Człowiek niewidzialny (Wells)/Rozdział XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Herbert George Wells
Tytuł Człowiek niewidzialny
Wydawca Biesiada Literacka
Data wydania 1912
Druk Synowie St. Niemiry
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. The Invisible Man
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XVII.
Gość d-ra Kempa.

Dr. Kemp pisał dalej w swojej pracowni, dopóki strzały nie zwróciły jego uwagi.
— Och! — zawołał wkładając pióro w usta i nasłuchując. — Któż tam znowu urządza sobie strzelaninę w Burdock? Co te osły sobie myślą?
Podszedł ku południowemu oknu, otworzył je szeroko i wychyliwszy się, patrzył w dół, na okna domów, na rosą operlone latarnie gazowe, na sklepy i ich skromne wystawy. U stóp pagórka, tuż obok oberży, — zauważył jakieś tłumne zebranie, więc pozostał przy oknie, nasłuchując. Potem oczy jego pomknęły po nad miastem daleko, gdzie błyszczały światła okrętów w przystani. Księżyc w pierwszej kwadrze zwisał po nad wschodniemi pagórkami, a gwiazdy świeciły jasno, zwrotnikowym niemal blaskiem.
Stojąc przy oknie, dr. Kemp puścił wodze myślom, które zaczęły snuć fantazyę na temat warunków społecznych przyszłości. Po dobrej dopiero chwili ocknął się z westchnieniem, zamknął okno i powrócił do swego biurka.
W godzinę potem, dzwonek u drzwi frontowych zajęczał. Od czasu owych strzałów, doktór pisał z pewnem roztargnieniem. Teraz nasłuchiwał. Słyszał, jak służąca otworzyła drzwi i czekał na jej zjawienie się; lecz nie przychodziła.
— Ciekawy jestem, kto dzwonił? — rzekł dr. Kemp do siebie.
Usiłował zabrać się na nowo do roboty, po chwili jednak wstał, zszedł na dół i zawołał po przez balustradę na służącę, a gdy się ukazała w sieni na dole, zapytał:
— Czy to był listonosz?
— Nie, to jakiś figlarz — odparła dziewczyna — zadzwonił i uciekł.
— Jestem dzisiaj jakiś niespokojny — szepnął dr. Kemp do siebie, poczem wrócił do pracowni i zabrał się stanowczo do pracy.
Po chwili w pokoju było słychać jedynie tykotanie zegara i zgrzyt pióra, posuwającego się rączo po papierze, umieszczonym w okręgu świetlnym lampy, nasłoniętej abażurem.
Dopiero około godziny drugiej dr. Kemp skończył robotę. Powstał, ziewnął i udał się na górę do sypialni. Ściągnął już surdut i kamizelkę, gdy nagle poczuł pragnienie. Wziąwszy świecę, zszedł do jadalni, w celu odszukania syfona i butelki whisky.
Badania naukowe uczyniły dr. Kempa bystrym spostrzegaczem, to też, gdy wracał przez sień, zauważył ciemną plamę na linoleum w pobliżu maty przy schodach i wtedy przyszło mu na myśl zastanowić się nad znaczeniem owej plamy. Postawiwszy syfon i whisky na podłodze, pochylił się, a dotknąwszy ręką plamy, przekonał się ze zdumieniem, że była to krzepnąca krew.
Pomyślawszy nieco, wziął syfon z whisky znowu i wrócił na górę, oglądając się wkoło i usiłując wyjaśnić sobie znaczenie tej plamy. Naraz spostrzegł znów rzecz zagadkową: klamka u drzwi pokoju była też splamiona krwią.
Spojrzał na własne dłonie: były zupełnie czyste; jednocześnie przypomniał sobie, że drzwi były otwarte, gdy wychodził z pracowni, a więc wcale nie miał potrzeby dotykania klamki. Natychmiast wszedł do pracowni, siląc się na spokój. Badając uważnie sprzęty, spojrzał na łóżko. Na kapie widniała kałuża krwi, a prześcieradło było podarte. Po jednej stronie pościel była wgnieciona, jak gdyby ktoś siedział na niej przed chwilą.
Nagle zdało mu się, że ktoś szepnął cichym głosem:
— Na Boga, to Kemp!
Ale dr. Kemp nie wierzył w tajemnicze głosy.
Stał, rozpatrując prześcieradło. Czy istotnie słyszał głos? Obejrzał się dokoła znowu, ale nie spostrzegł nic więcej nad zruinowaną pościel na łóżku. Potem usłyszał wyraźny jakiś ruch tuż przy umywalce. Wszyscy ludzie, nawet wysoko wykształceni, zachowują pewne zabobonne wspomnienia. Jakieś niemiłe uczucie owładnęło Kempem. Zamknął drzwi od pokoju, podszedł ku tualecie i postawił na niej syfon wraz z whisky. Teraz spostrzegł zwinięty, krwawy bandaż lniany, zawieszony w powietrzu pomiędzy sobą a umywalnią.
Wpatrywał się w to zjawisko ze zdumieniem. Był to pusty bandaż... bandaż zwinięty i związany, ale zupełnie pusty. Już chciał uchwycić go, gdy coś wstrzymało jego ramię i jakiś głos odezwał się tuż obok niego:
— Kempie!
— Co? — zapytał Kemp, czując dreszcz mimowolnej obawy.
— Trzymaj się — mówił Głos. — Jestem Człowiekiem Niewidzialnym.
Kemp milczał chwilę, uporczywie wpatrując się w bandaż.
— Człowiek Niewidzialny? — odezwał się wreszcie.
Przez umysł Kempa przesunęła się błyskawicznie historya, którą tak wydrwiwał tego rana. Zdaje się, że nie był bardzo przerażony, ani też zbytnio zdumiony w danej chwili. Świadomość tego stanu nastąpiła znacznie później.
— Sądziłem, że to wszystko jest prostem kłamstwem — rzekł i jednocześnie stanęły mu żywo w umyśle wszystkie argumenty, powtarzane rano.
To ty masz na sobie bandaż? — spytał.
— Tak — odparł Człowiek Niewidzialny.
— Ach! — rzekł Kemp i kręcąc głową, dodał: — Ale to głupstwo! To jakaś sztuczka...
Posunął się naprzód, a dłoń jego, wysunięta ku bandażowi, spotkała się z niewidzialnemi palcami.
Cofnął się i zbladł nieco.
— Trzymaj się dzielnie, Kempie, na miłość Boską! Potrzebuję ogromnie pomocy. Stój!
Ręka ujęła go silnie za ramię, on zaś wymierzył w nią cios.
— Kempie! — zawołał Głos. — Trzymaj się Kempie!
Przy tych słowach palce ręki zacisnęły się mocniej.
Kempa ogarnęła niepohamowana chętka uwolnienia się, lecz ręka obandażowanego ramienia chwyciła go za barki, poczem Człowiek Niewidzialny podbił mu nogi i cisnął plecami na łóżko. Kemp otworzył usta, chciał krzyczeć, lecz róg prześcieradła znalazł się pomiędzy jego zębami. Człowiek Niewidzialny powalił go, ale ramiona miał wolne, więc uderzał niemi i wymierzał silne kopnięcie nogami.
— Uspokójże się, proszę cię — perswadował Człowiek Niewidzialny, trzymając go, pomimo licznych razów w żebra. — Na honor, jeszcze chwila, a doprowadzisz mnie do wściekłości!
Kemp wciąż się rzucał, a wtedy Człowiek Niewidzialny krzyknął mu w samo ucho:
— Leż spokojnie, głupcze!
Kemp walczył jeszcze przez chwilę, wreszcie uległ.
— Jeżeli zaczniesz krzyczeć, grzmotnę cię w twarz — zagroził Człowiek Niewidzialny, odtykając mu usta. — Jestem Człowiekiem Niewidzialnym. To nie czarnoksięstwo, ani magia. Jestem w istocie Człowiekiem Niewidzialnym. Przytem potrzebuję twojej pomocy. Ani myślę robić ci krzywdy, ale musiałbym użyć gwałtu, gdybyś zaczął się zachowywać jak nieokrzesany gbur. Czy nie przypominasz mnie sobie? Jestem Griffin z University College.
— Pozwól mi się podnieść — rzekł Kemp. Zostanę tutaj, gdzie się w tej chwili znajduję. Pozwól mi posiedzieć spokojnie przez chwilę.
Podniósł się, usiadł i macał się po karku.
— Nazywam się Griffin, a uczyniłem się niewidzialnym — mówił Głos. — Jestem najzwyczajniejszym człowiekiem, którego dobrze znałeś, tylko niewidzialnym.
— Ty jesteś Griffin? — rzekł Kemp.
— Tak, Griffin — odparł Głos. — Byłem młodszy od ciebie, niemal albinos, sześć stóp wysoki, barczysty, z różową, białą twarzą i czerwonemi oczyma; jestem tym samym, który zyskał medal za chemię.
— W mózgu mi się kręci — rzekł Kemp. — Cóż to wszystko ma za związek z Griffinem?
— Ja jestem Griffin właśnie.
Kemp zastanowił się.
— To straszne — szepnął po chwili. — Ale jakiej sztuczki szatańskiej musi człowiek użyć, żeby stać się niewidzialnym?
— Niema w tem żadnej sztuczki szatańskiej. Jest to poprostu proces myślowy, zupełnie zrozumiały...
— Ależ to straszne! — powtórzył Kemp. — Jakże u licha?....
— Pewnie, że straszne. Ale jestem raniony, cierpię, czuję znużenie... Na Boga, Kemp, jesteś przecie człowiekiem. Trzymaj się dzielnie, nie denerwuj się... Daj mi co do jedzenia i picia i pozwól mi usiąść tutaj.
Kemp wpatrywał się w bandaż, poruszający się po pokoju, potem ujrzał krzesło bambusowe, wleczone po podłodze i zatrzymujące się w pobliżu biurka. Krzesło skrzypnęło, a siedzenie zaklęsło się o jakie ćwierć cala. Kemp przetarł oczy i znowu pomacał się po karku.
— To lepsze od duchów! — rzekł i zaśmiał się z przymusem.
— Śmiejesz się? Dzięki Bogu! To znaczy, że zaczynasz odzyskiwać zdrowe zmysły!
— Albo raczej głupieję — mruknął Kemp i znowu przetarł sobie oczy.
— Daj mi nieco whisky. Jestem nawpół żywy.
— Ja tego nie czułem. Gdzież jesteś? Czy, wstawszy, nie wpadnę na ciebie?
— Bądź spokojny.
— Whisky... Oto jest. Gdzie mam ci ją podać?
Krzesło skrzypnęło, a Kemp poczuł, iż mu ktoś odbiera szklankę. Oddał ją. Szklanka zatrzymała się na dwadzieścia cali po nad frontową krawędzią krzesła. Kemp wpatrywał się w nią z niesłychanem pomieszaniem.
— To jest... to musi być hypnotyzm. Musiałeś chyba zasugestyonować mnie, wmówić tą drogą we mnie, że jesteś niewidzialnym.
— Głupstwo! — powiedział Głos.
— Szalone głupstwo.
— Słuchaj mnie.
— Dzisiaj rano wykazałem ostatecznie — przerwał Kemp — iż niewidzialność...
— Mniejsza o to, co wykazałeś! Umieram z głodu — odezwał się Głos — a wieczór był chłodny dla człowieka nieodzianego.
— Chcesz jeść? — spytał Kemp.
Szklaneczka z wódką przechyliła się sama.
— Tak — rzekł Człowiek Niewidzialny, wysączywszy płyn ze szklanki, a potem zagadnął — Czy masz może szlafrok?
Kemp wybąknął coś stłumionym głosem, poszedł do szafki i wyciągnął suknię koloru brudno szkarłatnego.
— Czy to wystarczy? — spytał.
Suknia została mu odebraną. Przez chwilę zawisła całkiem pusta w powietrzu, potem zaszeleściała, wypełniła się i przyzwoicie zapięta, usiadła w krześle.
— Spodnie, skarpetki i pantofle byłyby bardzo pożądane — dysponował Niewidzialny krótko — a przedewszystkiem jadło.
— Służę wszystkiem. Jest to najbardziej idyotyczna historya, w jaką się kiedykolwiek w mojem życiu zaplątałem.
Przerzucił szuflady, poszukując żądanych części ubrania, a potem zszedł na dół do śpiżarni. Wrócił z kilku zimnemi kotletami i z chlebem, podsunął lekki stolik i umieścił wszystko przed swoim dziwnym gościem.
— Mniejsza o noże — powiedział gość, poczem w powietrzu zawisł kotlet i odezwało się żucie.
— Zawsze lubię owinąć się w coś przed zabraniem się do jedzenia — zauważył Człowiek Niewidzialny z pełnemi ustami, jedząc chciwie.
— Spodziewam się, że gość mój teraz czuje się dobrze — zapytał Kemp.
— Najzupełniej — odparł Człowiek Niewidzialny.
— Ze wszystkich nadzwyczajnych i cudownych rzeczy, jakie...
— O tem potem. Ale to osobliwe, iż właśnie do twego domu zabłąkałem się po bandaże. Mój pierwszy szczęśliwy krok! Bądźcobądź miałem zamiar nocować w tym domu. Musisz zgodzić się na to! Fatalna to historya, że krew moja jest widzialna! Staje się widzialną z chwilą krzepnięcia, jak się okazuje. Udało mi się jeno tkanki poddać zmianie i to tylko tak długo, póki żyją... Jestem w twoim domu już od trzech godzin.
— Ale jak się to robi? — zaczął Kemp tonem rozpaczy. — Niech dyabli wezmą! Cała ta sprawa przyprawia mię o pomieszanie zmysłów.
— Bądź spokojny, to rzecz całkiem prosta — odparł Człowiek Niewidzialny — zupełnie prosta.
Sięgnął ręką i ujął butelkę z whisky. Kemp wpatrywał się w swój jedzący szlafrok. Promień światła słonecznego, przedzierający się przez oddartą łatę na prawem ramieniu, utworzył jasny trójkąt pod lewem żebrem.
— Co to były za strzały? — spytał. — W jaki sposób zaczęła się strzelanina?
— Był sobie głupiec... rodzaj mego spólnika, żeby go licho porwało!... który próbował ukraść mi pieniądze. Udało mu się to.
— A czy on także jest niewidzialny?
— Nie.
— Zatem?
— Czy nie mógłbym dostać nieco więcej jedzenia przed opowiedzeniem tej historyi? Jestem głodny i cierpiący, a ty chcesz, żebym ci opowiadał historyjki!
Kemp powstał.
— Czy to ty strzelałeś? — spytał jeszcze.
— Ja nie — odparł gość. — Głupiec jakiś, którego nigdy w życiu nie widziałem, strzelił na chybił trafił, ze strachu... Wszyscy przestraszyli się mnie. Niech ich licho porwie! Ale przedewszystkiem, Kempie, powiadam ci, że potrzebuję koniecznie więcej jadła.
— Zobaczę, co tam jest jeszcze na dole dojedzenia — rzekł Kemp — boję się atoli, iż niewiele znajdę o tej porze.
Po załatwieniu się z jedzeniem — a pożywił się sumiennie — Człowiek Niewidzialny zażądał cygara. Odgryzł wprawnie koniec i zaklął, gdy zewnętrzny liść odwinął się.
Dziwny zaiste przedstawiał widok: paląc, usta i gardło, krtań i nozdrza stawały się widoczne i podobne do masy zakłębionego dymu.
— Błogosławiona to rzecz palenie — powiedział i pociągnął mocno. — To całe moje szczęście, Kempie, że natknąłem się na ciebie. Musisz mi przyjść z pomocą. Co za zbieg okoliczności! Jestem w dyablo przykrem położeniu, zdaje mi się, że chyba byłem obłąkany. Przez co ja nie przeszedłem! Ale my jeszcze pokażemy, co umiemy.
Nalał sobie znowu whisky i wody sodowej. Kemp tymczasem wstał, obejrzał się dokoła i przyniósł sobie szklankę.
— Dziwna historya, ale to nie przeszkadza mi chyba napić się razem z tobą.
— Niewiele się zmieniłeś, Kempie, przez te dwanaście lat. Wy, uczeni ludzie, nie zmieniacie się. Zimni i metodyczni... Powiadam ci, że musimy zabrać się razem do roboty!
— Ale jak się to wszystko stało? — spytał Kemp. — Jakim sposobem stałeś się niewidzialnym?
— Na Boga, pozwólże mi popalić sobie w spokoju, a po chwili opowiem ci wszystko.
Ale tej nocy historya nie została opowiedziana. Napięstek bolał Człowieka Niewidzialnego coraz dotkliwiej; raniony czuł gorączkę, był wyczerpany, a myśl jego wracała uporczywie do pościgu i do utarczki około zajazdu. Zaczynał opowiadanie i urywał. Mówił niezrozumiale o Marvelu, palił coraz prędzej, a głos jego stawał się gniewnym. Kemp usiłował złożyć to wszystko w jakąś całość.
— Widocznie obawiał się mnie, widziałem dobrze, iż się mnie obawiał — powtarzał Człowiek Niewidzialny. — Zamierzał spłatać mi figla i umknąć, nieustannie wyczekiwał sposobności. Jakimże ja byłem głupcem! Kundel! Byłem wściekły. Byłbym w stanie zabić go...
— Skądże miałeś pieniądze? — spytał Kemp.
Człowiek Niewidzialny milczał przez chwilę.
— Nie mogę ci tego powiedzieć teraz.
Nagle jęknął i pochylił się naprzód, wspierając swą niewidzialną głowę na niewidzialnych rękach.
— Kempie — rzekł prosząco — nie spałem blizko przez trzy doby, bo nie liczę kilku godzin drzemek. Muszę natychmiast położyć się.
— Owszem, kładź się u mnie... kładź się tutaj.
— Ale jakże ja mogę spać spokojnie? Skoro usnę... on ujdzie. Mniejsza z tem!
— A jak się przedstawia rana postrzałowa? — zapytał Kemp.
— Ech, to bagatela... zadrapanie i nieco krwi. Och, Boże! Jakże mnie sen morzy...
— No to czemu nie idziesz spać?
Człowiek Niewidzialny zdawał się wpatrywać w Kempa.
— Ponieważ nie życzę sobie być schwytanym w pułapkę — rzekł zwolna.
Kemp żachnął się.
— Jakiż ze mnie głupiec! — wybuchnął Człowiek Niewidzialny, uderzając pięścią w stół. — Podsunąłem ci sam tę myśl.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Herbert George Wells.