Autobiografia Murzyna/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Booker T. Washington
Tytuł Autobiografia Murzyna
Data wydania 1905
Wydawnictwo Biblioteka Dzieł Wyborowych
Drukarz J. Sikorski
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz M. G.
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ IV
PRZYCHODZĘ Z POMOCĄ DRUGIM.


Nowa trudność wystąpiła w mojem szkolnem życiu pod koniec pierwszego roku pobytu w Hamptonie. Większa część uczniów porozjeżdżała się do domu na wakacye. Nie miałem pieniędzy na podróż, a trzeba było wyjechać. W owych czasach nie pozwalano zostawać w szkole przez wakacye. Czułem głęboki smutek patrząc na tych, którzy robili przygotowania do wyjazdu. Nietylko, że nie miałem pieniędzy koniecznych na podróż do domu, ale nie miałem ich nawet na wyjazd gdziekolwiekbądź.
Miałem ubranie, do którego posiadania doszedłem nie pamiętam już jakim sposobem, używane — ale jeszcze bardzo porządne. Postanowiłem je sprzedać, żeby zdobyć pieniądze na koszta podróży. Byłem dumny, a skutkiem tej młodzieńczej dumy czyniłem, co mogłem, by ukryć przed kolegami, że jestem w takiej potrzebie. Kilku osobom w mieście powiedziałem, że mam do sprzedania ubranie i namówiłem jednego murzyna, aby je przyszedł do mego pokoju obejrzeć. Zacząłem odzyskiwać odwagę. Nazajutrz rano, przybył mój nabywca. Obejrzawszy starannie ubranie na wszystkich szwach, zapytał ile za nie żądam? Odpowiedziałem, że według mnie warte jest trzy dolary. Zdawało się, że przystaje on na tę cenę, ale dodał od niechcenia:
— Wiesz co? wezmę ubranie i dam ci gotówką pięć pensów, a resztę oddam, gdy będę miał...
Można sobie wystawić moje uczucie, gdym to usłyszał. Nie mogłem już mieć żadnej nadziei wyjechania z Hamptonu, ani znalezienia jakiego zajęcia na czas wakacyi. Pragnąłem gorąco pojechać do jakiej miejscowości, gdzie mógłbym pracować i zarobić na kupno ubrania i innych rzeczy potrzebnych. W kilka dni później rozjechali się nauczyciele i uczniowie, a ja pozostałem sam, bardziej przygnębiony niż kiedykolwiek.
Po usilnych poszukiwaniach w mieście i w okolicy, znalazłem wreszcie po kilku dniach miejsce w restauracyi w forcie Monroe. To, co zarabiałem, wystarczało zaledwie na opłacenie mego utrzymania. Ale pomiędzy śniadaniami a obiadami, miałem dużo wolnego czasu, który zużytkowywałem na naukę i czytanie; pod tym względem lato było dla mnie bardzo korzystne.
Przy końcu pierwszego roku szkolnego dłużny byłem szkole szesnaście dolarów, których nie zdołałem spłacić pracą. Najgorętszem mojem pragnieniem było wynaleźć sposób zdobycia tej sumy uiszczenia się z długu. Był to dla mnie dług honorowy, nie dozwalający powrócić do szkoły, dopóki go nie spłacę. Robiłem wszelkie możliwe oszczędności — sam prałem — obywałem się bez najkonieczniejszych rzeczy; — pomimo to, lato dobiegało do końca, a ja nie miałem jeszcze owych szesnastu dolarów.
Pewnego dnia w ostatnim tygodniu pobytu mojego w restauracyi znalazłem pod stołem piękny nowiuteńki papierek dziesięciodolarowy. Nie posiadałem się z radości. Znalazłszy go w obcym domu, uważałem za obowiązek zawiadomić o tem właściciela i tak też uczyniłem. Ucieszył się równie jak ja, ale objaśnił że — ponieważ, zakład należy do niego — ma prawo zatrzymać te pieniądze, co też i uczynił. Był to, wyznaję, ciężki cios dla mnie. Nie mogę powiedzieć, żeby mi to odebrało odwagę, w ilekroć rozpamiętywam przeszłość, nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek stracił odwagę gdy raz postanowiłem doprowadzić co pomyślnie do końca. Robiłem zawsze postanowienie z myślą, że je wykonam z powodzeniem, i nie cierpiałem ludzi, tak licznych, którzy mają tysiąc dowodów na przekonanie cię, że nie dojdziesz do celu. Przeciwnie ci, którzy umieli mi wskazać sposób dojścia do celu, zawsze budzili we mnie wielki szacunek. Pod koniec tygodnia udałem się do skarbnika szkoły w Hamptonie i opowiedziałem mu szczerze moje położenie. Ku wielkiej mej radości upewnił, że mogę prowadzić dalej nauki i że będzie mi kredytował aż do chwili, gdy będę w stanie spłacić długi. Przez cały drugi rok pełniłem znowu obowiązki odźwiernego.
Nauka czerpana, z książek, jest drobną cząstką tego, czego się nauczyłem w Hamptonie. Co na mnie uczyniło najgłębsze wrażenie w drugim roku pobytu w szkole, to zupełne zapomnienie o sobie wszystkich nauczycieli. Trudno mi było zrozumieć, jak można dojść do takiego stopnia poświęcenia, kiedy widzi się szczęście w myśleniu tylko o drugich. Przed końcem roku przekonałem się sam, że najszczęśliwsi są rzeczywiście ci, którzy czynią najwięcej dla drugich, i o tem starałem się nie zapominać nigdy przez całe moje życie.
Uważam też za korzyść i to, że obeznałem się z hodowlą bydła i najlepszych gatunków drobiu. Żaden uczeń, który potrafił zrozumieć ten system hodowli, nie mógłby już zadowolić się średniemi gatunkami. Drugi rok pobytu w szkole przyniósł mi korzyść szczególnie w kierunku studyów nad Biblią, której właściwą wartość nauczyłem się oceniać. Zawdzięczam to miss Natalii Lord, nauczycielce z Portlandu (Maine), że pokochałem Biblię i nauczyłem się ją czytać. Wyznaję, że przedtem niewiele mnie ona obchodziła: teraz zaś polubiłem teraz[1] czytanie Biblii nietylko dla zbudowania ducha, ale i dla jej wartości literackiej. Lekcye te pozostawiły mi tak niezatarte wspomnienie, że jeszcze dziś — pomimo wszystkich zajęć — nie zaniedbuję nigdy codziennego czytania Biblii rano, przed rozpoczęciem pracy dziennej.
Jeżeli mam jakiekolwiek zalety jako mówca, zawdzięczam to także przeważnie miss Lord. Widząc, że mam zdolność w tym kierunku, dawała mi specyalne lekcye oddychania, intonacyi i wymowy. Mówienie dla samego tylko mówienia nie miało dla mnie nigdy uroku. Prawdę mówiąc, uważam, że niema nic równie czczego i niedostatecznego jak rozbieranie publiczne tematów abstrakcyjnych; od najwcześniejszych lat dziecinnych żywiłem zawsze pragnienie uczynienia czegoś dla ludzkości i przemawiania następnie o tem do ludzi. Zebrania krasomówcze[2], jakie miewaliśmy w Hamptonie, były dla mnie nieustającem źródłem umysłowych rozkoszy. Odbywały się każdego sobotniego wieczora, i przez cały czas pobytu w szkole nie opuściłem ani jednego.
Postarałem się stworzyć coś podobnego u nas. Zauważyłem, że po wieczerzy, przed zabraniem się do nauki wieczornej, traciliśmy codzień dwadzieścia minut na błahych rozmowach. Dwudziestu z pośród nas postanowiło zbierać się dla zużytkowania tego czasu na rozprawy. Nigdy chyba dwadzieścia minut rekreacyi, nie przyniosło, więcej korzyści i przyjemności, jak nam wtedy.
Pod koniec drugiego roku pobytu w Hamptonie, dzięki pieniądzom nadesłanym przez matkę i brata Jana, z dodatkiem pieniędzy ofiarowanych mi przez jednego z nauczycieli naszej szkoły, mogłem pojechać na wakacye do Maldenu.
Przybywszy do domu, dowiedziałem się, że warzelnie soli przestały już być czynne i że kopalnie węgla zawiesiły eksploatacye skutkiem zmowy górników. Zdaje się, że takie zmowy stały się rzeczą zwykłą za każdym razem, gdy robotnicy zebrali pewne oszczędności. Podczas bezrobocia wydali naturalnie wszystko co mieli, a potem powracali do pracy na tych samych warunkach, obdłużeni po uszy, lub szli do innych kopalni, co pociągało za sobą znaczne wydatki. W każdym z tych dwóch wypadków położenie ich pod koniec bezrobocia było gorsze niż przedtem. Dopóki nie rozpoczęły się bezrobocia w tej okolicy, znałem sam górników, którzy mieli znaczne oszczędności; ale od chwili, gdy pojawili się agitatorzy, oszczędności — nawet najpracowitszych robotników, zaczęły topnieć. Dawniej znałem górników, którzy mieli sporo pieniędzy złożonych w bankach; ale po wystąpieniu na widownię zawodowych agitatorów, zaczęły się rozpływać oszczędności nawet najprzemyślniejszych robotników.
Matka i cała rodzina ucieszyła się mojem przybyciem i postępami, jakie uczyniłem przez te dwa lata nieobecności. Radość wszystkich murzynów w mieście, dorosłych i małych — a szczególnie starych — była wzruszająca. Musiałem iść w odwiedziny do każdego domu, przyjąć posiłek i opowiadać o pobycie w Hamptonie. Prócz tego musiałem przemawiać w kościele co dzień w niedzielnej szkole i w innych miejscach, prócz kościoła. Ale tego, czego najwięcej pragnąłem — pracy — nie mogłem znaleźć. Nie było pracy z powodu bezrobocia. Pierwszy miesiąc wakacyi przeszedł na szukaniu zajęcia, któreby mi pozwoliło opłacić koszta powrotu i pierwsze wydatki w szkole.
Pod koniec miesiąca wybrałem się dość daleko, szukając roboty. Wyprawa nie powiodła się; noc nadeszła, zanim mogłem pomyśleć o powrocie. O milę od Maldenu zabrakło mi sił; nie mogłem już postąpić ani kroku, i musiałem się zatrzymać w starej, opuszczonej budowli, żeby w niej przepędzić resztę nocy. Około trzeciej rano, mój brat Jan zastał mnie tam śpiącego i oznajmił — jak mógł najostrożniej — że nasza droga matka umarła podczas nocy.
Była to chwila najcięższa i najsmutniejsza w mojem życiu. Od kilku już lat matka nie była zdrowa; ale rozstając się z nią poprzedniego dnia, nie przypuszczałem nigdy, że jej już nie zastanę przy życiu, a mojem najgorętszem pragnieniem było zawsze być przy niej w tej uroczystej chwili. Podczas pobytu w Hamptonie najsilniejszym bodźcem była dla mnie nadzieja zdobycia stanowiska, któreby mi pozwoliło zapewnić matce szczęście i dobrobyt. Nieraz mówiła, że pragnie żyć długo, ażeby doczekać się widoku dzieci mających wykształcenie i stanowisko.
Wkrótce po śmierci matki dom nasz rodzinny popadł w stan zupełnego rozkładu. Moja siostra Amanda, pomimo dobrych chęci, była za młoda, ażeby prowadzić gospodarstwo domowe, a ojczym za ubogi żeby płacić najemnej gospodyni. Więc czasem mieliśmy ugotowane jedzenie, a czasem nie. Nieraz trzeba było zadowolić się puszką konserw pomidorowych i biszkoptami zamiast obiadu. Ubrania nasze nie były naprawione, a wszystko w domu i naokoło w zupełnym nieładzie. Zdaje mi się, że to była najposępniejsza epoka w mojem życiu.
Pani Ruffnerowa, zacna moja przyjaciółka, o której już mówiłem, przyjmowała mnie zawsze jak najuprzejmiej u siebie, i dopomagała w najrozmaitszy sposób w owych ciężkich chwilach. Na pewien czas przed końcem wakacyi znalazła mi u siebie zajęcie, prócz tego trochę roboty w kopalniach dość odległych od domu, dało mi możność zarobienia niewielkich pieniędzy.
Przez chwilę myślałem, że będę zmuszony wyrzec się powrotu do Hamptonu, ale nie miałem zamiaru zrzec się bez walki projektu, który mi był tak drogi. Potrzebowałem ubrania na zimę; trzeba było zadowolić się starem ubraniem, którego mi dostarczył mój brat Jan. Chociaż nie miałem pieniędzy, ani ubrania, zaoszczędziłem jednak trochę na koszta podróży, co mnie przejmowało radością. Raz dostawszy się do Hamptonu, byłem już spokojny o mój los, bo tak jak dotąd, mogłem pełnić obowiązki odźwiernego i przebyć bez przeszkód nowy rok szkolny.
Na trzy tygodnie przed powrotem do szkoły spotkała mnie przyjemna niespodzianka w postaci listu od mojej dobrej przyjaciółki, miss Mary F. Mackie, nadzorczym, w którym prosiła, żebym powrócił do Hamptonu na dwa tygodnie przed zjechaniem się uczniów, i dopomógł jej w zrobieniu porządków i urządzeniu szkoły. Było to dla mnie korzystne pod każdym względem i dawało sposobność uzyskania nanowo kredytu u skarbnika. Wyjechałem do Hamptonu natychmiast.
Przez dwa tygodnie miałem przed oczyma przykład, którego nie zapomnę nigdy. Miss Mackie pochodziła z jednej z najstarszych i najdystyngowańszych rodzin z Północy; pomimo to, przez dwa tygodnie pracowała razem ze mną, myjąc okna, okurzając meble, przyrządzając łóżka i t. p. Nie byłaby spokojna gdyby przed przybyciem uczniów szyby nie lśniły się czystością, i wykonywała sama tę robotę z wielką przyjemnością co rok o tej porze.
Niełatwo mi było zrozumieć, że kobieta na jej stanowisku i tak inteligentna, zniża się do pospolitych robót, przeznaczonych do podźwignięcia rasy upośledzonej, i od tej pory nie mogłem nigdy powstrzymać się od powstawania przeciwko szkołom dla murzynów, które nie wszczepiają swoim uczniom pojęcia o godności pracy.
Przez ostatni rok pobytu w Hamptonie każdą chwilę wolną od zajęć odźwiernego poświęcałem na naukę. Chciałem się odznaczyć w tym ostatnim roku, ażeby dostać się na honorową listę mówców, przemawiających przy rozdawaniu nagród. Powiodło mi się zupełnie i w czerwcu 1875 ukończyłem kurs nauk w Hamptonie. Całą korzyść, jaką odniosłem z lat mego pobytu w tej szkole, można przypisać dwom przyczynom: pierwsza — to zetknięcie się ze znakomitym człowiekiem, generałem C. A. Armstrongiem, który, jak już mówiłem, był uosobieniem wzniosłości ducha — najsilniejszego i najszlachetniejszego charakteru, jaki mi się zdarzyło spotkać.
Druga przyczyna — to, że poraz pierwszy zrozumiałem, co nauka powinna uczynić z człowieka. Do owej pory podzielałem mniemanie, rozpowszechnione wśród murzynów, że nauka pomaga do prowadzenia życia przyjemnego i wygodnego, bez konieczności ręcznej pracy. W Hamptonie nauczyłem się nietylko, że praca nie jest hańbą, ale zacząłem ją lubić nietylko dla korzyści pieniężnych, które przynosi, lecz i dla niej samej — dla zaufania we własne siły — dla niezależności, jaką daje umiejętność wykonania rzeczy niezbędnych dla człowieka. Tam także zrozumiałem poraz pierwszy co to jest życie poświęcone dla dobra drugich i że najszczęśliwsi są ci ludzie, którzy czynią najwięcej dla uszczęśliwienia i pożytku drugich.
W chwili zdawania egzaminów końcowych nie miałem w kieszeni ani szeląga. Razem z innymi uczniami z Hamptonu, będącymi w takiem samem położeniu, otrzymałem miejsce służącego w hotelu letniska w stanie Connecticut; pojechałem na miejsce za pożyczone pieniądze. Wkrótce przekonałem się, że nie umiem pełnić służby przy stole lecz pomimo to właściciel hotelu obchodził się ze mną jak z wyćwiczonym kelnerem. Powierzył mojej obsłudze stół, przy którym jadało czterech, czy pięciu gości bogatych, a więcej jeszcze arystokratycznego pochodzenia. Moja nieumiejętność służby była tak wielka, że zgromili mnie oni surowo, a ja przelękniony uciekłem, pozostawiając ich nad próżnym stołem. Za to zostałem zdegradowany z kelnera na kuchcika. Chciałem jednak nauczyć się usługiwać przy stole i starałem się o to tak usilnie, że po kilku tygodniach zostałem przywrócony do dawnej godności. Później podczas moich podróży mieszkałem nieraz w tym samym hotelu, w którym służyłem za kelnera.
Pod koniec sezonu powróciłem do domu i zostałem mianowany dyrektorem szkoły murzynów w Maldenie. To był wstęp do najszczęśliwszej epoki mego życia. Miałem przekonanie, że stanę się użytecznym dla mieszkańców, ukazując im wznioślejszy ideał życia i usiłując wpoić w młodzież Maldenu świadomość, że naukę czerpie się nie z samych książek.
Dzień mój zaczynał się o ósmej rano, a nie kończył się nigdy przed dziesiątą. Oprócz obowiązującej wszędzie nauki, uczyłem moich uczniów czesania włosów, mycia rąk i twarzy i utrzymywania w porządku odzieży. Starałem się szczególnie przekonać ich o pożytku kąpieli i szczoteczki do zębów, a podczas całego nauczycielskiego zawodu byłem i jestem silnie przekonany, że szczoteczka do zębów jest jedną z najpotężniejszych dźwigni cywilizacyjnych.
Tylu było miejscowych ludzi, kobiet i mężczyzn, którzy pomimo całodziennej pracy, pożądali nauki, że okazała się konieczność utworzenia wieczornych kursów. Kursa te były równie uczęszczane, jak dzienne. Prawdziwą przyjemność sprawiał widok wysiłków, jakie czynili ci ludzie, z których wielu miało więcej niż pięćdziesiąt lat.
Zajmowałem się czynnie nietylko lekcyami wieczornemi i dziennemi, ale założyłem jeszcze czytelnię, odbywałem dwa kursa niedzielne — jeden o trzy mile od Maldenu rano, a drugi popołudniu w samym Maldenie. Prócz tego dawałem jeszcze lekcye młodym ludziom, przygotowującym się do wstąpienia do szkoły w Hamptonie. Udzielałem nauki wszystkim, nie troszcząc się o wynagrodzenie, a gdy mi się zdarzała sposobność oddania komu usługi, czułem się zupełnie szczęśliwy. Muszę tu nadmienić, że jako nauczycielowi, płacono mi niewielką kwotę z funduszów państwowych.
Przez czas mojej nauki w Hamptonie mój brat starszy dopomagał mi według możności, pracując jednocześnie w kopalniach na utrzymanie rodziny. Nieustanna praca stanowiła dlań przeszkodę do nabycia wykształcenia. Najgorętszem mojem pragnieniem było dopomódz mu z kolei, przygotować go do szkoły w Hamptonie i zaoszczędzić tyle, żeby mu wystarczyło na opłacenie kosztów pobytu. Miałem to szczęście, że mi się udało tego dokonać. Przebył tam trzy lata na nauce i jest obecnie dyrektorem nauki rzemiosł w szkole w Tuskegee. Po jego powrocie z Hamptonu, połączyliśmy nasze siły i oszczędności, ażeby z kolei wyprawić do szkoły przybranego brata, Jakóba. Udało nam się i to, i jest on obecnie dyrektorem kolegium w Tuskegee. Rok 1877, drugi mojego nauczania w Maldenie, nie różnił się znacznie od pierwszego.
W owej chwili to, co nazywano „Ku — Klun — Klan“, było w pełni rozwoju. Ten „klan“ składali ludzie zbierający się żeby czuwać nad postępowaniem murzynów, szczególnie pod względem politycznym. Było to coś podobnego pod pewnym względem do „pokoleń“, o których słyszałem za moich lat dziecinnych, w czasach niewolnictwa. „Patrole“ te złożone były z białych młodzieńców, którzy pilnowali murzynów i nie pozwalali im przechodzić nocami z jednej plantacyi do drugiej bez pasportów, ani zwoływać zgromadzeń bez udziału przynajmniej jednego białego człowieka.
„Ku — Klun“, tak samo jak patrole, były czynne przeważnie nocami, ale były okrutniejsze od tamtych. Pragnęły one stłumić u murzynów wszelkie polityczne zachcianki, ale nie ograniczały się do tego tylko, podpalały murzyńskie szkoły, kościoły i prześladowały niewinnych ludzi. Czas ich działalności wielu murzynów opłaciło życiem.
Czyny tych bezimiennych band zrobiły na moim młodzieńczym umyśle głębokie wrażenie. Byłem świadkiem bójki, jaka trafiła się w Maldenie pomiędzy murzynami a białymi.
Po każdej stronie było jakich stu ludzi: wielu z nich odniosło ciężkie rany, między innymi Ludwik Ruffner, mąż mojej przyjaciółki, pani Violi Ruffnerowej. Generał Ruffner, który chciał bronić murzynów, został obalony na ziemię i tak ciężko poraniony, że nigdy już nie wrócił do zupełnego zdrowia. Widok tej bójki zachwiał we mnie nadzieję co do przyszłości mojej rasy w Ameryce, a były to dni posępne — najposępniejsze może od chwili oswobodzenia.
Jeżeli napomknąłem o tym smutnym wstępie dziejów w stanach Południa, uczyniłem to dla tem dokładniejszego wykazania zmiany zaszłej od czasów istnienia „Ku-Klun“. Teraz, z tych stowarzyszeń nie pozostało na Południu ani śladu; zapomniano nawet, że kiedykolwiek istniały. Dziś mało jest na Południu takich miejscowości, w których opinia publiczna zniosłaby istnienie podobnych związków.




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; zbędne powtórzenie wyrazu teraz.
  2. Zebrania takie — debating sociéty — są bardzo rozpowszechnione w Stanach Zjednoczonych. Młodzi ludzie ćwiczą się w ten sposób w przemawianiu do publiczności.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Booker T. Washington i tłumacza: Maria Gąsiorowska.