Człowiek niewidzialny (Wells)/Rozdział XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Herbert George Wells
Tytuł Człowiek niewidzialny
Wydawca Biesiada Literacka
Data wydania 1912
Druk Synowie St. Niemiry
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. The Invisible Man
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XVI.
W oberży pod „Wesołymi krokieciarzami“.

Oberża pod „Wesołymi krokieciarzami“ wznosi się tuż u stóp wzgórka, gdzie się zaczynają linie tramwajowe. Bufetowy sparł swe czerwone, tłuste ramiona na kantorku i rozmawiał o koniach z anemicznym woźnicą, gdy tymczasem czarnobrody mężczyzna w szarem ubraniu pochłaniał biszkopty z serem i popijał piwem, rozmawiając z amerykańskim policyantem, wracającym z posterunku.
— Czego ludzie tak krzyczą? — odezwał się anemiczny woźnica, starając się wyjrzeć przez nizkie okno oberży powyżej brudnej zasłony.
Ktoś tymczasem na ulicy przeleciał mimo oberży.
— Może ogień? — zauważył bufetowy.
Ciężkie kroki zbliżały się, drzwi rozwarły się nagle, a Marvel, płacząc, z rozwianym włosem i bez kapelusza, z rozdartym na szyi surdutem, wbiegł, zwrócił się konwulsyjnie i usiłował zamknąć drzwi. Rzemień trzymał je nawpół otwarte.
— Zbliża się! — zaryczał z przestrachem. — Zbliża się! Człowiek Niewidzialny goni za mną! Na miłość Boską! Pomocy! Pomocy! Pomocy!
— Zamykaj drzwi — rzekł policyant. — Kto się zbliża? O co chodzi?
Podszedł ku drzwiom, rozluźnił rzemień, wskutek czego drzwi zamknęły się z trzaskiem. Amerykanin zamknął i drugie drzwi.
— Pozwólcie mi dostać się do środka — rzekł Marvel, chwiejąc się i płacząc, ale mimo to trzymając mocno książki. — Pozwólcie mi wejść do środka. Zamknijcie mnie gdziekolwiek. Powiadam wam, że mnie ściga. Umknąłem mu. Powiedział, że mnie zabije i zrobi tak.
— Jesteś bezpieczny — rzekł mężczyzna z czarną brodą. — Drzwi są przecież zamknięte. O co tu chodzi?
— Pozwólcie mi wejść do środka — powtarzał Marvel i wrzasnął, gdy nagłe uderzenie wprawiło drzwi w drżenie, po którem nastąpił stuk i okrzyki.
— Hallo! — zawołał policyant — kto tam?
Marvel zaczął pospiesznie poszukiwać drzwi.
— On mnie zabije!... Ma nóż albo coś w tym rodzaju!... Na miłość Boską!...
— Właźże tutaj — rzekł bufetowy i otworzył drzwiczki, prowadzące za stół sklepowy.
Marvel rzucił się po za stół właśnie w chwili, kiedy szturm na zewnątrz się ponowił.
— Nie otwierajcie drzwi! Proszę was, nie otwierajcie drzwi! Gdzież mam się schronić?
— Zatem to Człowiek Niewidzialny? — zapytał mężczyzna z czarną brodą i z ręką założoną w tył. — Czas już bodaj, żebyśmy go nareszcie ujrzeli.
Nagle okno oberży zostało wgniecione do środka, a z ulicy dobiegły wrzaski i latanina w różne strony. Policyant stał na drewnianej ławce, pochylając się naprzód w celu zobaczenia, kto stoi pod drzwiami. Po chwili zszedł z podniesionemi brwiami. Bufetowy stojący przed drzwiami, prowadzącemi do sali, które obecnie zamknięto za Marvelem, popatrzył się na strzaskane okno i zbliżył się do dwóch towarzyszy.
Nagle wszystko ucichło.
— Szkoda, że nie mam swojej pałki — rzekł policyant, podchodząc niepewnym krokiem ku drzwiom. — Skoro otworzymy, wejdzie. Niema sposobu powstrzymania go.
— Tylko niech ci się tak bardzo nie spieszy z temi drzwiami — mruknął anemiczny woźnica.
— Odsuńcie rygle — rzekł mężczyzna z czarną brodą — a skoro wejdzie...
Pokazał rewolwer w ręce.
— To nic nie pomoże — zaoponował policyant — zresztą to morderstwo.
— Wiem ja dobrze, w jakim kraju jestem — odparł mężczyzna z brodą. — Będę mu strzelał pod nogi. Odsuńcie rygle.
— Tylko niech ta historya nie strzela za mojemi plecami — rzekł bufetowy, wyzierając po przez storę.
— Bądź pan o swoje plecy spokojny — zapewnił mężczyzna z brodą i pochyliwszy się nieco, z gotowym rewolwerem wyczekiwał. Bufetowy, woźnica i policyant rozglądali się dokoła.
— Wchodź! — rzekł brodaty mężczyzna przyciszonym głosem, cofając się wstecz i wpatrując w zamknięte drzwi, a rewolwer ukrywając za sobą.
Nikt atoli nie wchodził, drzwi pozostawały zamknięte. W pięć minut potem, gdy inny woźnica wetknął głowę ostrożnie przez okno, oni wciąż jeszcze czekali. Wtedy właśnie wylękła twarz wyjrzała z sali, udzielając objaśnień.
— Czy wszystkie drzwi domu pozamykane? — spytał Marvel. — Obchodzi dokoła, myszkuje. Jest taki chytry, jak sam dyabeł.
— Do kata! — zawołał gruby bufetowy — pozostał jeszcze tył! Pilnujcie wy drzwi tutaj, a ja...
Obejrzał się wkoło bezradnie. Drzwi od sali zamknęły się z trzaskiem i usłyszeli zgrzyt klucza.
— Pozostały jeszcze drzwi prywatnego mieszkania i podwórzowe — powtórzył bufetowy i wybiegł z bufetu.
Za chwilę powrócił z nożem do krajania mięsa.
— Drzwi podwórzowe były otwarte — powiedział, a tłusta, dolna warga opadła mu na dół, co wyrażało przygnębienie.
— Teraz więc może być już wewnątrz domu — zauważył pierwszy woźnica.
— Niema go w kuchni — odparł bufetowy. — Są tam tylko dwie kobiety, a zresztą pokłułem każdy cal kuchni tym oto szpikulcem. Służące utrzymują, ze me mógł jeszcze wejść.
— Czyście zamknęli drzwi? — spytał pierwszy woźnica|bɾ — Już teraz nie wiem, co robić — rzekł bufetowy.
Brodaty mężczyzna opuścił rewolwer. W chwili, gdy to uczynił, klapa, prowadząca za kontuar, zamknęła się z trzaskiem, rygiel zgrzytnął, a drzwi do sali rozwarły się. Słyszeli, że Marvel pisnął, jak schwytany zajączek i natychmiast rzucili mu się na pomoc. Rewolwer brodacza wypalił, lustro w sali, trafione kulą, rozleciało się na drobne kawałki.
Gdy bufetowy wszedł do sali, zobaczył Marvela dziwnie pokurczonego i opierającego się o drzwi, prowadzące do kuchni w podwórzu. Bufetowy wahał się, co czynić, tymczasem drzwi rozwarły się a Marvela wlokło coś do kuchni. Rozległ się wrzask i brzęk szyb. Marvel, z głową w dół zwróconą, cofając się wstecz upornie, był gwałtownie popychany ku drzwiom kuchni, a tygle już się odsuwały.
Policyant, który usiłował minąć bufetowego, wpadł w towarzystwie jednego z woźniców, chwycił za rękę niewidzialnego ramienia, które trzymało Marvela za kołnierz, lecz w tej chwili otrzymał uderzenie w twarz i potoczył się wstecz. Drzwi się otworzyły, a Marvel czynił rozpaczliwe wysiłki zahaczenia się o nie. Woźnica coś uchwycił i zawołał:
— Mam go!
Czerwone ręce bufetowego szukały skwapliwie Niewidzialnego.
— Tu jest! — wołał bufetowy.
Marvel, uwolniony upadł na ziemię i usiłował wczołgać się po za nogi walczących. Walka odbywała się przy drzwiach. Po raz pierwszy usłyszano głos Człowieka Niewidzialnego, który syknął groźnie, gdy policyant stąpnął mu na nogę. Potem zaklął gniewnie, a pięść jego zaczęła śmigać w powietrzu, jak cep. Woźnica krzyknął i skręcił się kopnięty w brzuch. Drzwi sali zamknęły się z trzaskiem, zasłaniając odwrót Marvela. Ludzie, w kuchni pozostali, spostrzegli niebawem, że walczą i zmagają się z pustem powietrzem.
— Gdzie on się podział? — wołał brodacz. — Umknął?
— Tędy — rzekł policyant, wchodząc do ogrodu i zatrzymując się tam.
Kawałek kafla świsnął mu koło głowy i dokonał spustoszenia wśród porcelany na stole kuchennym.
— Ja mu pokażę! — zawołał brodacz i nagłe stalowa lufa błysnęła nad ramieniem policyanta, a pięć kul poszło w to miejsce, skąd wyleciał kafel. Brodacz, strzelając, posuwał lufę w kierunku poziomym tak, że strzały jego biegły, jak szprychy koła, wzdłuż małego podwórza.

Nastąpiła chwila milczenia. — Pięć nabojów — rzekł mężczyzna z czarną brodą. — To najlepszy środek. Przynieście latarnie, poszukamy panicza.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Herbert George Wells.