Ciotunia/Akt I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Ciotunia
Rozdział Akt I
Pochodzenie Dzieła Aleksandra Fredry tom V
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1880
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom V
Pobierz jako: Pobierz Cały tom V jako ePub Pobierz Cały tom V jako PDF Pobierz Cały tom V jako MOBI
Indeks stron

AKT I.
(Pokój z czterema drzwiami, prawe od aktorów do pokojów Aliny — lewe do pokoju Edmunda — stolik — krzesła.)


SCENA I.
(Słychać krzyk za sceną — wszyscy następnie, z różnych stron w rannych ubiorach wybiegają).
Małgorzata, Alina, Flora, Edmund, Zdzisław, Szambelan.
Małgorzata.

Ach dla Boga! ratujcie! — ratujcie, dla Boga!

Alina.

Coż to jest? — Co się stało?

Flora.

Co tu za krzyk, trwoga?

Edmund (bez fraka w płaszczu wojskowym).

Czy się pali?

Zdzisław (równie na pół ubrany — zasłyszawszy).

Pali się?

Szambelan (w szlafroku i szlafmycy).

Co? — pali... Gwałtu, gore!

Małgorzata (na swój gors wskazując).

Nie — tu, tu...

Wszyscy (otaczając ją).

Co? — co?

Małgorzata.

Pająk!

(śmiech powszechny)
Edmund.

Zabić tę potworę
Szambelanie! do walki! my będziem w odwodzie.

(śmiejąc się rozchodzą się)




SCENA II.
Małgorzata, Szambelan.
Małgorzata (mdlejącym głosem).

Na gorsie, Szambelanie.

Szambelan (przypatrując się przez lornetkę).

Gdzież jest?

Małgorzata.

Ach, na przodzie!

Szambelan.

Ale pająk?... Jest hultaj.

Małgorzata.

Ach! ach!

Szambelan (zdejmuje pająka, potém szlafmycę).

Już go niema.
Pozwól pani niech mszcząca noga się zatrzyma;
Pozwól niech teraz stanę w robaczka obronie,
Który śmiał spocząć chwilkę na anielskiém łonie.
Gdy jego pomieszkaniem zwykle wonne kwiaty,
Niedziw, że wziął za bukiet wdzięki Małgorzaty:
Że wziął za pełną różę ust świeżych tajniki,
Za biały narcyz bródkę, oczy za gwoździki;
A resztę... (z pożerczém wejrzeniem) Ach, resztę...

Małgorzata (poprawiając suknię).

Fi!...

Szambelan (rozogniony).

Stój myśli bez granic!
Piwonie, lilie, słoneczniki za nic!
Małe zatém zmylenie. — Całą jego winą,
Że został twego strachu niewinną przyczyną.
Przebacz, przebacz mu pani, mając to na względzie,
(czule) Że z takich winowajców nie on jeden będzie.

Małgorzata.

Pochlebniś z ciebie wielki, mój ty Szambelanie, —
Dobrze, niech się więc zadość twojej woli stanie,

Bo ten co twoim ustom powierzył obronę,
Wszystkie serca na swoje musi skłonić stronę.

Szambelan.

Obym mógł jak najprędzej twym pająkiem zostać!
I jak w siatki misterne, których licha postać,
Ale więzy niezbyte, ująć serce twoje,
Otoczyć wszystkie wdzięki, któremi się poję.

Małgorzata.

Fi, fi! milcz Szambelanie — jesteś natarczywy —
Zapłoniłam się — fi, fi!

Szambelan.

Lica kolor żywy
I to oko spuszczone wróżbą mi niemylną,
Żeś jest Szambelanowi, królowo, przychylną.
Ale cóż — te uczucia będą źrodłem smutku,
Bo życzenia serc naszych nie dojdą do skutku,
Jeżeli Edmund mężem Aliny zostanie.

Małgorzata.

Nie lękaj się, — Alina zważa na me zdanie.
Wychowałam ją... to jest: wzrosłyśmy wraz obie,
Wszystko radzim wzajemnie, powierzamy sobie,
W nas, że tak powiem, jedna tylko mieszka dusza.

Szambelan.

Pałam ku tobie, pani, ogniem wezuwiusza,
Alebym z dwóch jednego nieochybnie zgubił,
Gdyby on siostrzenicę, ja ciotkę zaślubił.
Ja miałbym się z nim zgadzać! znosić tego trzpiota,
Co na dalsze swawole pragnie tylko złota,
Co miłostek niesyty, szukając z nich chluby,
Nie jednej niewinności był przyczyną zguby.

Małgorzata.

Fe, brzydko, fe!

Szambelan.

U niego nic świętego niema,
Na wszystko szyderskiemi spogląda oczyma.

Małgorzata.

Prawda, że z Szambelancia nieustannie szydzi.

Szambelan (urażony).

Ze mnie? tego nie widzę.

Małgorzata.

Ale każdy widzi.

Szambelan.

Chociażby i tak było, mam ja na to radę,
Umiem nabić pistolet i wyciągnąć szpadę;
Lecz co dręczy nad wszystko, najboleśniej rani,
Że celem jego żartów, ty, ty jesteś pani.

Małgorzata (urażona).

Ja celem jego żartów? niegrzeczne wyrazy!
Proszę nie dzielić ze mną swej własnej urazy.
Jest wprawdzie lekkomyślny, na męża za młody,
Lecz jego przychylności mam jawne dowody.
Pamiętam jakby dzisiaj: już w późnej godzinie
Siedziałyśmy tu wszystkie wkoło przy Alinie,
Słuchałyśmy powodów, które ją znagliły
Wyjechać nagle z Wilna i pobyt tam miły
Zmienić na wiejską ciszę a raczej nudotę,
I jeszcze w takie zimno, w taką ciągłą słotę —
Siedziałyśmy więc w koło przy naszej Alinie,
Wiatr gwizdał — zegar stanął — ogień zgasł w kominie,
A wtem trzask! ktoś zajeżdża — kto? — jakiś wojskowy,
Nagle zasłabł w podróży.

Szambelan (ironicznie).

Tak, na zamęt głowy.

Małgorzata.

Ach, nie, na rany w ręku wzruszone wywrotem,
Tak, że w łóżku dni kilka musiał leżeć potém.

Szambelan.

Zkąd rany?

Małgorzata.

Zkądże? z wojny.

Szambelan.

A podróż?

Małgorzata.

Z Warszawy.

Szambelan.

I gdzie, tędy!

Małgorzata.

Do brata.

Szambelan.

Nie ma dobrej sprawy.

Małgorzata.

Koniec końców, gań sobie kiedy chcesz koniecznie,
Ja wiem, że jak mnie zoczył, rozśmiał się serdecznie;
I teraz, kiedy smutny, kiedy czasem wzdycha,
Ledwie mu się pokażę — zaraz się uśmiecha.

Szambelan.

Czemuż sobie nie jedzie, siedzi tu daremnie?

Małgorzata.

Ręka ledwie zgojona.

Szambelan.

Ba! zdrowszy odemnie.

Małgorzata.

I wojny teraz niema...

Szambelan.

To go pewnie cieszy.

Małgorzata.

Wolno jeszcze nie wracać.

Szambelan.

On się też nie śpieszy.
I na co mu się śpieszyć? — siedzi jakby w raju,
Ma przy sobie doktora i to dla zwyczaju...
Bo na co mu doktora?... i ten doktor, Boże!
Nawet mojej podagrze zaradzić nie może!
Bawi więc pan Porucznik jakby między swemi:
Śpi — wszystkie panie chodząc, ledwie dotkną ziemi;
Obudzi się — śniadanie oddawna go czeka,
Ta nalewa, ta słodzi, ta grzankę przypieka,
A panicz mocno słaby w krześle się rozpiera,
I jedynie przez grzeczność za czterech pożera.
Zimno mu? — na kominku ogień się rozkłada;
Gorąco? — drzwi na ośćież aż mi puder spada.
Przy stole na wyścigi dla niego usługa:
Jedna pani mu kraje, a dolewa druga,
Bo ranny nieboraczek rączką ani władnie,
Sztucca dźwignąć za trudno, lecz kieliszek snadnie...
A pije po sto razy, raz się nie zachłyśnie!
Po stole — jednej, drugiej czule rączkę ściśnie,
Do tej mile przemówi, na tę spojrzy tkliwie,
Śpiewa, skacze i trzepie — to chory, prawdziwie!

Warto dać się zadrasnąć chociażby i więcej,
Byle tylko tak kilka przepędzić miesięcy.

Małgorzata.

Wiem, wiem, dobrze rozumiem zkąd ten gniew pochodzi.
Posądzasz serce moje, zazdrość cię uwodzi.
Ach, ty panujesz w jego najskrytszym zakącie!
Uspokój się, niewdzięczny — ucałuj tę rącię.

(podaje mu rękę, którą on z uniesieniem całuje)




SCENA III.
Małgorzata, Szambelan, Flora, Zdzisław.
Zdzisław.

Brawo! nie tracą czasu gorliwe kochanki,
Nie popuszcza Szambelan na krok Podczaszanki;
Zawsze w parze miłośnej, niesyci zabawki,
Jak te między dębami siedzące turkawki.

Małgorzata (z utajoną radością).

Cóżeś widział?

Zdzisław.

Że panna raczka mi upiekła.

(na stronie)

Babsztyl zawsze czerwony, jakby wyszedł z piekła.

(biorąc na stronę Szambelana)

Wszystko idzie wybornie.

Szambelan (cicho do Zdzisława).

Cicho! bo usłyszy.

Flora (biorąc na stronę Małgorzatę)

Wszystko pójdzie najlepiej.

Małgorzata (cicho do Flory).

Dla Boga! mów ciszej.

(całą tę scenę Zdzisław z Szambelanem, a Flora z Małgorzatą cicho rozmawiają)
Zdzisław.

Alina cię uważa.

Flora.

Edmund się odmienia.

Zdzisław.

Zgaduje twoje myśli.

Flora.

Ceni twe westchnienia.

Zdzisław.

Edmund dla niej za młody, starszego chce męża.

Flora.

Dla uporu jedynie resztą sił natęża.

Zdzisław.

Jak tylko go oddalim, do ciebie się zwróci.

Flora.

Jak Alina odmówi, do nóg ci się rzuci.

Zdzisław.

O to się tylko staraj.

Szambelan.

Ile będzie można.

(odchodzą w głąb sceny)
Flora.

Potem ja wszystko skończę.

Małgorzata.

Tylko bądź ostrożna
Abym na kosz nie wlazła z tych wszystkich obrotów —
Edmund jeszcze niepewny, a Szambelan gotów.
I jak się co rozgłosi o tej naszej zmowie,
To mi się ten wyśliźnie, tamtego nie złowię.

Flora.

Cóż to? hoża Małgosia koszyka się boi,
Kiedy na jej skinienie stu czcicieli stoi?

Małgorzata.

Pochlebiasz.

Flora.

Prawdę mówię.

Małgorzata.

Cóż robić radzicie?

Flora.

Strzedz Edmunda z Aliną — podsłuchiwać skrycie,
Zrywać wszelkie sam na sam, nareszcie nawiasem
Rzucić okiem anielskiem na Edmunda czasem.

Małgorzata.

Poradźże mi Floruniu, bo masz gustu dużo,
Wziąść dziś lila sukienkę, kapeluszyk z różą?
Czy też bluzę niebieską, wstążki cytrynowe?

Flora.

Bluzę, bluzę, a pewnie zawrócisz mu głowę.

Małgorzata.

Idę się ubrać.

Flora.

Idź, idź.

Małgorzata (do siebie).

Milcz, ach milcz, sumienie!
Szambelan już zgubiony!

(odchodzi)




SCENA IV.
Szambelan, Flora, Zdzisław.
Szambelan (kończąc rozmowę ze Zdzisławem).

Kocha mnie szalenie,
Prawda, lękam się nawet sromotnej rozpaczy,
Kiedy o co rzecz idzie, na końcu zobaczy.
Ale im większa miłość, tém większa przeszkoda.

Zdzisław.

Ale im większa trudność, tém większa nagroda.
Zresztą nic się nie dowie, aż w lubej godzinie,
Gdy Szambelan z bukietem klęknie przy Alinie.
Teraz tylko nad listem trzeba się naradzić,
Który musi koniecznie Edmunda wysadzić.

Szambelan.

Ja mam więc list....

Zdzisław.

Napisać i niby odebrać.

Szambelan.

Rozumiem.

Flora.

Wszystkie sprawki trzeba zręcznie zebrać,

Które on nam sam nie raz powiadał o sobie;
Lecz oczywiście, w innym wystawić sposobie.
A Alina zapewne i wątpić nie będzie,
Że Edmund na pół tylko był szczerym w tym względzie.

Zdzisław.

Jednakże ten list nie tak ma być napisany,
Jakby tylko jedynie dla jego nagany.

Flora.

Tak, między tém i owém przypadkiem, nawiasem,
Niech zdanie o Edmundzie pokaże się czasem.

Szambelan.

Proszę spuścić się na mnie, bywałem u dworu:
Dekretem mu się stanie pochwała z pozoru.

Flora.

Ona co tak uważa powszechne mniemanie,
Oddali go niebawem.

Zdzisław.

I twoją zostanie.

Szambelan.

Panno Floro! Zdzisławie! przyjaźń wasza szczera
Niewygasłej wdzięczności serce me otwiera

(chełpliwie)

Ale i ja też westchnąć nie lubię daremnie.

(biorąc się za ręce i oglądnąwszy się, tajemnie)

Alina za pół roku pokocha się we mnie;
Już ja to — nie chwaląc się — z wszystkiego poznaję,
Na to wam moje słowo szambelańskie daję.

(odchodzi)




SCENA V.
Flora, Zdzisław.
Flora (śmiejąc się).

Tak wszystkiemu uwierzył!

Zdzisław.

I jął się tak żywo.

Flora.

To trzeba głupca!

Zdzisław.

Głupich dzieła, mądrych żniwo.
Jak jego tak i ciotki szalone nadzieje,
To prawda, ale z niemi dobrze nam się dzieje.
Dawniej wcale nie dbali, sobą zatrudnieni,
Czy się Edmund ożeni, czy się nie ożeni;
Teraz gdy niby korzyść zręcznie im wskazałem,
Przeciw temu związkowi działają z zapałem.

Flora.

Wszystko to dobrze, ale przez nasze staranie,
Gdy Edmund oddalonym nareszcie zostanie,
Cóż potém?

Zdzisław.

Co? co potém? to przednia obawa!
Potém, kochana Flora pójdzie za Zdzisława.

Flora.

A dalej?

Zdzisław.

Dom Aliny naszym domem będzie.

Flora.

Czy myślisz, że Alina w klasztorze osiędzie?
Że się łatwo nie trafi i drugi i trzeci,
Tam gdzie powab ujmuje, gdzie się posag świeci?
Dziś Alina pamięta na dawne zmartwienia,
Lęka się nowych związków, wolność swą ocenia.
Lecz czas, zdrajca, co niby do dzieła ochoczy,
A w rzeczy czerw nieszczęsny, wszystko w niwecz toczy,
Przyćmi jaskrawy obraz powierzchnią zasłoną,
I rozklei budowę uczuciem spiętrzoną.
Czułe wdzięki kochanka, postać ujmująca
Wady przeszłego męża w grób za nim postrąca.
Ach, z nowém światłem w duszy, nowy dzień przed nami!
Świat barwi się na nowo — na nowo nas mami —
Wstręt do miłości stygnie, miłość to spostrzega,
Wiedzie przed ołtarz, łączy i — znowu odbiega!

Zdzisław.

Dla czegoż ma ostygnąć, gdy naszym zamiarem
Coraz nowym bez przerwy podsycać go żarem;
Kiedy oddalać będziem czułość, stałość, wdzięki,
Wszystko co skłonić może do oddania ręki?

Flora.

Próżno — w życiu kobiéty jest pewna granica;
Przed nią — marzenie; za nią — prawda jej przyświeca;
Przed nią — każda się cofa; za nią — w miejscu stoi,
I jutro tego szuka, czego dziś się boi.
Łatwo, stojąc na górze, z góry w dół pozierać;
Łatwo, mając w czém wybrać, chcieć, niechcieć wybierać;
Łatwa przeciw miłości w oklaskach obrona —
Nie dba o jedno serce powszechnie wielbiona.
Ale kiedy już ciszej, coraz ciszej wkoło,

Kiedy już coraz częściej zasępia się czoło,
Kiedy oko przygasłe w przeszłości już czyta,
Liczy lata stopione, o korzyść z nich pyta;
A te czucia pieszczące od świata karmione,
Gdy już świat o nas ucichł, ucichły i one;
Wtedy leżą w przeszłości te wspomnienia blasku,
Jak z wystrzelonej racy gdzieś papier na piasku;
Wtedy natura matka powraca do domu —
Chcemy dać serce — lecz ach, nie mamy dać komu.

Zdzisław.

Tém lepiej; niech swą rękę dla siebie zatrzyma,
Niech jej dom zawsze nad nas, innych panów nie ma.

Flora.

Nie — bo biorąc porywczo, kiedy czas przynagli,
Puszczamy się na morze bez steru i żagli,
Alina więc z tej dotąd jeszcze stoi strony:
Jak Edmund, tak dziesiąty będzie odprawiony,
Ale na drugą stronę gdy ją czas przeciągnie,
Pierwszy, rękę dziś drogą za bezcen osiągnie.

Zdzisław.

Ba, ba, ba! Niechno w porcie zarzucę kotwicę,
W mur chiński dla Aliny zmienię tę granicę.

Flora.

I ciotka i Szambelan zwiedzeni oboje,
Na sobie wynagrodzą umartwienia swoje,
I ta para turkawek tu nam gruchać będzie.

Zdzisław.

O, nie — niech para grucha tam, gdzie sobie siędzie.

Flora.

A gdzieindziej jak z nami?

Zdzisław.

Spuść się na mnie, proszę.
Ciotunie, Szambelany, wszystko to przepłoszę.
I niechno się ztąd tylko pan Edmund zabierze,
Bo ja w te wszystkie wstręty Aliny nie wierzę,
Bo ta bladość jej twarzy, ciągłe roztargnienie,
Rzadkie do niego mowy wyraźne zwrócenie,
A częste z nim przechadzki — rzecz niejasna wcale.
Jawniejsza miłość bywa w pragnącym zapale,
A gdy obojętności już maskę przywdziewa,
Wtedy już jej najczęściej na niczém nie zbywa.

Flora.

Że go lubi, któż przeczy?

Zdzisław.

Na naszej więc głowie,
Pierwiej go ztąd wyprawić nim się o tém dowie.

Flora.

Tymczasem rzucę okiem na list Szambelana.

Zdzisław.

Tylko zręcznie, ostrożnie.

Flora.

Czyżem ci nieznana?





SCENA VI.
Zdzisław.

O znana i aż nadto! — mądre słowo twoje —
Lecz ja mędrszych od siebie cokolwiek się boję.

I jeśli się nie mylą, to granica owa
Już się, duszko, za tobą w mgłach przeszłości chowa.
Mając zaś czyste pole, inaczej ja zrobię —
Z czasem — zwolna — Alina — pomyślę o sobie.





SCENA VII.
Zdzisław, Edmund (ręka na chustce).
Zdzisław.

Cóż ręka?

Edmund.

Dobrze.

Zdzisław.

Serce?

Edmund.

Nieźle.

Zdzisław.

Milczy?

Edmund.

Bije.

Zdzisław.

Nadziei czy miłości?

Edmund.

Któż bez obu żyje!

Zdzisław.

Jesteś skrytym.

Edmund.

Źle to?

Zdzisław.

Źle.

Edmund.

Dla kogo?

Zdzisław.

Dla ciebie.

Edmund.

Dla czego?

Zdzisław.

Bo nie znajdziesz pomocy w potrzebie.

Edmund.

Pomocy? ja? a to w czém?

Zdzisław.

Odpowiedz sam sobie.

Edmund (na stronie — niespokojny).

Miałżeby mieć wiadomość.

(do Zdzisława)

Lecz w jakim sposobie?

Zdzisław (poufale).

Powiedz — kochasz Alinę?

Edmund (z uśmiechem).

Tu mowa zmierzona!

Zdzisław.

Kochasz?

Edmund.

Z tém się nie kryję.

Zdzisław (tajemnie)

Ale ona?

Edmund.

Ona?

Gdybyś mi to powiedział, dziękowałbym szczerze,
Bo dotychczas, niestety, nic nie wiem w tej mierze.

Zdzisław (niedowierzając).

Nie wiesz?

Edmund.

Ach, gdybym wiedział, wiedziałby świat cały.

Zdzisław.

Ja znam Alinę — moje rady by się zdały.

Edmund.

Proszę o nie.

Zdzisław (z udaną czułością).

Edmundzie, ja ci dobrze życzę.

Edmund.

Nie wątpię.

Zdzisław.

W twojém szczęściu i ja zyski liczę.

Edmund.

Jakto?

Zdzisław.

Otóż i ona — sam na sam zostawię.

Edmund.

Dobrze.

Zdzisław.

Wszak to pomoc, przyjmij ją łaskawie.

(odchodzi)




SCENA VIII.
Alina, Edmund.
Alina.

Co mówił?

Edmund.

W naszę ufność koniecznie się wciska.

Alina.

Ach Astolfie!

Edmund (oglądając się).

Ostrożnie.

Alina.

Edmunda nazwiska
Już dłużej, wierz mi, serce moje znieść nie może —
Tak mnie zawsze przerazi! tak się zawsze trwożę!

Edmund.

Lecz je, niestety, jeszcze zachować wypada.

Alina.

Ja też tylko przy tobie odpocząć bym rada.
Złożyć to ciężkie jarzmo naszej tajemnicy,
Uchylić maskę, ćmiącą jasność twej źrenicy. —
Lękam się swego cienia — trwożę się szelestem —
Ach, gdzie idzie o ciebie, dzieckiem tylko jestem.

Edmund.

Nie dziw się, moja droga, że się nie tak trwożę,
Szczęście ciebie posiadać trudno zblednąć może;
Zdaje mi się że niema w tym świecie przygody,
Za którąbym w twém sercu nie znalazł nagrody.
Nie — mojej szczerej wiary nic zachwiać nie zdoła:
Że mogę być spokojny pod skrzydłem anioła.

Alina.

Umiesz aż nadto moję ukołysać trwogę,
Bo słysząc te wyrazy świat zapomnieć mogę.
Ale listów dziś niema — Bóg wie co się dzieje!
Może już dotąd znikły najdroższe nadzieje.

Edmund.

Wszystko skończy się dobrze, bądź tylko cierpliwa.

Alina.

Mnie nie na cierpliwości, na odwadze zbywa.

Edmund.

Nikt nademnie nie traci i nie cierpi na tém,
Iż nie mogę przed całym pochwalić się światem:

(ujmując ją wpół)

Moją jest żoną! moją! ta wdzięczna Alina,
Dawniej cel naszych westchnień, dziś żalu przyczyna!
Ale jestem spokojny co do mojej sprawy.
Pułkownik nieprzyjaciel, ale człowiek prawy,
Jak tylko do sił przyjdzie, działać będzie w stanie,
Pewnie na mą obronę uczyni wyznanie:
Iż nie tylko że nie był wyzwany przezemnie,
Ale żem się godzinę wzbraniał nadaremnie,
Że mi wcisnął pistolet i lżącym wyrazem
Zmusił w końcu do gniewu i do strzału razem.

Alina.

Nie wątpię że uczciwy, że to wszystko powie,
Ależ na to potrzeba by odzyskał zdrowie.

Edmund.

Ma się lepiej, w ostatnim Radost pisał liście.

Alina.

Zresztą, nim twą niewinność wskażą oczywiście,
Któż ręczy że tymczasem nie będziesz zdradzony?

Edmund.

Zmiana mego nazwiska — odległość tej strony.
O, gdybyśmy naszego małżeństwa nie kryli,
Jużby stare sąsiadki pewnie do tej chwili
Tu, tędy i owędy po tropach zławiały,
W rzeczy, cel ciekawości i plotek niemały!
Poszła za mąż — no proszę! gdzie? kiedy? za kogo?
Któż on jest? zkąd? — nikt nie wie, powiedzieć nie mogą —
Dla czego? — sekret — A, ba! — jednak wiemy o tém —
Gdzież się z sobą poznali? — gdzie był ślub? — A potém...
Jakże tam było? jak, gdzie? — w drodze — ale przecie...
I wkrótceby wieść listy rozniosły po świecie.
Lecz dziś nikt prócz domowych o mnie nie wie prawie,
A domowym nie w myśli żeś była w Warszawie.
Tam zaś, któżby mógł zgadnąć, że z koła czcicieli
Umknąwszy się, Alina los wygnańca dzieli,
Który swemu nieszczęściu składać musi dzięki,
Iż tak szybko, w lot prawie, dostąpił twej ręki.

Alina.

Wszystko to pięknie, dobrze twoja miłość zdobi,
Lecz jak pułkownik umrze?

Edmund.

Tego mi nie zrobi.

Alina.

Mój Astolfie, idź napisz — dziś gońca wyprawię.

Edmund.

Nim zajedzie i wróci, koniec będzie sprawie.

Alina.

Koniec, lecz jaki!

Edmund.

Dobry.

Alina.

Lekceważysz sobie.
Idź, napisz — zrób to dla mnie.

Edmund (całuje ją w rękę).

Ach, czegoż nie zrobię!
Ale jestem spokojny i nie tracę wiary,
Że i Bóg tego strzeże, kto kocha bez miary.

KONIEC AKTU PIERWSZEGO.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.