Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom V.djvu/027

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Kiedy już coraz częściej zasępia się czoło,
Kiedy oko przygasłe w przeszłości już czyta,
Liczy lata stopione, o korzyść z nich pyta;
A te czucia pieszczące od świata karmione,
Gdy już świat o nas ucichł, ucichły i one;
Wtedy leżą w przeszłości te wspomnienia blasku,
Jak z wystrzelonej racy gdzieś papier na piasku;
Wtedy natura matka powraca do domu —
Chcemy dać serce — lecz ach, nie mamy dać komu.

Zdzisław.

Tém lepiej; niech swą rękę dla siebie zatrzyma,
Niech jej dom zawsze nad nas, innych panów nie ma.

Flora.

Nie — bo biorąc porywczo, kiedy czas przynagli,
Puszczamy się na morze bez steru i żagli,
Alina więc z tej dotąd jeszcze stoi strony:
Jak Edmund, tak dziesiąty będzie odprawiony,
Ale na drugą stronę gdy ją czas przeciągnie,
Pierwszy, rękę dziś drogą za bezcen osiągnie.

Zdzisław.

Ba, ba, ba! Niechno w porcie zarzucę kotwicę,
W mur chiński dla Aliny zmienię tę granicę.

Flora.

I ciotka i Szambelan zwiedzeni oboje,
Na sobie wynagrodzą umartwienia swoje,
I ta para turkawek tu nam gruchać będzie.

Zdzisław.

O, nie — niech para grucha tam, gdzie sobie siędzie.

Flora.

A gdzieindziej jak z nami?