Bajbuza/Tom I/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Bajbuza‎ | Tom I
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Bajbuza
Podtytuł Powieść historyczna. Czasy Zygmunta III
Data wydania 1885
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron

VIII.

Królowa Anna drżąc oczekiwała przybranego syna, o którym sądziła z jego listów, z opowiadań o nim ludzi, z przeczuć własnego serca, a razem z tem jednak na modlitwach do Boga, czuła, że ta postać, jaką miała przed oczyma, której się spodziewała, taką jaką ona ją sobie tworzyła długiemi laty, mogła być marą tylko i złudzeniem. Zygmunt zaś wcale inną rzeczywistością.
Ostatni ten zawód w życiu, które było go pełnem, byłby ją zabił.
Jak tylko się królowa dowiedziała, iż Zygmunt ze Szwecyi wypłynął i był spodziewanym w Gdańsku, nie mogąc sama pośpieszyć na jego spotkanie, wśród kraju z powodu partyzantów Maksymiliana niewszędzie dla niej bezpiecznego, musiała czekać na siostrzana w Piotrkowie.
Kaliński się ofiarował, bądź co bądź, dotrzeć do Gdańska, a tam znaleźć środki, posły, ludzi, aby królowę ciągle uwiadamiać o podróży Zygmunta.
Nie wiedziała o tem wcale Anna, że stary król Jan III., zrażony naleganiami Polaków o ustąpienie Esthonii, pod błogosławieństwem synowi nazad powracać kazał i zrzec się korony. Nie wiedziała i o tem, że przy boku młodego pana będący księża Gołyński, ks. Rabe i inni, tak mu malowali stan nieszczęśliwy rzeczypospolitej, iż młody pan postanowił już był w duchu koronę mu ofiarowaną, jakby ona była jabłkiem do zjedzenia, ustąpić arcyksięciu austryackiemu Ernestowi, z warunkiem tylko, aby sobie siostrę jego Annę wziął za żonę.
O tych wszystkich strasznych, poczwarnych planach, stara królowa nie miała pojęcia.
Nie były też one tak głoszone, aby poza izby króla młodego w świat wylecieć miały.
Ofiarę Kalińskiego przyjęła królowa z wdzięcznością wielką, kazała mu dać listy do JMMPP. Rad miejskich miasta Gdańska, do kilku burmistrzów, zmogła się na dosyć szczupły wiatyk dla niego i Kaliński ruszył.
Jak sobie tam w miejscu radę dawał, nie wiadomo, lecz mimo niepozorności swej, prostoty umiał trafiać do celu, i listy jego były tak dla starej królowej pożądane, iż nigdy może od sióstr dawniej, niecierpliwiej oczekiwanemi nie były.
Rozumie się, iż poczciwy Kaliński już o dwór się ocierając do tyla był dyplomatą, iż nie wszystko pisał jak widział, i co było smutniejszego zachowywał dla siebie. Listy do królowej, rodzaj gazetek pisanych, brzmiały uwielbieniem dla młodego pana i podziwem nad zapałem, jaki okazywano mu wszędzie przyjmując pożądanego.
Inną drogą zmienione nieco gazetki te słał Kaliński przyjacielowi Bajbuzie, który go tak owym rzędem i czaplą kitką ujął za serce, iż go czcił i wielbił a podnosił nad wszystkich.
Do królowej też nadzwyczaj było posłowi jej trudno napisać prawdę o towarzyszce Zygmunta, siostrze jego Annie, która z nim razem przybywała, ale różniła się od niego całem niebem, jak się naówczas wyrażano.
Króla młodego otaczali Jezuici, a gdy się pośmiać chciał, przychodził w wyszarzanej laika sukience ks. Kapusta, nomen omen, prostoduszna istota, który głupkowatemi odpowiedziami go zabawiał.
Królewna Anna przy sobie księży katolickich znosić nie mogła, zowiąc ich bałwochwalcami, papistami, faryzeuszami, tak że częstokroć i Zygmunta i jego towarzyszów do rozpaczy przyprowadzała. Nawracać ją nie było sposobu, wymódz na niej nawet przyzwoite milczenie trudno było, tak że najczęściej rozdzielano króla młodego od niej, zostawiano ją samą, i musiano przez szpary patrzeć, gdy sobie do towarzystwa ministrów protestanckich ściągnęła.
Czyniła zaś to często na przekorę bratu, a więcej jeszcze Jezuitom przy nim będącym, którzy nie śmiejąc wojować z kobietą, z królewną, udawali że nie słyszą, udawali że nie widzą, czynili jakby nie rozumieli.
Postępowanie to gorszące królewnej Anny starano się zatrzeć, pokryć, osłonić, gdy ona przeciwnie chciała je mieć głośnem. Ztąd nieustanne szorstkie starcia, a dla Zygmunta niewyczerpane źródło utrapień.
Jakkolwiek księża byli pewni, iż umysł młodego króla opanowali i nie potrzebowali się obawiać, aby im go wydarto, wpływ siostry, słuchanie jej ironicznych naigrawań z katolickich obrzędów, z relikwij, z nabożeństwa, niepokoiło stróżów sumienia.
Kaliński, który dzięki listom i pozawiązywanym stosunkom, wszędzie się umiał docisnąć, a zaraz pierwszego dnia do Leśniowolskiego się dostał, który z królem przybywał, z dworem szwedzkim i z duchownymi się poznał — uderzony był zafrasowaniem, smutkiem, widoczną niechęcią, z jaką Zygmunt witał nową swoją ojczyznę.
Znalazł go dziwnie chmurnym, milczącym, dumnym i uciekającym cochwila do swych pokojów, do swej poufałej służby, do swych tajemniczych zajęć i nabożeństwa.
Pobieżny nawet uśmieszek nie zjawił się na twarzy posępnej Zygmunta.
Wszystkim wydał się on pięknym, lecz ani w nim jagiellońskiego nic, ani polskiego nie było… hiszpan, szwed, cudzoziemiec był jakiś, choć po polsku powoli ale czysto mówił i pięknie.
W kraju jak Polska, gdzie tak niepomiernie puszczano wodze swadzie, przywiązywano taką wagę do retoryki, sypano mowami z taką ochotą, król milczący z trudnością mógł podbić serca.
Po Batorym, który po łacinie i z żołnierskim lakonizmem się odzywał, mruczek taki, który mówić poprostu nie chciał, smutnym był nabytkiem.
Ani twarzą, ani mową serc sobie nie mógł pozyskać.
Od domowników się dowiedział Kaliński, że pan młody był jednak nadzwyczaj obdarowanym od natury i do wszystkiego zdolnym.
Co się tyczy rycerskich spraw, świadczono, że mężnym był, ale się w wojskowej sztuce i zabawach nie kochał.
Lubił za to kant, muzykę, obiecywał sławną utrzymywać kapelę, i własnoręcznie do kościołów wyrabiać monstrancye i kielichy.
Talenta te Kalińskiego czyniły niemym. A cóżby robili złotnicy przy Grodzkiej ulicy?
To mu przyznawał poseł królowej Anny, że się nader pańsko stawił i znać w nim było na pierwszy rzut oka potomka wielkiego rodu.
Królowej Annie ręce drżały odbierając te listy poufne. Obok nich przychodziły i od samego Zygmunta, serdeczne ale sztywne i kancelaryjnym stylem układane. Królowa napróżno szukała w nich tej oznaki jakiejś poruszenia serca, która dla niej nade wszystko droższąby była.
Tak z jednej strony odbierając doniesienia od Kalińskiego, z drugiej wieści od Krakowa sprzeczne, raz o powodzeniach hetmana, to znowu o siłach gromadzących się groźno Maksymiliana, który swoją elekcyę zawsze za najprawowitszą w świecie uważał — królowa nie miała chwili pokoju i pociechy.
Była to prawdziwa tortura moralna, w której zimno i upał mieniały się nieustannie, nadzieje i zwątpienia.
Ludzie nie oszczędzali jej najprzykrzejszych baśni, zmyślań, postrachów. Jedyną pociechą było tylko, że przedniejsi senatorowie, prymas, panowie, czoło narodu, śpieszyli połączyć się z Zygmuntem, jako z wybranym przez się monarchą, jedynym jakiego uznawali.
Chwili, gdy naostatek marzenie lat długich się ziściło i Anna mogła siostrzana, syna w nim uścisnąć, tego, co się w jej sercu działo podówczas, żadneby pióro nie opisało. W duszy nuciła tę pieśń ziszczonych nadziei, której się już nie spodziewała dożyć. Teraz, odpuść mnie Panie…
Syn ten przybrany wydał się cudownie pięknym, zjawił opromieniony wszystkiemi przymiotami, jakie tylko zamarzyć dlań mogła.
Śmiała się, płakała, obejmowała go, klękała przed nim, i nawet lodowaty chłód przybysza musiał nieco tajać, gdy się znaleźli sam na sam.
Uprzedzoną była królowa o Annie, którą witała czule, ale z pewnem zakłopotaniem, a ona też wcale się ciotce nabijać nie myślała.
I król i ona, gdy się znaleźli sami w komorze zamkniętej, na zapytanie, jak się im Polska podobała, odpowiedzieli, że wyglądała smutnie i ubogo. Była to też pora jesienna, w której kraj żaden pięknym wydawać się nie mógł, a droga jaką przebywali, nie wiodła najpiękniejszemi okolicami.
W Piotrkowie długo spoczywać nie było można. Zarówno z przybyciem Zygmunta nadeszła wiadomość, że jazda Maksymiliana opanowała Przedborz, a Opalińskiego oddział rozbiła i w części w niewolę zabrała. Oprócz tego pochwycono pacholika wysłanego tu umyślnie, aby miasto podpalił, i w istocie pożar został podłożony.
Przez dni dwa nie rozbierał się król i spać nie kładł — czuwali wszyscy, ściągano oddziały, spodziewano się napaści.
Maksymilianowe ufce wyprawione dla opanowania Piotrkowa, uznały go wszakże trudnym do zdobycia i popłoch tylko wznieciwszy cofnęły się. Ale, co gorzej, szlachta wielkopolska i sieradzka, która się do króla ściągała, znużona powoli rozchodzić się zaczęła. Siły Zygmunta się uszczuplały. Doradzono królowi nocą i potajemnie wyciągnąć do Warszawy.
Był to ruch, jak się okazało, umyślnie na obałamucenie nieprzyjaciela tylko obrachowany. Puszczono wieści, że Zygmunt do Szwecyi powraca, tymczasem on nagle wstecz się do Krakowa skierował, przeszedł Pilicę pod N. Miastem, potem Wisłę pod Korczynem, i tym sposobem rzeką się od obozu Maksymiliana obwarował.
Królowa z Anną udały się do Warszawy.
Pożegnanie z Zygmuntem kosztowało łez wiele. Ona co wszystko poświęciła, aby go do tego tronu doprowadzić, ofiarami niezmiernemi, musiała z ust jego usłyszeć, że gotów zrzec się korony dla Ernesta i Anny, a sam woli do Szwecyi powracać.
Pierwsze te dni panowania najprzykrzejsze na nim uczyniły wrażenie. Słyszał tylko o rozterkach, widział kraj rozdarty, nie było nadziei przejednania; młody, niedoświadczony, gdy i ojciec nalegał, aby się cofnął, przyznał się ciotce, iż nad wszystko wolałby to uczynić.
Anna padła łzami zalana, nie znalazłszy wyrazów na odpowiedź. Zygmunt z takim chłodem jej oświadczał to postanowienie swoje, z takiem niemal okrucieństwem, że słowy temi miłość jej dla siebie na chwilę zachwiał. Oburzyła się na niewdzięczność, lecz nie rzekła słowa.
Jeszcze jeden ten zawód, to była śmierć.
Szczęściem litościwi ludzie, otaczający Zygmunta, Leśniowolski, biskupi, którzy wyjechali na jego spotkanie, potrafili to zniechęcenie wystawić jej jako rzecz przemijającą, jako słowo na wiatr rzucone, którego spełnieniu nawet o własną cześć troskliwość dopuścić nie mogła.
Zmuszono niemal króla, aby szedł dalej. Kraków był już blizko, dociągnął do Wieliczki, dano znać Zamojskiemu, który tu nadbiegł razem z wielu senatorami i duchownymi.
Maksymilian zmuszony był się cofnąć, nie mając nadziei zdobycia Krakowa, po odniesionej tu klęsce, w której Zamojski, a przy nim rotmistrz nasz cudów męztwa dokazywali.
Bajbuza zapomniał wśród upału tej morderczej walki o smutkach swych, znowu się przeistaczając na wojaka. Trupami usłane zostało pobojowisko, zdobyto łupy wielkie, a mieszkańcy przedmieścia, którzy zdradą wprowadzili do niego Maksymiliana żołnierzy, w pień wycięci zostali.
Na tych zgliszczach rotmistrz stojąc, gdy ochłódł, chciał prawie skruszyć szablę i wracać do domu, tak mu krwią zapłynęło serce. Widok tych okrucieństw, zdziczałego żołdactwa, obmierził mu rycerstwo.
Szczypior poznać go nie mógł, gdy blady a z nasępioną twarzą powrócił nocą do izby, przeznaczonej dla spoczynku.
Wszystko dokoła wrzało radością zwycięztwa, której jeden Bajbuza nie podzielał. Nie umiano tego sobie wytłumaczyć.
Następnych dni tak go mało już obchodziło co się działo, że gdy mu oznajmiono, iż razem z hetmanem ma naprzeciw króla jechać, ledwie się zgodził na to, aby swą szmelcowaną kazać dobyć zbroję i towarzyszyć kopijnikom.
— Ale cóż-bo ci jest, rotmistrzu? — wołał Szczypior, który dwa razy lekko ranny, śpiewał po całych dniach, tak mu zwycięztwo serce rozszerzało. — Co ci jest?
— Nic — rzekł Bajbuza — poprostu już mnie jatki te ostatnie do walki zraziły. Zda się to-li na co? Bóg wie? a ludzkich żywotów, a rodzin i szczęścia wieleśmy zgrabili i zniszczyli.
Od takich wojen Panie Boże strzeż i uchowaj, a jeszcze nie wiemy, jakiego się pana tym kosztem dobijamy.
Ruszył ramionami.
Szczypior stał, słuchał i wcale nie zrozumiał. Wstyd mu się do tego przyznać było. Szanował wielce Bajbuzę i wierzył zarówno w rozum jego i serce, coś więc wtem tkwić musiało? Szczypior pojąć tego nie umiał.
Bajbuza, którego już po listach Kalińskiego w części wielka ciekawość oglądania nowego pana odpadła, ledwie się nieledwie dał namówić na to, aby w orszaku hetmana jechał go spotykać.
Lecz raz się zaprzągłszy, trzeba było ciągnąć do końca.
Mruknął tylko.
— Król przybywa, ukoronujemy go nareście i niech się to raz wszystko skończy. Zborowskim i Górkom przebaczym i niech pokój zakwita, a my z tobą pojedziemy na Podole tatarów bić, to lepiej.
Szczypior, który ani tak głęboko, ani tak daleko wzrokiem nie sięgał, zmilczał.
Trzeba było tedy kopijnikom nowe proporce kazać szyć, drzewce pościerane malować i złocić, konie im dokupowywać, bo Bajbuza musiał wystąpić, choćby dlatego, aby się Szczypior za niego nie wstydził.
Gdy przyszło do odziewania się w drogę, chorąży stoczył jeszcze raz walkę z przyjacielem, zmuszając go do włożenia na ramiona najbogatszego sahajdaka, do przybrania konia w turkusowy rząd i kapę szytą i t. d.
Bajbuza od tej rzezi garbarzy u Szewskiej bramy, ciągle krew widział na sobie. Z obojętnością człowieka, który do tego nie przywiązuje wagi, dał wreście Szczypiorowi rozporządzać się jak chciał, i z posępnem obliczem pojechał za hetmanem, który rozpromieniony śpieszył — zwyciężca, pewien najwdzięczniejszego przyjęcia!
Przyjęcie króla po świeżych wypadkach, gdy się na nie przygotować nie miano czasu, zostawiało wiele do życzenia i nie było tak wystawnem i wspaniałem, jak hetman i senatorowie pragnęli. Uczyniono jednak, na co się zdobyć było można.
Wyjechał w poczcie okazałym z duchowieństwem i pp. senatorami świeckimi w liczbie dosyć znacznej hetman Zamojski. Wszystkich oczy zwrócone były na króla, który z powagą nad wiek swój, zimny, sztywny, z chmurą na czole, nie okazując najmniejszego poruszenia, a Zamojskiemu żadnego szczególnego względu, przyjął przemówienia i powitania radośne.
Można się było z obejścia się ostrożnego z hetmanem domyśleć, iż uprzedzonym i przestrzeżonym być musiał, i więcej może obawiał się go, niż skłonnym był do oddania się całkowitego, jak się niektórzy lękali. Wiedziono go potem uroczyście na Kaźmierz, na Stradom, przez wały, ponad murami miejskiemi aż do strzelnicy. Wszędzie lud mnogi, świątecznie poubierany, ciekawy tłoczył się i cisnął dla oglądania oblicza młodego pana, który nawet zbytniej ciekawości nie okazując, zaledwie oczy podnosił.
Przed strzelnicą oczekiwali nań mieszczanie krakowscy, burmistrze, wójtowie, ławnicy, kupcy i panowie kollegiaci akademii krakowskiej. Dalej stały oddziały wojskowe postrojone jak który mógł najochędożniej, gdzie i rotmistrz nasz ze swymi kopijnikami niepoślednie miejsce zajmował, bo ludzie jego końmi, uzbrojeniem i barwą do najcelniejszych należeli.
Bajbuza mógł podjeżdżającemu się przypatrzeć i zwrócił nań oczy ciekawe, ale z martwej twarzy i spuszczonych powiek, z postawy jakby odrętwiałej nic wnieść nie mógł. Nie pociągał ku sobie młody pan nikogo. Tu hetman wystąpił znowu, garść wojsk zalecając królowi i za wierne jej ręcząc służby.
Jak na pierwszy występ Zamojski miał nawet szczęście złożyć przybyłemu panu łupy na jego przeciwnikach zdobyte, dwie buławy, trzy chorągwie pod Krakowem Maksymilianowym odjęte, działa, zbroje i wozy.
Na szańcach wiodących do Kleparza miano czas sklecić nocą kilka bram zwycięzkich z godłami i napisami. Na jednej ze trzech siedział w gnieździe orzeł biały, trzymający w szponach Snopek Wazów i wyrywanemi z niego kłosami karmił młode ptaszęta.
Była to pierwsza z tych mnogich allegoryi, do których herb szwedzki tak obfitego miał dostarczać wątku. Zygmunt zaledwie chłodnem okiem roztargnionem rzucał na te wysiłki miasta, które uczcić go pragnęło.
Tłumaczyło to położenie kraju i stolicy, lecz wjazd ten na nią nie odznaczał się uczuciem, nie wywołał ani zapału, ni radości.
Na twarzach, począwszy od Zygmunta, nic wyczytać nie było można oprócz znużenia, a hetman, który z początku dosyć się zdawał ożywionym, powoli także ostygał. Oko jego badało Zygmunta, a doświadczenie dozwalało mu czytać w nim już uprzedzenie przeciwko sobie.
We Floryańskiej bramie zatrzymał króla raz jeszcze, imieniem senatu, biskup kamieniecki Goślicki, i długą, zbyt długą mową witał go, składając mu życzenia i błogosławiąc — prospere, procede et regna.
Z całego dnia tego jedyną chwilą, w której uderzyły serca i rozjaśniły się czoła, była ta, gdy Zygmunt naostatek podniósłszy oczy, Goślickiemu odpowiadając odezwał się po polsku! Dźwięk tej mowy w jego ustach wywołał nieopisany zapał i zapłacił za wrażenia, jakie poprzedziły ten moment uroczysty. Mowa ta w jego ustach była jakby ślubem z narodem i ziemią.
Wszystko to tak przeciągnęło przybycie do kościoła na Wawelu i na zamek, że nabożeństwo dziękczynne odbyło się już nocą, przy świecach, a na spoczynek król zaledwie mógł się udać po północy.
Bajbuza, który pragnął własnemi oczyma wróżbę przyszłości wyczytać w Zygmuncie i śledził każde jego poruszenie, udał się na Wawel za nim, ludzi swych odprawiwszy, dotrwał na nabożeństwie i późno powrócił do czekającego na niego Szczypiora.
Jedno pytanie powtarzało się wszędzie:
— A cóż król? a cóż? młody pan?
Powszechnie chwalono postawę pańską i powagę, ale znajdowano go zimnym. Drudzy tłumaczyli to nieśmiałością. Bajbuza, który się nieraz w życiu przekonał, że ludzie na ludziach w tajemniczy sposób jakiś działają przy pierwszem zaraz najczęściej zetknięciu się z sobą, milczał, bo odebrane wrażenie było słabe i niejasne. Postać ta została dlań tajemnicą.
Na obliczu hetmana czytali wszyscy więcej troski niż radości z doprowadzonego do końca trudnego wyboru.
Nie ulegało wątpliwości, że jemu tylko i królowej Annie winien był Zygmunt swe powołanie na tron. Zamojski przewidywał, że brzemię wdzięczności będzie tak ciężkiem, iż król się z niego jakimkolwiek pozorem wyzwolić się będzie starał.
Życie powinno go było nauczyć, że nie ma nic do dźwigania trudniejszego, wstrętliwszego nad wdzięczność, i że w naturze ludzkiej jest dobroczyńców nienawidzieć, bo dobrodziejstwo jest rodzajem upokorzenia.
Nie mylił się też przeczuwając, że począwszy od marszałka Opalińskiego, od królowej, od senatorów wielu, którzy pierwsi się do króla zbliżyli, wszyscy już nastraszyć musieli go niezmierną przewagą hetmana, potęgą jego, znaczeniem za Batorego, roszczeniami, jakie na przyszłość stawić będzie, aby w miejscu niedoświadczonego młodzika panować. Wszystko to zawczasu odstręczało i odpychało od Zamojskiego.
Bajbuza, którego oskoczyli powracającego z zamku przyjaciele, na pytania ich naglące odpowiedział, że nie może wcale sądzić z pierwszego wejrzenia o królu.
— Tyle wiem, co i ichmość wszyscy, że przystojny jest i ostrożny, a w sobie zamknięty. Wczorajszego dnia na chwilę się nie dał poruszyć i lodowatem wejrzeniem mierzył wszystko.
Nazajutrz z zamku tyle tylko przyniesiono, iż wyszedł do pp. senatorów w bardzo wytwornym hiszpańskim stroju, który naówczas na europejskich dworach był modnym.
Rozumie się, iż hetman od rana był na zamku, usiłując się przybliżyć, wyrozumieć pana, zająć to stanowisko, jakiego się tu spodziewał i sądził, że ma do niego prawo.
Po mieście tymczasem chodziły najsprzeczniejsze wieści, które snuto z półgębkiem puszczanych postrzeżeń osób, które królowi ze Szwecyi towarzyszyły, lub od Gdańska z nim jechały.
Jawnem było, że od wylądowania na brzeg, nie widziano go ani razu wesołym, uśmiechniętym, swobodnym. Przez pół dnia siadywał zamknięty z duchownymi swymi, jak mówiono na modlitwie, a przystęp mieli łatwy tylko ci, których księża polecali i wprowadzali.
Bajbuza, pomimo iż sam nie uczuł się pociągniętym do młodego pana, bronił go żarliwie.
— Nie sądźcież, czekajcie. Obcy jest, onieśmielony, nie zna ziemi, po której stąpa, niepewien jest jeszcze nawet, czy się na niej utrzyma. Mówią, że napędziły go listy ojcowskie, nakazujące mu porzucić koronę i do Szwecyi powracać. My się domagamy od niego Esthonii, król Jan jej dać nie chce, a Zygmunt też nie myśli zniechęcać ojca i dla nas czynić ofiar.
Na zamku trwały ciągłe narady i układy, którym nie było końca. Zygmunt się okazywał niewzruszenie upartym. Stał przy swojem.
Z zamku rozeszły się szepty, że gotował się austryakom koronę ustąpić i przefrymarczyć. Oburzenie to wywoływało. Jedni nie chcieli wierzyć, drudzy się już odgrażali.
Słowem pierwsze wrażenia tych dni, które często stanowią o przyszłości, nie były dla króla pomyślne.
Hetmana widziano z czołem posępnem, dumnie się przesuwającego po mieście. Leśniowolski miał go o knowaniach przeciwko niemu ostrzegać, których też skutki jawnemi były. Król się ani zbliżyć, ani otwarcie przed nim wywnętrzyć nie chciał. Słuchał milczący, odpowiadał półsłowami.
Drugiego dnia hetman wychodząc od niego zrażony, spotkawszy się z Leśniowolskim, odezwał się do niego z przekąsem.
— Cóżeście to nam za nieme djable przywieźli?
Odstręczony, dotknięty już brakiem zaufania Zamojski tem silniej stał przy wymaganych przez naród warunkach, żądał odstąpienia Esthonii — Zygmunt odmawiał. W kilka dni po próżnych sporach i naradach, król się zerwał z siedzenia zniecierpliwiony.
— Wolę tę koronę stracić — zawołał — niż postąpić przeciwko mojemu sumieniowi i przekonaniu.
Drzwiami rzucił silnie i wyszedł.
Taki był skutek pierwszych rokowań i pierwszego zbliżenia się do hetmana, któremu król wszystko był winien.
Mówiono o odłożeniu koronacyi, dopóki król nie podpisał wymaganych pactów, ale w końcu ociąganie się z tą uroczystością, która miała związać nieodwołalnie obie strony, okazało się wszystkim tak groźnem wobec Maksymiliana, który obstawał przy swym wyborze i z wojskiem zagrażał, że hetman uledz musiał i ostatnich dni grudnia naznaczono uroczysty ten obrzęd odbyć, na który zjechać miał Karnkowski.
Rotmistrz nasz nie pozostał przez ten czas bezczynnym, chociaż napozór mógł się nim wydawać. Chodził na zamek, słuchał, patrzał i starał zdać sobie sprawę z położenia, aby wiedzieć co czynić miał dalej.
Wedle jego rozumienia, z którem się nie taił, należało wszelkiemi możliwemi środkami koniec położyć rozterce, wyjść w pole, ścigać nieprzyjaciela, oczyścić z niego Siewierskie i granice Szlązka, zmusić warchołów do poddania się i pokój zyskawszy goić rany, ład nadwerężony silnie zaprowadzać.
Ale nikt go nie słuchał.
Najboleśniejszem dla rotmistrza było, iż widział pomiędzy królem a tym, który mu dał koronę, coraz wydatniejszy rozbrat. Hetman zamiast stać obok, występował w imię narodu przeciw elektowi.
— Wszystko to bardzo się źle zapowiada! — mruczał Bajbuza — mam ochotę kopijników bodaj zdawszy na Szczypiora, sam do Nadstyrza powracać.
Nie ruszał się jednak z Krakowa. A nuż ręki jego jeszcze potrzebować będą? Czyniło to prawdopodobnem wtargnięcie Maksymiliana ku Krzepicom i Wieluniowi.
Niechętni Zamojskiemu, którzy go przy królu nie radzi widzieli i odsunąć usiłowali, wołali w niebogłosy, aby wyciągał w pole. Tam było jego miejsce.
Bajbuza wtórował, ale niewszystko było w gotowości, żołnierz nieopłacony i zniechęcony, broni brak, wstrzymywały. Nakoniec doprowadzono hetmana do tego rodzaju gorączki i zniecierpliwienia, które dłużej się ociągać nie dozwalały.
Szczypior wpadł uradowany z tą nowiną do Bajbuzy, który nad Boëcjuszem siedział, że w pochód wyruszą. Księga poszła w kąt, odezwał się rycerz w zniechęconym rotmistrzu. Oblicze mu się rozchmurzyło.
Uściskał Szczypiora.
— Wydawaj rozkazy!
Maksymilian nie życząc sobie stoczyć bitwy, dopókiby nie otrzymał oczekiwanych posiłków, z niezbyt wielkim ludem cofnął się do Szlązka, pewien będąc, że na terytoryum cesarstwa hetman go ścigać nie będzie i nie pogwałci granicy.
Lecz Zamojski musiał ze szczęśliwego składu okoliczności korzystać, z ubezpieczenia się Maksymiliana, z nieświadomości jego obrotów i z nadeszłych świeżo posiłków siedmiogrodzkich.
Jasną i mroźną nocą księżycową hetman wyciągnął śpiesznie ku Byczynie, gdzie się znajdował Maksymilian. Posiłki dla niego już się też zbliżały.
Andrzej Zborowski, jako wódz wcale nieodznaczający się dotąd, dowodził. Z innej wcale strony spodziewano się hetmana, który osobiście wziął udział stanowczy w bitwie. On dał hasło do boju, gdy drudzy chcieli stanowczą rozprawę do jutra odroczyć, on sam przebrany podjeżdżał rozpoznawać położenie wojsk Maksymiliana.
Była to jedna z tych walk, w których jeniusz wojskowy Zamojskiego zajaśniał największym blaskiem. Korzystał on ze wszystkiego, z nieświadomości o przyciągających Maksymilianowi posiłkach, z niepewności, od której strony uderzy, z gruntu, na jakim się potykać miano, z godziną zapału, który mogła rozwaga ostudzić.
Pośpiech stanowił o powodzeniu, a zwycięztwo o panowaniu Zygmunta, który zniechęcony już cofnąć się był gotów, najmniejszą spotykając trudność do przełamania. Najdzielniejszych miał z sobą do pomocy rycerzy Zamojski: Żółkiewskiego, Potockiego Jakóba, Koniecpolskiego, Urowieckiego.
Maksymilian też znaczną liczbą dział wsparty, rachując na przewagę swoich wojsk, a na niedoświadczenie ochotnika i zaciągów polskich, stawał nie bez nadziei zwycięztwa do boju.
Pierwsze hasło dały trąby ze strony Zamojskiego. Ruszyły polskie pułki pierwsze, gdy Maksymilian nie poruszał się wcale. Zapał, z jakim rzucono się do walki, w pierwszej chwili mógł stratą mężnego Hołubka ostygnąć, ale nie postrzeżono jej.
Pułki Stadnickich polskie, kopijnicy przeciwko polskim też kopijnikom walczyć musiały. Była to walka braterska, straszna, oburzająca, ale razem do szału mogąca podnieść męztwo rozpaczliwe.
Hołubek zabity, Żółkiewski ciężko ranny, wszystko zdawało się wróżyć nieszczęśliwy koniec, gdy Zamojskiego ukazanie się ze strony, z której się go nie spodziewano, osaczając Maksymiliana, jedyny ratunek wskazywało w ucieczce.
Arcyksięcia uprowadzono z placu boju do miasteczka Byczyny, gdy wojska już były rozprószone, rozbite, a Zamojski nie tracąc czasu opasał go zewsząd, aby ujść nie mógł.
Rotmistrz nasz był właśnie w tem spotkaniu, które kopijników jego naprzeciw Stadnickiego pułkowi walczyć zmuszało. Poznali się natychmiast Polacy z obu stron, ale z zażartością jakąś mściwą rzucili się do walki. Niema straszniejszego nad taki Kaima bój. Każda z tych przywiedzionych do ostateczności stron usiłuje swojej winy na przeciwniku pomścić. — Bij! zabij! — krzyczeli jedni i drudzy, obelgami się obrzucając.
Kopijnicy Bajbuzy, których Szczypior powstrzymał nieco, dali Stadnickiego ludowi uderzyć na siebie nie poruszając się. Byli pewni, że ich nie złamią. Napastnicy zmięszali się, splątali, kopij wiele padło nieskruszonych, ale wyrwanych impetem z rąk. Ciężkie zbroje nie dawały się obrócić i odwet Bajbuzy był straszny; gniótł on zbity nieporządnie tłum, którego część na ziemi leżała, podnieść się nie mogąc. On sam znalazł się naprzeciw Stanisława Stadnickiego dowódzcy i dwaj zapaśnicy z ogromną siłą uderzyli na siebie. Stadnicki padł wysadzony z siodła, ale w tej samej chwili kula ze strony trafiając pod rękę rotmistrzowi, tam gdzie oprócz kolczugi nie miał innego okrycia, przeszyła ją i utkwiła w prawym boku. Uczuł ją dopiero gdy ciepła krew płynąć po nim zaczęła, ale rozogniony nie przestał walczyć, aż osłabły z siodła się zsunął i padł na pobojowisku.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.