ucieczki, to jakże jestem wam wdzięczny za wyrwanie mnie z niewoli!
Przy tych słowach powiódł wzrokiem radosnym po towarzyszach podróży. Nagle utkwił oczy w zwierciedle, przytwierdzonem ukośnie przed kołem sterowem, i roześmiał się głośno.
Ela, Lecrane i Montluc spojrzeli na niego zdziwieni, lecz wystarczyło kilka słów, aby zrozumieć ten wybuch radości.
Zwierciadło mianowicie było zakończeniem peryskopu, przez który pilot mógł widzieć, siedząc przy kole sterowem, cały przestwór niebios przed i za helikopterem.
— Patrzcie, patrzcie — wołał, wskazując na połyskującą szybę — już śladu nawet niema po Mongołach!
Istotnie, najmniejsza nawet plamka nie mąciła spokoju niebios za pędzącym na zachód helikopterem.
Oto jednak już nowy okrzyk wyrwał się z piersi Szwajcara:
— Nasi, nasi lecą! Jeden, dwa, trzy... dziesięć, co za gromada!
Zbiegowie utkwili znów wzrok w zwierciedle i głośne: Vive la Pologne! — odbiło się o ściany statku, bo od zachodu ukazało się na niebie mnóstwo czarnych punkcików, rosnących szybko.
— Co ich jest, co ich jest! — wołała Ela, klaszcząc w dłonie. — Chyba cała Europa pośpieszyła nam na ratunek.
I rzeczywiście, niepodobna już było zliczyć tego mrowia nadlatujących olbrzymim wachlarzem statków powietrznych.
Zdawało się, że pędzą na wyścigi, odległość bowiem pomiędzy niemi a helikopterem Azjatów, przesyłającym teraz swym zbawcom depesze radosne, zmniejszała się tak szybko, że upłynęło zaledwie kilkanaście minut, a już nasz helikopter wpadł w to mrowie.
Wówczas otoczyły go kołem i, zawróciwszy, pędziły już z nim razem w stronę Warszawy.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Barszczewski.