Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom V.djvu/019

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Szambelan.

Ba! zdrowszy odemnie.

Małgorzata.

I wojny teraz niema...

Szambelan.

To go pewnie cieszy.

Małgorzata.

Wolno jeszcze nie wracać.

Szambelan.

On się też nie śpieszy.
I na co mu się śpieszyć? — siedzi jakby w raju,
Ma przy sobie doktora i to dla zwyczaju...
Bo na co mu doktora?... i ten doktor, Boże!
Nawet mojej podagrze zaradzić nie może!
Bawi więc pan Porucznik jakby między swemi:
Śpi — wszystkie panie chodząc, ledwie dotkną ziemi;
Obudzi się — śniadanie oddawna go czeka,
Ta nalewa, ta słodzi, ta grzankę przypieka,
A panicz mocno słaby w krześle się rozpiera,
I jedynie przez grzeczność za czterech pożera.
Zimno mu? — na kominku ogień się rozkłada;
Gorąco? — drzwi na ośćież aż mi puder spada.
Przy stole na wyścigi dla niego usługa:
Jedna pani mu kraje, a dolewa druga,
Bo ranny nieboraczek rączką ani władnie,
Sztucca dźwignąć za trudno, lecz kieliszek snadnie...
A pije po sto razy, raz się nie zachłyśnie!
Po stole — jednej, drugiej czule rączkę ściśnie,
Do tej mile przemówi, na tę spojrzy tkliwie,
Śpiewa, skacze i trzepie — to chory, prawdziwie!