Ania z Avonlea/Rozdział XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Avonlea
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1927
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Rozalia Bernsteinowa
Tytuł orygin. Anne of Avonlea
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XII
Sądny dzień w szkole

Nastąpiło to po bezsennej nocy, spowodowanej nieznośnym bólem zębów. Wstawszy z łóżka w ciemny, ponury poranek zimowy, Ania doznała uczucia, iż życie jest smutne i bezwartościowe. Udała się do szkoły w bynajmniej nie anielskiem usposobieniu. Twarz jej spuchła, a ból dokuczał srodze. W pokoju szkolnym było zimno i pełno dymu, gdyż ognia nie można było rozpalić. Drżące z chłodu dzieci skupiały się po kątach. Tonem ostrzejszym niż kiedykolwiek Ania kazała im zająć miejsca. W odpowiedzi na to Antoś Pay ze swą zwykłą impertynencką miną szepnął coś sąsiadowi i zerknął ku niej z drwiącym uśmieszkiem.
Zdawało się Ani, że tak jak tego poranka nigdy szyferki nie skrzypiały o tabliczki. Basia Shaw doszła do tablicy, lecz potknąwszy się o szufelkę z węglem, upadła jak długa. Skutki tego były opłakane. Jej własna tabliczka stłukła się na kawałki, węgiel rozsypał się po podłodze, a na widok umorusanej twarzyczki Basi chłopcy wybuchnęli głośnym śmiechem.
Ania odwróciła się od grupy uczniów, których czytania słuchała.
— Doprawdy, Basiu — rzekła lodowatym tonem — jeśli nie potrafisz się ruszyć, nie zawadzając o wszystko po drodze, siedź lepiej na miejscu. Przecież to okropne, żeby dziewczynka w twoim wieku była tak niezdarna.
Biedna Basia wróciła na miejsce, a łzy jej, pomieszane z pyłem węglowym, jeszcze bardziej pobudziły dzieci do śmiechu. Nigdy dotąd ta ubóstwiana nauczycielka nie przemawiała do niej takim tonem, więc Basia była niepocieszona. Ania sama uczuła jakiś niepokój sumienia, ale to spotęgowało tylko jej zdenerwowanie, i do dziś dnia klasa pamięta zapewne tę lekcję, zarówno jak bezlitosny wymiar kary w postaci niezliczonej ilości zadań.
Podczas gdy Ania zajęta była przeglądaniem kajetów, do klasy wpadł zadyszany Saint-Clair.
— Saint-Clair, spóźniłeś się o całe pół godziny — zwróciła się doń surowo — czemu to?
— Przepraszam panią, musiałem pomagać mamusi przy robocie puddingu, bo spodziewamy się gości na obiad, a Klaryssa-Almira jest chora, — brzmiała odpowiedź. Pomimo że wygłoszona tonem pełnym szacunku, wywołała ogólną wesołość wśród uczniów.
— Siadaj na miejsce i za karę odrób sześć zadań numer osiemdziesiąty czwarty — rzekła Ania.
Saint-Clair zdawał się zdumiony jej tonem, ale posłusznie zasiadł w ławce i wyjął tabliczkę. Po chwili zaś ukradkiem podał Józiowi Slone jakąś maleńką paczkę. Ania jednak zauważyła to i w mgnieniu oka zorjentowała się, o co chodzi.
W ostatnich czasach, ażeby powiększyć swe skromne dochody, stara Slonowa zajęła się wypiekiem i sprzedażą makaroników. Był to ulubiony przysmak malców i Ania miała dosyć kłopotu z tego powodu. Po drodze do szkoły chłopcy opróżniali swe skarbonki u pani Slonowej, ciastka przynosili do klasy i podczas lekcyj potajemnie zjadali je i częstowali kolegów. Wreszcie Ania zapowiedziała dzieciom, że będzie odbierała każde przyniesione do szkoły ciastko. A oto tuż pod jej bokiem Saint-Clair przesyła koledze paczkę, owiniętą w pasiasty biało-niebieski papier, w który pani Slonowa zwykła była pakować makaroniki.
— Józiu — odezwała się Ania spokojnie, — przynieś tu tę paczkę.
Józio, wylękły i zawstydzony, usłuchał. Przestraszony, zawsze czerwienił się i jąkał, to też w tej chwili wyglądał na prawdziwego winowajcę.
— Wrzuć to do ognia! — rozkazała Ania.
— P... p... proszę p... p... pani... — zaczął.
— Uczyń to w tej chwili. Ani słowa więcej!
— Al... al... ale t... t... to są — jąkał się Józio zrozpaczony.
— Józiu, słuchasz, czy nie? — spytała Ania.
Nawet śmielszy i pewniejszy siebie chłopiec, niż Józio, przestraszyłby się jej tonu i groźnego błysku w oczach. Była to nowa Ania, jakiej żaden z uczniów dotychczas nie znał. Józio strwożonym wzrokiem spojrzał na Saint-Claira, zbliżył się do pieca, otworzył wielkie czworokątne drzwiczki, i zanim Saint-Clair, który zerwał się na równe nogi, zdołał coś wyrzec, wrzucił paczkę w ogień. I w sam czas odskoczył na bok.
Przez kilka chwil wszyscy obecni, skamienieli ze strachu, nie mogli pojąć, co się stało: byłoż to trzęsienie ziemi, czy wybuch wulkanu? Niewinnie wyglądająca paczka, którą Ania niebacznie wzięła za makaroniki, zawierała fajerwerki i rakiety, przywiezione z miasta przez ojca Saint-Claira dla pana Slona; w domu Slonów mieli tego wieczoru obchodzić urodziny. Rozległ się huk i trzask, snop iskier z sykiem i skwierczeniem rozsypał się po pokoju. Ania, blada z przerażenia, osunęła się na krzesło, a wszystkie dziewczynki, wydając trwożne okrzyki, powskakiwały na ławki. Józio stał, jak skamieniały, wśród tego rwetesu i tylko Saint-Clair pokładał się ze śmiechu. Priscilla Rogerson zemdlała, Aneczka Bell zaś zaczęła łkać spazmatycznie.
Czas wydawał się bardzo długim, chociaż upłynęło zaledwie kilka minut między pierwszym a ostatnim wybuchem. Oprzytomniawszy, Ania szybko otworzyła drzwi i okna, aby dać ujście gazom i dymowi, napełniającym pokój. Potem z pomocą dziewczynek wyniosła nieprzytomną Priscillę do sieni, gdzie Basia Shaw, opanowana pragnieniem niesienia pomocy, zanim jeszcze ktokolwiek zdołał ją powstrzymać, wylała kubeł lodowej wody na twarz i szyję biednej Priscilli. Cała godzina minęła, zanim spokój został przywrócony... ale był to spokój przed burzą. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że nawet wybuch nie wpłynął na zmianę nastroju nauczycielki. Kiedy Edzio Clay, odrabiając zadanie, nieumyślnie zgrzytnął szyferkiem, pochwycił takie spojrzenie Ani, że zapragnął, żeby się ziemia pod nim rozstąpiła. Na lekcji geografji Ania gnała uczniów przez lądy i morza z pośpiechem, który ich oszałamiał. Najlżejsze zająknięcie się przy rozbiorze gramatycznym wywoływało surowe napomnienie. Stefek Slone słyszał, że nigdy w życiu nie zmaże tej strasznej winy, jaką popełnił, wymawiając, wony zamiast wonny. Ania rozumiała, że okryła się śmiesznością i dostarczyła tematu dla drwin całej Avonlea. Świadomość ta rozdrażniała ją jeszcze bardziej. W spokojniejszym nastroju sama byłaby na tę sytuację spoglądała z uśmiechem. Ale teraz było to niemożliwe.
Gdy Ania popołudniu wróciła do szkoły, zastała dzieci, jak zwykle w ławkach pochylone nad zeszytami. Wyjątek stanowił Antoś Pay, który z ponad książki obserwował ją wzrokiem pełnym ciekawości i drwin. Ania otwierała szufladę swego stolika, szukając kredy, gdy nagle z pod jej ręki wyskoczyła na stół myszka i uciekła na podłogę.
Ania krzyknęła, jakgdyby ujrzała żmiję, a Antoś roześmiał się głośno.
Zapadło milczenie. Ciężkie, głuche milczenie. Aneczka Bell wahała się: rozpłakać się, czy też nie, tem bardziej, że nie wiedziała na pewno, dokąd myszka czmychnęła. Ostatecznie postanowiła nie płakać. Czy płacz może przynieść komu ulgę, gdy się ma przed sobą twarz nauczycielki, bladą jak płótno z groźnie błyszczącemi oczami?
— Kto włożył mysz do mojej szuflady? - zapytała Ania; głos jej był cichy, lecz przejął dreszczem Jasia Irvinga. Józio Slone pochwycił jej spojrzenie i zaczął się jąkać.
— T... t... to n... n... nie ja, proszę p... pani.
Ania nie zwróciła uwagi na strwożonego Józia. Patrzała na Antosia, który odpowiadał jej zuchwałem spojrzeniem.
— Antosiu, czy to ty?
— Tak, to ja — odparł hardo.
Ania ujęła linję, leżącą na stoliku. Była to długa, ciężka drewniana linja.
— Zbliż się!
Antoś podlegał już nieraz bardziej surowym karom. Ania, nawet ta wzburzona Ania, nie potrafiłaby ukarać dziecka okrutnie. Ale linja cięła dotkliwie i wreszcie zuchowatość opuściła małego urwisa. Zadrżał i łzy stanęły mu w oczach.
Ania, wzruszona, odrzuciła linję i kazała Antosiowi iść na miejsce. Czuła wstyd, żal i znużenie. Nagły jej gniew minął i wiele dałaby za możność szukania ulgi we łzach. Więc wszystkie jej przechwałki skończyły się na tem: tylko co wybiła jednego ze swych uczniów. Jakże Janka będzie triumfowała, a jak pan Harrison będzie pokpiwał! Ale co najgorsza, straciła ostatnią możność zdobycia sympatji Antosia, który nigdy jej już nie polubi.
Nadludzkim wysiłkiem powstrzymała łzy do chwili powrotu do domu. Zamknęła się w swym pokoiku na facjatce i w poduszkę wypłakała wstyd, rozczarowania i wyrzuty sumienia. Płakała tak długo, aż zaniepokojona Maryla przyszła do niej, prosząc, by się jej zwierzyła ze swego zmartwienia.
— Sumienie mnie dręczy — szlochała Ania, — cóż to był za sądny dzień, Marylo! Straciłam panowanie nad sobą i zbiłam Antosia Paya.
— Cieszę się z tego bardzo — rzekła Maryla z przekonaniem, — należało to już dawno uczynić.
— O nie, nie, Marylo. Nie wiem, jak będę mogła dzieciom spojrzeć w oczy. Czuję się strasznie upokorzoną. Nie masz pojęcia, jak szorstką, niedobrą i niesprawiedliwą byłam. Nie potrafię zapomnieć wyrazu oczu Jasia Irvinga — zdawał się taki zdziwiony i rozczarowany. Ach, Marylo, tak bardzo starałam się być cierpliwą, aby zdobyć sympatję Antosia, a teraz wszystko na nic!
Maryla niezwykle czule przesunęła swą twardą spracowaną dłoń po miękkich falujących włosach dziewczęcia. Gdy łkania ucichły, rzekła łagodnie:
— Za bardzo się przejmujesz, Aniu. Wszyscy popełniamy błędy, ale ludzie zapominają o nich. A każdy miewa swój sądny dzień. Co się tyczy Antosia, cóż ci to szkodzi, że nie masz jego sympatji? Przecież to jedyny taki okaz wśród twoich uczniów.
— To już trudno. Ja pragnę, by wszyscy mnie kochali, a tego malca nie mogę sobie zjednać. Dzisiaj zachowywałam się idjotycznie. Opowiem ci wszystko.
Maryla wysłuchała całego opowiadania, uśmiechając się ukradkiem od czasu do czasu. Gdy Ania skończyła, rzekła uspokajająco:
— Nie myśl już o tem. Dzisiejszy dzień minął, jutro nastąpi nowy, bez pomyłek i zmartwień, jak zwykłaś mawiać. — Teraz chodź na wieczerzę. Przekonasz się, czy filiżanka dobrej herbaty i ciastka ze śliwkami nie poprawią twego humoru?
— Ciastka nie uleczą chorej duszy — rzekła zrozpaczona Ania; ale Maryla uznała to za dobry znak, że Ania powróciła do swego górnolotnego stylu.
Miły nastrój przy wieczerzy, jasne twarzyczki bliźniąt i niezrównane ciastka śliwkowe — Tadzio zjadł ich aż cztery — pomimo wszystko „uleczyły chorą duszę“. Nocy tej Ania spała świetnie, a nazajutrz, ujrzawszy świat przeistoczony, uczuła się rześką i wesołą. Miękki puszysty śnieg padał przez całą noc i otulił świat całunem, który teraz, błyszcząc w chłodnych promieniach zimowego słońca, wydał się Ani zasłoną, miłosiernie rzuconą na wszystkie błędy i upokorzenia przeszłości.
Z powodu zasp śnieżnych musiała pójść do szkoły okólną drogą; złośliwy los zrządził, że na skręcie alei spotkała Antosia, brnącego w śniegu. Doznała uczucia, jakgdyby to ona była winną wczorajszej scenie, ale ku jej niewypowiedzianemu zdumieniu, Antoś uchylił czapki — czego nie czynił nigdy przedtem — i rzekł uprzejmie:
— Jaka marna droga, prawda? Czy mogę pani zanieść książki?
Ania wręczyła mu je, nie będąc pewną, czy nie śni. Dalej szli już w milczeniu, lecz kiedy Ania przed szkołą odbierała odeń książki, uśmiechnęła się — nie swym zwykłym „ łagodnym“ uśmiechem, który przybierała specjalnie dla niego, — ale z nagłym błyskiem koleżeńskiej zażyłości w oczach. Antoś odpowiedział bladym uśmiechem, lecz Ania poczuła, że jeśli nie zdobyła jego sympatji, to zyskała szacunek.
Pani Linde, podczas najbliższych odwiedzin na Zielonem Wzgórzu, potwierdziła jej przypuszczenie.
— Aniu, wygrałaś sprawę z Antosiem Payem, oto co! Powiada, iż pomimo żeś dziewczyną, jesteś coś warta. Lanie, które mu sprawiłaś, dorównywało batom, jakie brał od nauczyciela.
— Nigdy nie spodziewałam się, że zdobędę go zapomocą kija — rzekła Ania smutnie, czując, że przekonania zawiodły ją sromotnie. — Mimo to, jestem pewna, że moja teorja łagodnego postępowania musi być słuszna.
— Tak, ale Payowie stanowią wyjątek z każdej reguły, oto co! — oświadczyła z przekonaniem pani Linde.
— Wiedziałem, że na tem się skończy — powiedział pan Harrison, Janka zaś drwiła bezlitośnie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Rozalia Bernsteinowa.