Strona:PL Wells - Człowiek niewidzialny.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Tak — rzekł Człowiek Niewidzialny, wysączywszy płyn ze szklanki, a potem zagadnął — Czy masz może szlafrok?
Kemp wybąknął coś stłumionym głosem, poszedł do szafki i wyciągnął suknię koloru brudno szkarłatnego.
— Czy to wystarczy? — spytał.
Suknia została mu odebraną. Przez chwilę zawisła całkiem pusta w powietrzu, potem zaszeleściała, wypełniła się i przyzwoicie zapięta, usiadła w krześle.
— Spodnie, skarpetki i pantofle byłyby bardzo pożądane — dysponował Niewidzialny krótko — a przedewszystkiem jadło.
— Służę wszystkiem. Jest to najbardziej idyotyczna historya, w jaką się kiedykolwiek w mojem życiu zaplątałem.
Przerzucił szuflady, poszukując żądanych części ubrania, a potem zszedł na dół do śpiżarni. Wrócił z kilku zimnemi kotletami i z chlebem, podsunął lekki stolik i umieścił wszystko przed swoim dziwnym gościem.
— Mniejsza o noże — powiedział gość, poczem w powietrzu zawisł kotlet i odezwało się żucie.
— Zawsze lubię owinąć się w coś przed zabraniem się do jedzenia — zauważył Człowiek Niewidzialny z pełnemi ustami, jedząc chciwie.
— Spodziewam się, że gość mój teraz czuje się dobrze — zapytał Kemp.
— Najzupełniej — odparł Człowiek Niewidzialny.
— Ze wszystkich nadzwyczajnych i cudownych rzeczy, jakie...