Branki Budrysów

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Antoni Edward Odyniec
Tytuł Branki Budrysów
Pochodzenie Poezye
Data wydania 1874
Druk Drukarnia Gazety Lekarskiej
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
BRANKI BUDRYSÓW.

(DO LUCI, TERENI, MANI.)



Lucia, Terenia, Mania,
Łzami ubolewania
Płaczą losu tych żon Trzech Budrysów,
Co to Laszki, baranki,
Niewiniątka — a branki
U Litwinów — niedźwiedzi! tygrysów!

Zkądże takie współczucie? —
O! dość spojrzeć na Lucię,
Na Terenię — wesołe koteczki;
Dość się wpatrzyć w te czarne,
Mani oczki figlarne,
Co się błyszczą, jak z chmur dwie gwiazdeczki;

By dojść, że się w tym razie
Same czując w obrazie,
Tak drżą przed nim ze wstrętem i trwogą.
Ach! a gorsza przyczyna,
Że snać ze mnie, Litwina,
O Litwinach zdań zmienić nie mogą.

Lecz nie płaczcie! albowiem
Ja wiém, i wam opowiem,
Dalszy koniec téj całéj przygody.
Wieszcz ją przerwał na chwili,
Gdy synowie wrócili,
A dziad posłał zapraszać na gody.

A tymczasem trzy one,
Rozżalone, strwożone,
Nuż w płacz głośny, pokląkłszy na ziemi! —
Stary w głowę zachodził,
Cieszył, koił, łagodził,
Aż nakoniec, nuż płakać wraz z niemi!

Bo w myśl weszła mu Ona,
Ukochana, stracona: —
Taką była, gdy wiózł ją do domu;
Taką nieraz bywała,
Gdy go płacząc błagała.
Aby krzywdy nie czynił nikomu! —

Zrozumiały filutki
Łez i modłów swych skutki —
Więc do dziada z błagalném wejrzeniem!
Nuż go chwytać za dłonie,
Nuż się tulić na łonie —
Dziad roztopniał, jak wosk przed płomieniem.

„Dzieci! — krzyknął nareście —
„Gośćmi memi jesteście.
„Stary Budrys nie krzyżak, nie zbójca.

„Przez Znicz i przez Perkuna!
„Ja wam za opiekuna,
„Ja sam stanę za stróża i ojca. —

„Hola! słuchać mię, chłopcy!
„To me córki — wy, obcy;
„Chcę was z niemi poswatać — lecz proba!
„Nie dam żadnéj żadnemu,
„Aż się skłoni ku niemu,
Aż go sama bez musu podoba.“ —

Luci, Mani, Tereni,
Z ócz się radość promieni:
„O! z tych Laszek nie będzie Litwinek!“ —
Poczekajcie! boć przecie
Z Lamé–Fleury snać wiecie,
Jak to było z porwaniem Sabinek.

Rzecz nie moja, powody
Ich miłości i zgody!
Lecz jak prawdę największą rzekł Adam:
„Że nad wszystkie ziemianki.
Milsze Laszki kochanki,“
Tak ja prawdę nie mniejszą powiadam:

Że na całym tym świecie
Nié ma, i nie znajdziecie
Mężów lepszych, jak męże Litwini!
Każdy z nich, na głos żony,
Jest jak niedźwiedź uczony,
A cierpliwy, jak wielbłąd w pustyni.

A pytam pannę Lucię:
Nie miłeż to uczucie
Czuć się w domu królową i panią?
Pytam pannę Terenię:
Źleż to, na swe skinienie
Mieć wnet wszystko, co zechce? — A Manio

Nieraz ci, jestem pewny,
Śnią się wschodnie królewny,
Słoń za konia, i tron w palankinie! —
Otóż wszystko to prawie
Znaleźć możesz na jawie
W wsi litewskiéj, i w mężu Litwinie.

A cóż mówić o lidze,
O Jadwidze?... Lecz widzę,
Że dość tego, co rzekłem już wprzódy.
Mani, Tereni, Luci,
Nie dziwi już, ni smuci,
Że bez musu odbyły się gody.

1865.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Antoni Edward Odyniec.