Wit Stwosz u pręgierza

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Antoni Edward Odyniec
Tytuł Wit Stwosz u pręgierza
Pochodzenie Poezye
Data wydania 1874
Druk Drukarnia Gazety Lekarskiej
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
WIT STWOSZ U PRĘGIERZA.

(DO WINCENTEGO POLA).




Śpiewaku Stwosza! jak w senném widzeniu,
Duch mu proroczy, w postaci niewieściéj,
(Jak sam opiewasz), w krzyżu i płomieniu
Zwiastował godło chwały i boleści:

Tak snać ku tobie samemu się zbliża
W blasku twéj sławy, znak i próba krzyża.
Bacz więc i czuwaj! abyś sam w téj probie
Dotrwał, i drugim wzór zostawił w sobie:
„Że krzyż ten tylko zdoła godnie dźwignąć,
Kto sam w miłości nie będzie tu stygnąć.“
I choćby nawet brat wziął rolę kata,
On w kacie nawet nie zapomni brata;
Aż przyjdzie chwila, że mu to odpłaci
Bóg, na swym sądzie, i sąd innych braci! —

Tymczasem, w dowód mych uczuć braterskich,
Przyjm! com wyczytał z kronik Norymberskich.





∗             ∗

W Norymberdze gwarno, świętno.
„Co się stało?“ — każdy pyta.
— „Na rzeźbiarza, Stwosza Wita,
Pod pręgierzem kładą piętno.“ —

—„Za co? — Jak mógł? czém przewinił?
On, co przez swój żywot cały
Strzegł Zakonu, a co czynił,
To dla Bożéj, naszéj chwały?“ —

— „Kacerz! Apostata w wierze!
Wszystkich zbrodni stek i zaród.
Z Lucyperem wszedł w przymierze,
Bluźni Bogu, truje naród!“

— „Gdzież dowody?“ — „Sąd burmistrza
Nie potrzebuje dowodu.
I ja sam dziś dzieło mistrza
Spełniam — dla dobra narodu!“ —

Tak w zgiełku miejskiéj hołoty,
Do tłumu, co go otacza,
Wołał młodzian, co z ochoty
Wziął na się rolę siepacza.

Sam on rzeźbiarz, i niedawno
Uczeń Stwosza — gdy w zapale
Wielbiąc jego przeszłość sławną,
Chciał mu tylko zrównać w chwale.

I widząc, jak po mistrzowsku
Tworzył: nieraz na podziękę,
Z rozczuleniem, po synowsku,
Usta kładł na jego rękę.

Dziś — jaki powód go kłoni
Znęcać się nad losem bratnim?
Bóg to sam chyba odsłoni
Na swoim sądzie ostatnim. —

A Wit Stwosz już u pręgierza,
Na milczącą patrzy zgraję,
Co choć zbrodni nie dowierza,
W obronie prawdy nie staje.

I ci, co jego przyjaźni
Jako zaszczytu szukali,
O jego tylko już kaźni
Szeptając, stoją w oddali.

On przecież, chociaż sromotny,
Krzywy nań wyrok się iści.
Jak w duszy próżen zgryzoty,
Tak w sercu bez nienawiści.

I chociaż wié, że niewinny
W tém, w czém go winią potwarze,
Sam szuka przyczyny innéj,
Za co go może Bóg karze.

I gdy tłum wrzaskiem złowrogim
Zwiastuje przyjście siepacza,
On serce korzy przed Bogiem,
A prześladowcom przebacza.

Ale gdy ujrzał młodziana,
Co nań żelazo rozpalał:
Żałość go zdjęła nieznana,
I nagle łzami się zalał.

„Tyżeś to? Korneliuszu!
Ty, widzę, chcesz mi być katem,
Com w sztuce i geniuszu
Z radością witał cię bratem? —

„O! żal mi ciebie, młodzieńcze!
Bo gdy w ślepém uniesieniu
Popełniasz to — ja ci ręczę,
Że karę znajdziesz w sumieniu.

„I gdy rozwagą dojrzejesz,
A burze uczuć przeżyjesz,
Czyn twój, sam łzami oblejesz.
Lecz plamy jego nie zmyjesz.

„Gdyby zaś gniew cię zapalał
Z jakiéj pobudki nieczystéj;
To choćbyś wszystkich pokalał,
Nie uszczkniesz palmy artysty.

„Bo miłość tylko mu siłą,
W niéj tylko ducha narzędzie.
A gdzie miłości nie było,
Tam i natchnienia nie będzie.“ —

1862.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Antoni Edward Odyniec.