Ania z Avonlea/Rozdział XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Avonlea
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1927
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Rozalia Bernsteinowa
Tytuł orygin. Anne of Avonlea
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XI
Listy uczniów

— Nauczanie jest bardzo miłem zajęciem — pisała Ania do koleżanki z seminarjum. — Janka uważa je za jednostajne, ale ja jestem innego zdania. Prawie codzień zdarza się coś zabawnego. Dzieci miewają takie pocieszne pomysły! Janka karze swych uczniów za każde swobodniejsze odezwanie się i dlatego lekcje wydają jej się nudne.
Dziś popołudniu Kubuś Andrews miał przesylabizować wyraz „kropkowany“ i nie mógł się z nim uporać. Wreszcie rzekł: „Nie mogę przeczytać, ale wiem, co to znaczy“. Cóż takiego? — zapytałam. „Policzki Saint­‑Claira Donnella“. Saint-Clair jest rzeczywiście bardzo piegowaty, lecz staram się, by dzieci nie zwracały na to uwagi; ja sama byłam kiedyś piegowata i dobrze pamiętam, wiele się przez to nacierpiałam. Ale Saint-Clairowi nie sprawiło to przykrości. Natomiast za nazwanie go Saint-Clairem zbił Kubusia porządnie w drodze ze szkoły do domu. Dowiedziałam się o ich bójce nieoficjalnie, więc nie wtrącę się do tej sprawy.
— Wczoraj uczyłam Karolę Wright dodawania. Objaśniałam: „Jeżeli masz trzy karmelki w jednej rączce a dwa w drugiej, to wiele masz razem?“ — Pełną garść odpowiedziała. A podczas lekcji przyrody na moje pytanie, dlaczego nie należy zabijać żab? Benek Slone odrzekł poważnie: „Bo deszcz padałby nazajutrz“. Trudno jest nie roześmiać się w takich razach, Stello. Ja jednak w szkole zachowuję powagę i dopiero w domu puszczam wodze mojej wesołości. To też Maryla powiada, że denerwują ją te dzikie wybuchy śmiechu, rozlegające się bez powodu na mojej facjatce. Twierdzi, że choroba umysłowa jednego jej znajomego z Graftonu tak się zaczęła. Sądzę, że najtrudniejszem i najbardziej zajmującem w nauczaniu jest doprowadzić dzieci do zwierzania się z ich najgłębszych myśli. Pewnego dżdżystego popołudnia w zeszłym tygodniu zebrałam je dokoła siebie i starałam się gawędzić z niemi tak, jakgdybym była jedną z ich grona. Prosiłam je, by mi powiedziały, czego sobie najbardziej życzą. Niektóre odpowiedzi były pospolite: lalki, koniki, łyżwy... Inne nosiły cechę oryginalności. Henia Boulter pragnęła: „codziennie ubierać się w odświętną sukienkę i jadać w bawialni“. Hania Bell chciałaby „być dobrą, nie zmuszając się do tego“. Dziesięcioletnia Maniusia White pragnęła być wdową. Zapytana dlaczego, odpowiedziała poważnie, że jeśli nie wyjdziesz zamąż, nazywają cię starą panną, jeśli zaś wyjdziesz, to mąż cię tłucze, a więc najlepiej jest być wdową. Najdziwniejsze było życzenie Salusi Bell: życzyła sobie miodowego miesiąca. Na zapytanie, czy wie, co to jest, odpowiedziała: elegancki kabrjolet. Dlaczego? Gdyż kuzyn jej po swoim ślubie przyjechał do nich w ślicznym kabrjolecie, a obiecał był, że przyjedzie w miodowym miesiącu.
Innego dnia zaproponowałam, aby mi opowiedziały najbrzydszy postępek, jaki kiedykolwiek każde z nich spełniło. Starsze nie zgodziły się, lecz niższy oddział zwierzał mi się zupełnie szczerze. Lizia Bell spaliła papiloty swej ciotki. Zapytana, czy chciała je zniszczyć, odpowiedziała: niezupełnie, pragnęła tylko zobaczyć, jak się będą paliły.
Emilek Gillis wydał dziesięć centów, przeznaczonych do puszki misjonarskiej, na karmelki. Największem przestępstwem Aneczki Bell było zjedzenie paru jagód, zerwanych na cmentarzu. Wacek White zjeżdżał kilkakrotnie z dachu owczarni w swych niedzielnych spodniach.
— Ale zostałem za to ukarany, bo musiałem chodzić w łatanych do szkoły niedzielnej przez całe lato. A kiedy się zostanie ukaranym, nie potrzeba już tego żałować — zakończył zwierzenia.

Pragnęłabym bardzo, żebyś poznała ich wypracowania. Przepisuję ci kilka ostatnich. W zeszłym tygodniu zadałam starszemu oddziałowi wypracowanie na temat dowolny. Miał to być list do mnie z opisem jakiejś miejscowości, którą zwiedziły lub ciekawego zdarzenia, napisany na prawdziwym listowym papierze, w prawdziwej kopercie, zaadresowany do mnie. Zaznaczyłam, iż nie chcę, aby im starsi dopomagali. W piątek rano znalazłam cały stos listów na stoliku, a wieczorem stwierdziłam raz jeszcze, że nauczanie ma swe rozkosze, zarówno jak i przykrości. Te wypracowania dały mi dużo zadowolenia. Oto list Edzia Claya z zachowaniem stylu i ortografji.
Pani nauczycielka Shi Rley.
Zielone Wzgórza
kanada
ptaki.

Droga pani nauczycielko napiszę wypracowanie o ptakach. ptaki to bardzo użyteczne zwierzęta. mój kot łapie ptaki. Nazywa się Wilhelm ale tatuś woła na niego tom. jest cały pasiasty i jedno ócho stracił zeszłej zimy. gdyby nie to byłby bardzo ładny. Mój wójek zaadoptował kota. przywlukł się kiedyś do jego domu i nie hciał odejść. wój mówi, że jest mądrzejszy od niejednego człowieka. pozwala mu spać na bójaku i ciocia mówi, że myśli o nim więcej, niż o własnych dzieciach. to nie jest sprawiedliwie. trzeba być dobrym dla kota i dawać mu słodkie mleko, ale nie trzeba być lepszym niż dla dzieci. to wszystko co pamiętam więc jóż nic więcej od

edwarda ClaJ

List Saint-Claira Donnella jest, jak zwykle, krótki i do rzeczy; on nigdy nie traci słów na darmo. Nie przypuszczam, by obrał przedmiot, lub dodał postscriptum z prostej złośliwości. Ot, nie posiada wiele taktu, ani wyobraźni.

Kochana panno Shirley

Kazała nam pani opisać coś nadzwyczajnego. Ja opiszę Dom Ludowy w Avonlea. Posiada dwoje drzwi: frontowe i tylne; ma sześć okien i komin, jest pomalowany na niebiesko. Dlatego jest nadzwyczajny. Stoi przy dolnej drodze do Carmody. Jest to trzeci z rzędu najważniejszy dom w Avonlea. Tamte to kościół i kuźnia. Odbywają się tam zebrania klubu, odczyty i koncerty.

Szczerze oddany
Jakób Donnell
P. S. Dom Ludowy jest koloru jaskrawo niebieskiego.
List Aneczki Bell był bardzo długi, co mnie zdziwiło, gdyż zwykle pisuje tak zwięźle, jak Saint-Clair. Aneczka jest miły, słodki kociak, wzór dobrego wychowania, lecz nie posiada ani cienia fantazji. Oto jej list.
Najdroższa nauczycielko.

Piszę do Pani ten list, ażeby powiedzieć Pani, jak bardzo Ją kocham. Kocham Panią całem sercem i całą duszą — całą moją istotą. Pragnę Ci służyć na wieki. Byłoby to mojem najwyższem szczęściem. Dlatego staram się w szkole być gżeczną i uczyć się dobże.
Pani jest tak piękną, najdroższa nauczycielko! Twój głos jest jak muzyka, a Twoje oczy jak fiołki, skąpane w rosie porannej. Masz postać pełną majestatu. Twoje złote włosy cudownie falują. Antoś Pay mówi, że są rude, ale nie wież mu. Znam Cię zaledwie od paru miesięcy, lecz nie potrafię sobie wyobrazić czasów, gdy Cię nie znałam — gdy nie było Cię w mem życiu, by je błogosławić i uświęcać. Zawsze będę wspominała ten rok, jako najcudowniejszy w mojem życiu, gdyż to on przyniósł mi Ciebie. Jest to równierz rok, kiedy przeprowadziliśmy się z Nowych Mostów do Avonlea. Miłość dla Ciebie wzbogaciła me życie i odsunęła ode mnie wiele zła i zmartwień. Wszystko to Tobie zawdzięczam, najsłodsza moja nauczycielko. Nigdy nie zapomnę, jak uroczo wyglądałaś, gdym Cię widziała po raz ostatni w Twej czarnej sukni z kwiatami we włosach. Będę Cię wiecznie wspominała taką, nawet gdy obie będziemy stare i siwe. Zawsze pozostaniesz dla mnie młodą i piękną, najdroższa nauczycielko. Myślę o Tobie bezustannie — dniem i nocą, o świcie i o zmierzchu. Kocham Cię, gdy się uśmiechasz i gdy smutnie wzdychasz, nawet gdy spoglądasz z pogardą. Nigdy nie jesteś w złym humoże, choć Antoś Pay mówi, że zawsze jesteś zła, ale on pszecież zasługuje na twój gniew. Kocham Cię w każdej sukni, w każdej jesteś zarówno godną uwielbienia. Najukochańsza moja nauczycielko, dobranoc. Słońce już zaszło i gwiazdy zabłysły.... gwiazdy, równie jasne i piękne jak Twoje oczy. Całuję Twe ręce, najsłodsza moja. Niech Bóg ma Cię w swej opiece i strzeże od wszelkiego złego.

Przywiązana uczennica
Aneczka Bell.

Ten niezwykły list zdziwił mnie niemało. Wiedziałam przecież, iż Aneczka nie potrafiłaby nic podobnego napisać. Wychodząc ze szkoły, zabrałam ją na przechadzkę i łagodnie wypytywałam o historję listu. Aneczka rozpłakała się i wyznała szczerze, że nigdy w życiu listu nie pisała i nie potrafiłaby napisać. Ale w górnej szufladzie biurka matki znalazła paczkę listów, pisanych do niej kiedyś przez dawnego konkurenta.
— To nie był ojciec — szlochała Aneczka, — ten pan kształcił się na pastora, więc umiał pisać piękne listy. Ale mamusia nie chciała wyjść za niego zamąż, bo zanudzał ją ciągle długiemi mowami. Mnie te listy wydały się śliczne i przepisałam jeden, żeby posłać pani. Napisałam „nauczycielko“ na miejsce „pani“ i zmieniłam kilka wyrazów, naprzykład „suknia“ zamiast „nastrój“. Nie wiem, co to jest „nastrój“, zapewne to coś z ubrania. Nie rozumiem, jak pani poznała, że to nie mój własny list. Pani jest bardzo mądra.
Powiedziałam Aneczce, że to brzydko przepisywać cudze listy i podawać je jako swoje własne. Obawiam się jednak, iż żałowała jedynie tego, że jej sprawka została wykryta.
— Przecież ja kocham panią — szlochała — to wszystko była prawda, chociaż pastor pierwszy tak napisał. Kocham panią z całego serca. — Naprawdę trudno jest w takich okolicznościach wyłajać kogoś porządnie.
A oto list Basi Shaw. Nie mogę skopjować wszystkich kleksów oryginału.

Kochana nauczycielko.

Pani powiedziała, żebyśmy opisali jakieś odwiedziny. Ja byłam w odwiedzinach raz jeden tylko: zimową porą u ciotki Marji. Jest to bardzo dziwna osoba i doskonała gospodyni. Pierwszego wieczora pszy kolacji wywróciłam karafkę i stłukłam ją. Ciocia powiedziała, że karafkę tę ma od samego ślubu i dotychczas nikt jej jeszcze nie stłukł. Kiedyśmy wstali od stołu, nastąpiłam jej na suknię i wszystkie fałdy wypruły się z paska. Nazajutrz rano pszy myciu uderzyłam dzbankiem o miskę i wyszczerbiłam obie żeczy, zaś przy śniadaniu zalałam serwetę herbatą. Pomagając ciotce nakrywać do stołu, upuściłam porcelanowy półmisek; rozleciał się na kawałeczki. Wieczorem spadłam ze schodów i zwichnęłam nogę. Cały tydzień przeleżałam w łóżku. Słyszałam, jak ciotka mówiła do wuja, iż to całe szczęście, bo byłabym potłukła wszystko w domu. Jak tylko wyzdrowiałam, wróciłam do rodziców. Bardzo nie lubię jeździć w odwiedziny. Wolę chodzić do szkoły, szczególnie odkąd pani jest w Avonlea.

Z szacunkiem
Barbara Shaw.

Wacek White zaczyna:

Szanowna Pani

Opowiem pani coś o mojej Bardzo Odważnej Ciotce. Mieszka w Ontario i jednego dnia, idąc do stodoły, zobaczyła obcego psa w podwórzu. Pochwyciła kij, zwaliła go mocno, zagnała do stodoły i zamknęła. Zaraz nadszedł jakiś człowiek i szukał lwa, który uciekł z nemażerji. Ten niby pies, to był właśnie lew a moja Bardzo Odważna Ciotka zagnała go samym kijem do stodoły. Cud się stał, że on jej nie zjadł, ale to dlatego, że była Bardzo Odważna. Janek Gillis powiada, że jeśli ona myślała, że to pies, to wcale nie była Odważna. Ale Janek jest zazdrosny, bo on nie ma Odważnej Ciotki, tylko samych wujów.

Najlepszy list zachowałam na zakończenie. Śmiejesz się z mego twierdzenia, że Jaś Irving jest genjusz, ale list jego przekona Cię, że to niezwykłe dziecko. Jaś mieszka u swej babki w pobliżu zatoki i nie ma wcale towarzyszy zabaw. Pamiętasz, że nasz profesor z seminarjum zwracał nam uwagę, że nauczycielka nie powinna wyróżniać żadnego z pośród swych uczniów. A jednak nie potrafię oprzeć się specjalnej sympatji dla Jasia. Sądzę, że to nic złego, bo każdy go kocha, nawet pani Linde, która powiada, że nigdy nie przypuszczała, iż tak polubi dziecko matki Amerykanki. I koledzy są do niego bardzo przywiązani. Pomimo marzycielskiego usposobienia jest dzielnym zuchem — zawsze pierwszy w grach i ćwiczeniach sportowych. Niedawno pobił Saint-Claira za jego twierdzenie, iż sztandar angielski stoi wyżej od amerykańskiego. Godząc się, przyrzekli sobie szanować odtąd wzajemnie swe przekonania. Saint-Clair mówi, że sam wali mocniej, ale Jaś gęściej.

List Jasia.

Najdroższa moja nauczycielko.

Kazała nam pani napisać o naszych najmilszych znajomych. Dla mnie to Ludek Skalny i o nim pani opowiem. Nikt o nim nie wie, prócz babuni i ojca mojego. Chciałbym, żeby i pani go poznała, bo pani rozumie te rzeczy. Nie każdemu mogę się z tem zwierzyć.
Mój Ludek Skalny mieszka w zatoce. Przed nadejściem zimy odwiedzałem go prawie co wieczór. Teraz muszę czekać do wiosny, ale wtedy znowu go tam zastanę, bo tacy, jak on, nie odchodzą — to jest właśnie piękne. Najwcześniej poznałem Norę i zdaje mi się, że ją kocham najwięcej. Mieszka w zatoce Andrzeja, ma czarne włosy, czarne oczy i wie wszystko o syrenach i wodnikach. Żeby też pani posłuchała jej opowieści! Potem są dwaj Bracia Żeglarze. Oni nie mieszkają nigdzie, żeglują bezustannie, ale często lądują, ażeby pogawędzić ze mną. Są to dzielni podróżnicy, widzieli już wszystko na świecie, a nawet więcej. Czy pani wie, co się zdarzyło raz młodszemu Żeglarzowi? W wędrówce swej trafił na szlak księżycowy. Szlak księżycowy jest to droga, którą księżyc w pełni znaczy na wodzie, wychodząc z morza. Pani wie, prawda? A więc młodszy Żeglarz płynął po Szlaku, aż dostał się na księżyc. Tam ujrzał małe złote drzwiczki, które otworzył, i szybko przez nie przepłynął. Miał tam cudowne przygody, ale nie mogę ich opisywać, bo list byłby za długi. Jest tam jeszcze Złota Pani z Pieczary. Pewnego dnia znalazłem dużą pieczarę na brzegu, wszedłem do niej i po chwili spotkałem Złotą Panią. Ma długie złote włosy aż do stóp, a suknia jej mieni się i błyszczy jak szczere złoto. Na swej złotej harfie gra dzień cały. Jeśli nasłuchiwać uważnie, to słyszy się tę muzykę wzdłuż całego brzegu, ale wszyscy myślą, że to wiatr szumi między skałami. Nigdy nie mówiłem Norze o Złotej Pani. Bałem się ją urazić. Ona jest urażoną nawet, gdy za długo rozmawiam z Braćmi Żeglarzami.
Spotykałem zawsze Braci Żeglarzy na Szarych Skałach. Młodszy jest bardzo łagodny, ale starszy ma często groźną minę. Podejrzewam starszego, że chętnie zostałby korsarzem. Jest w nim coś bardzo tajemniczego. Kiedyś zaklął, więc powiedziałem mu, że jeśli chce się tak zachowywać, to niech nie przychodzi do mnie na pogawędkę, bo przyrzekłem babuni nie zadawać się z nikim, kto klnie. Przeraził się bardzo, i obiecał mi, że jeśli mu wybaczę, to zabierze mnie w krainę Zachodu Słońca. I naprawdę następnego wieczoru, gdy siedziałem na Szarych Skałach, starszy Żeglarz przybył po mnie w zaczarowanej łodzi. Łódź mieniła się blaskiem pereł i tęczy, jak wnętrze muszli a żagiel jak światło księżyca. Popłynęliśmy wprost do Zachodzącego Słońca. Pomyśl tylko, droga pani; byłem w krainie Zachodu Słońca. Jest to kraina samych kwiatów, niby wielki ogród. Wpłynęliśmy do portu, błyszczącego jak złoto. Wprost z łodzi wyskoczyłem na łąkę żółtych jaskrów, wielkich jak róże. Pozostawałem tam bardzo długo. Zdawało mi się, że to rok cały, ale Starszy Żeglarz powiedział, że zaledwie kilka minut. W krainie Zachodu Słońca czas wydaje się o wiele dłuższy, niż u nas.

Kochający Panią uczeń
Jaś Irving.

P. S. Rozumie się, że ten cały list to bajka, droga nauczycielko!

J. I.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Rozalia Bernsteinowa.