Ania na uniwersytecie/Rozdział XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania na uniwersytecie
Pochodzenie cykl Ania z Zielonego Wzgórza
Wydawca Wydawnictwo Arcydzieł Literatur Obcych RETOR
Data wydania 1930
Druk Drukarnia Zrzeszenia Samorządów Powiatowych
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Janina Zawisza-Krasucka
Tytuł orygin. Anne of the Island
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XVI.
Nowa przyjaźń.

— Jest to chyba najpiękniejszy zakątek na święcie i najbardziej przytulny, — szeptała Iza Gordon, rozglądając się dokoła zachwyconym wzrokiem. Wszyscy mieszkańcy Ustronia Patty zebrali się o zmroku w obszernej bawialni, a więc: Ania, Priscilla, Iza, Stella, ciotka Jakobina, Mruczek, Zyzio, kot Sabiny, Gog i Magog. Płomienie z rozżarzonego kominka tańczyły krwawemi refleksami na ścianach bawialni, koty myły się zawzięcie, a pęk złocistych chryzantem, przysłany Izie przez jednego z ostatnich konkurentów, w tym miłym półmroku sprawiał wrażenie jaśniejącej tarczy księżyca.
Już trzy tygodnie minęło od chwili zamieszkania w Ustroniu Patty i mieszkanki tutejsze z dnia na dzień przekonywały się bardziej, że próba udała się wyśmienicie. W ciągu pierwszych dwóch tygodni zajęte były urządzaniem mieszkania, które zdaniem ich powinno było wywierać przedewszystkiem miłe wrażenie.
Tym razem Ania z uczuciem ulgi opuszczała Avonlea i z radością powracała do miasta. Ostatnie dni wakacyjne nie pozostawiły po sobie zbyt miłego wspomnienia. Otrzymana przez nią nagroda ogłoszona została we wszystkich pismach wyspy ks. Edwarda, a Mr. William Blair, właściciel sklepu korzennego, przechowywał na swym kontuarze cały stos zielonych i żółtych broszurek, które przy każdej okazji rozdawał swym klijentom. Oczywiście kilka broszurek przesłał również Ani, lecz ona, opanowana złością, natychmiast wrzuciła je do ognia. Prawdopodobnie przygnębienie Ani było tylko rezultatem jej nadmiernej wrażliwości, bo na ogół mieszkańcy Avonlea patrzyli na nią z ukrytą zazdrością, lecz w duszy dumni byli, że jedna z mieszkanek ich wsi zdobyła ową nagrodę. Liczni przyjaciele nieomieszkali złożyć Ani serdecznych powinszowań, nielicznych wrogów gryzła utajona zazdrość. Józia Payówna rogłaszała dokoła, że Ania napewno ściągnęła skądś tę nowelę. Ona osobiście przypominała sobie, że czytała ją przed kilku laty w jednym z miejscowych tygodników. Rodzina Slonów, dowiedziawszy się o odtrąceniu przez Anię Karola twierdziła, że ta nowela na pewno nikomu nie przyniosła by zaszczytu. Zresztą w gruncie rzeczy każdy mieszkaniec Avonlea mógł się ubiegać o tę głupią nagrodę. Ciotka Agata wyraziła Ani swe wielkie ubolewanie, że wzięła się w tak młodym wieku do pisania nowel, na coby się nie zdobył nikt urodzony w Avonlea. Zdaniem jej był to wynik lekkomyślnego adoptowania pierwszej lepszej przybłędy, wówczas gdy się nawet nie wie, kim byli jej rodzice. Nawet pani Małgorzata Linde z początku patrzyła na ten wyczyn Ani z niechęcią, potem jednak ujrzawszy czek na dwadzieścia pięć dolarów, doszła do wniosku, że Ania postąpiła bardzo słusznie.
— Dziwne, że za takie bajdy płacą jeszcze pieniądze, uśmiechała się napół z gniewem, lecz jednocześnie duszę jej przepełniała ukryta duma.
Wszystkie te okoliczności przyczyniły się do tego, że Ania z radością powracała tym razem do Kingsportu. Pociągało ją dawne życie redmondskie i myśl spotkania się z przyjaciółmi. Zastała już w Kingsporcie Priscillę, Stellę i Gilberta. Karol Slone nosił w tym roku głowę jeszcze wyżej, a Iza nie mogła się do tej pory zdecydować w kwestji Anatola i Augustyna. Przybył jeszcze do Redmondu Maryś Macferson, który po ukończeniu seminarjum, objął posadę nauczycielską. Jednakże matka Marysia doszła do wniosku, że syn jej musi wstąpić na teologję i rad nierad Maryś musiał ulec życzeniu matki. Zaraz na wstępie zaczął biedaka prześladować dziwny pech, bo oto został napadnięty pewnego dnia przez kilku nowicjuszów, którzy mu ogolili jedną połowę głowy. Nieszczęśliwy Maryś Macferson myślał teraz tylko o tem, kiedy mu wreszcie włosy odrosną. Kiedyś zwierzył się Ani w zaufaniu, że chwilami rozmyśla nad tem głęboko, czy istotnie ma powołanie, aby zostać księdzem.
Ciotka Jakobina zjawiła się dopiero wtedy, gdy już w Ustroniu Patty panował zupełny porządek. Jeszcze w czerwcu panna Patty przesłała Ani klucz z listem, w którym donosiła, że zapakowała Goga i Magoga do tekturowego pudełka i ustawiła je w sypialni pod łóżkiem. Dziewczęta jednak mogą psy wypakować, jeżeli im na tem zależy. W dopisku wyrażała nadzieję, że nowe mieszkanki nie zawieszą zbyt dużo własnych obrazków. Bawialnia była przed pięciu laty świeżo wytapetowana i zarówno panna Patty jak i panna Marja byłyby bardzo niezadowolone, gdyby ściany uległy podziurawieniu. Co do reszty warunków, to panna Patty ufała bezwzględnie Ani.
Dziewczęta nie posiadały się z radości, urządzając nowe swe gniazdko i doprowadzając je do porządku. Iza nawet twierdziła, że czuje się tak, jakby wychodziła zamąż. Każda z nich przywiozła coś z sobą, co miało upiększyć któryś z pokojów w Ustroniu Patty. Priscilla, Iza i Stella postanowiły zawiesić ściany niezliczoną ilością obrazków, chociaż panna Patty w swym liście wyraźnie się temu sprzeciwiała.
— Potem dziury się zalepi i nikt nawet nie pozna, — tłumaczyły zrozpaczonej Ani.
Oczywiście Ania urządziła sobie sypialnię w owym błękitnym pokoju, który jej tak odrazu przypadł do gustu, Priscilla i Stella zajęły większy pokój, a Iza ulokowała się w małym pokoiczku przy kuchni. Dla ciotki Jakóbiny pozostała obszerna sypialnia, sąsiadująca z bawialnią na dole. Mruczek z początku sypiał na schodach.
Pewnego dnia, wracając z wykładów, Ania zauważyła, że niektórzy przechodnie uśmiechają się tajemniczo, spoglądając na nią. Zaczęła się zastanawiać co było powodem tego dziwnego uśmiechu. Może kapelusz jej się przekrzywił, a może pasek rozluźnił? W pewnej chwili obejrzała się poza siebie i po raz pierwszy dostrzegła Mruczka.
Biegł tuż przy niej, ocierając się prawie sierścią o jej nogi i sprawiał raczej nieprzyjemne wrażenie. Wychudzony i brudny wyglądał, jakby przed chwilą wyciągnięto go z komina, tylko zielonych swych oczu nie spuszczał ani na chwilę z twarzy Ani.
Nie pomagały rozpaczliwe ruchy dziewczęcia, kot nie chciał ustąpić i biegł ciągle za nią. Gdy chwilami przystawała, on przystawał także, spoglądając na nią jakgdyby błagalnie jednem swem zdrowem okiem, bo drugie było podbite i napuchnięte. Wreszcie Ania, rada nierada, musiała się zgodzić na to towarzystwo, lecz gdy doszli do furtki Ustronia Patty, zatrzasnęła kotowi furtkę przed nosem w przekonaniu, że widzi go już po raz ostatni. Jednakże gdy w kwadrans później Iza otworzyła furtkę, ujrzała kota siedzącego na tem samem miejscu. W kilku susach przebiegł przez ogródek, wpadł do mieszkania i jednym skokiem znalazł się na ramieniu Ani, miaucząc radośnie.
— Aniu, — zapytała Stella surowo, — czy to twój kot?
— Skądże, — zaprotestowała Ania. — Biegł za mną przez całą drogę i w żaden sposób nie mogłam go się pozbyć. Fe, wynoś się. Bardzo lubię miłe kotki, ale nienawidzę takich brudasów, jak Ty.
Kocisko jednak widocznie nie przejęło się tą odprawą, bo ułożyło się tylko wygodniej na kolanach Ani i zaczęło rozkosznie mruczeć.
— Zapałał do ciebie specjalną sympatją, — śmiała się Priscillą.
— Nie lubię takich sympatyj, — odparła Ania niechętnie.
— Biedactwo gotowe zdechnąć z głodu, — szepnęła Iza z litością. — Wszystkie żebra mu sterczą i uwydatniają się przez skórę.
— Trzeba go nakarmić i wyrzucić z domu, — rzekła Ania po chwili namysłu.
Kot zjadł obiad z wielkim apetytem, lecz nazajutrz rano znowu znaleziono go w ogródku. Widocznie niegościnność nie sprawiła na nim żadnego wrażenia, lecz zdawał się oprócz Ani nikogo nie dostrzegać. Dziewczęta karmiły go przez cały tydzień, poczerń wreszcie doszły do wniosku, że trzeba z intruzem zrobić jakiś porządek. Przez ten czas wygląd kota uległ ogromnej zmianie. Oko mu się wygoiło, przytył trochę i od czasu do czasu mył sobie nawet pyszczek.
— Jednakże zatrzymać go nie możemy, — upierała się Stella. — W przyszłym tygodniu przyjedzie ciotka Jakobina i przywiezie ze sobą kota Sabiny. Nie możemy wychowywać dwóch kotów, zresztą napewnoby się z sobą nie zgodziły. Ten przybłęda ma wojowniczą naturę. Wczoraj wieczorem stoczył bitwę z jakimś kotem z sąsiedztwa.
— Musimy go się pozbyć, — przyznała Ania, spoglądając ponuro na przedmiot ożywionej dyskusji, który leżał teraz na dywanie i mruczał zawzięcie. — Ale w jaki to sposób zrobić? Przecież to stworzenie posiada bardzo wielką dozę uporu.
— Trzeba go zachloroformować, — wtrąciła Iza. — To jest jeszcze najłagodniejszy sposób.
— Któraż z nas zna się na tem? — zapytała Ania z uśmiechem.
— Ja się podejmuję. Już nieraz usypiałam koty w domu. Rano trzeba mu dać dobre śniadanie, potem włożyć go do worka i przykryć drewnianem pudełkiem. Pod pudełko to należy wstawić otwartą buteleczkę z chloroformem. Potem pudełko przyciska się jakimś ciężarem i tak zostaje do wieczora. W kilka godzin potem kot zdechnie bez specjalnych cierpień.
— Łatwo się mówi, — rzekła Ania z powątpiewaniem.
— A przeprowadzić jeszcze łatwiej. Już mnie to pozostaw, ja się tem zajmę, — zapewniła Iza z powagą.
Kupiono chloroform i nazajutrz rano miało się odbyć stracenie Mruczka. Kot zjadł z apetytem śniadanie i nic widocznie nie przeczuwając, skoczył, jak zwykle na kolana Ani. Ania w tej chwili uczuła litość dla biedactwa. Przecież biedne kocisko kochało ją i miało do niej zaufanie. Czyż mogła być świadkiem tej przykrej egzekucji?
— Weź go, — rzekła pospiesznie do Izy. — Już teraz czuję się, jakbym była zbrodniarką.
— Wiesz przecież, że nie będzie cierpiał, — tłumaczyła Iza, ale Ania, nie chcąc patrzeć, uciekła z pokoju.
Operacja odbyła się w małym korytarzyku na samym końcu domu. Tego dnia nikt się do miejsca egzekucji nie zbliżał i dopiero o zmroku Iza oznajmiła, że należałoby Mruczka pochować.
— Niech Prissy i Stella wykopią dół w ogrodzie, — zaproponowała, — a ja z Anią spróbujemy podnieść pudełko. Tego aktu najbardziej nie lubię i nie zdobyłabym się nigdy dokonać go bez czyjejś pomocy.
Na palcach podeszły do drzwi małego korytarzyka, Iza zdjęła ciężarek, leżący na pudełku, gdy wtem usłyszały cichutkie miauczenie.
— On... on nie zdechł, — wyszeptała Ania, siadając z przerażenia na progu kuchni.
— To niemożliwe, — rzekła Iza z przekonaniem. Znowu cichutkie miauczenia przekonały Izę, że Ania miała słuszność. Dziewczęta spojrzały na siebie z lękiem.
— Co teraz zrobimy? — zapytała Ania.
— Czemu nie idziecie? — rozległ się głos Stelli, która właśnie stanęła na progu. — Grób już jest gotowy.
— Ale trupa jeszcze nie mamy, — odparła Ania, wskazując uroczystym ruchem pudełko.
Mimowoli wszystkie wybuchnęły głośnym śmiechem.
— Trzeba go tak zostawić do jutra, — rzekła Iza, kładąc z powrotem ciężarek na pudełku. — Jeszcze przed pięcioma minutami nie miauczał, może to był ostatni jego przedśmiertny okrzyk. A może nam się tylko zdawało?
Lecz gdy nazajutrz rano podniesiono pudełko, Mruczek porwał się z miejsca i z radosnem spojrzeniem wskoczył na ramię Ani. Jeszcze nigdy nie widziano go tak ożywionym.
— W pudełku była dziura, — jęknęła Iza. — Przedtem jej nie dostrzegłam. Właśnie dlatego kot nie zdechł. Będziemy musiały przeprowadzić operację powtórnie.
— Ani mi się śni, — oznajmiła Ania porywczo. — Nie pozwolę zamordować Mruczka. To jest mój kot i sama się będę nim opiekować.
— Ciekawam, jak to połączysz z ciotką Jakóbiną i kotem Sabiny, — rzekła Stella takim tonem, jakby chciała powiedzieć, że ona osobiście umywa od wszystkiego ręce.
Od tego czasu Mruczek należał do rodziny. Sypiał obecnie na małej poduszce w korytarzu przy kuchni i patrzył na świat radośnie. Gdy ciotka Jakobina przybyła do Ustronia Patty, Mruczek był już zupełnie zadomowiony i czuł się panem sytuacji. Mimo to jednak, podobnie, jak kot Kiplinga, chadzał zazwyczaj własnemi drogami. Z wszystkiemi kotami w sąsiedztwie staczał zawzięte walki, nie zważając na to, że tamte koty zaliczały się do arystokracji alei Spofforda. Z ludzi uznawał tylko Anię i ją jedynie darzył prawdziwem przywiązaniem. Nikomu innemu nie pozwalał zbliżyć się do siebie.
— Ta wojowniczość jego jest nie do zniesienia, — narzekała Stella.
— Musi się przecież bronić, — tłumaczyła ulubieńca Ania, głaszcząc lśniącą jego sierść.
— Cieką wam, jak to będzie z kotem Sabiny, — rzekła Stella z odcieniem pesymizmu. — Walki kotów w ogrodzie są jeszcze do zniesienia, ale nie wyobrażam sobie kotów wojujących ustawicznie w pokoju.
Wreszcie nadszedł dzień przyjazdu ciotki Jakóbiny. Ania, Priscilla i Iza oczekiwały tej chwili z odrobiną obawy, lecz gdy w godzinę po przyjeździe ciotka Jakobina zasiadła w głębokim fotelu przed ogniem, natychmiast nabrały do niej wielkiej sympatji i pokochały ją nawet.
Była to mała, stara kobietka, o drobnej twarzy i wielkich błękitnych oczach, spoglądających z prawdziwą werwą młodości na wszystko, co ją otaczało. Policzki miała różowe, a włosy białe, jak śnieg, ułożone w małe pukle nad uszami.
— O, to bardzo staroświecka robota, — tłumaczyła robiąc pończochę i wywijając drutami z zawrotną szybkością. — Ale ja także należę już do staroświeckich ludzi. Noszę staroświeckie suknie i mam staroświeckie poglądy. Coprawda trudno się przyzwyczaić w moim wieku do czegoś nowego. Naprzykład zdaję sobie sprawę, że nowe trzewiki są ładniejsze, ale zawsze wolę stare bo wydają mi się o wiele wygodniejsze. Sama jestem za stara na to, aby zbyt często zmieniać obuwie i poglądy. Jestem pewna, że lękacie się zbyt surowej mojej opieki, lecz ja absolutnie nie noszę się z tym zamiarem. Uważam, że jesteście już dość dorosłe, aby odpowiadać za własne czyny.
— Ale co będzie z temi kotami? — jęknęła Stella, drżąc na samą myśl o tem.
Trzeba zaznaczyć, że ciotka Jakóbina oprócz kota Sabiny przywiozła jeszcze Zyzia, który jak wyjaśniła, był własnością jednej z jej przyjaciółek, która obecnie musiała się przenieść do Vancouver.
— Nie mogła przecież Zyzia z sobą zabierać, więc prosiła, żebym ja się nim zaopiekowała. Nie miałam sumienia odmówić. Zresztą Zyzio jest bardzo piękny, bo ma niezwykle lśniącą sierść i to w rozmaitych kolorach.
Ciotka Jakobina miała słuszność, bo Zyzio, jak złośliwie utrzymywała Stella, tworzył barwną pstrokaciznę. Trudno było powiedzieć jakiego właściwie był koloru. Nogi miał białe z czarnemi łatami, grzbiet szary z dużą, żółtą łatą po jednej stronie i z czarną łatą po drugiej. Ogon żółty, a na końcu szary, jedno ucho czarne, a drugie żółte. Czarna łatka nad lewem okiem sprawiała, że robił wrażenie niesamowite. W rzeczywistości jednak był bardzo dobrze wychowany i posiadał prawdziwie arystokratyczne maniery. W porównaniu z innemi kotami, Zyzio był prawdziwym arystokratą. Nigdy się nie złościł i nigdy nie zmuszał się do łapania myszy. Sypiał tylko na miękkich poduszkach a zazwyczaj miewał apetyt jedynie na wyszukane potrawy.
Zyzio i kot Sabiny przyjechały w pociągu w dwóch oddzielnych pudełkach. Gdy już się obydwa najadły do syta, Zyzio usadowił się na miękkiej poduszce w rogu bawialni, a kot Sabiny zaczął się myć zawzięcie na dywanie przed kominkiem. Ciotka Jakobina dostała go od swojej praczki.
— Na imię jej było Sabina i dlatego mąż mój przezwał kociaka kotem Sabiny, — wyjaśniała miła staruszka. — Ma już osiem lat i doskonale łapie myszy. Bądź spokojna, Stello. Kot Sabiny nigdy nie walczy, a Zyzio czyni to bardzo rzadko.
— Ale będą musiały walczyć we własnej obronie, — odparła Stella cichutko.
W tej samej chwili pojawił się w pokoju Mruczek. Dopiero przystanąwszy przed kominkiem ujrzał dwóch nowych gości. Zatrzymał się nagle, wyciągnął ogon, najeżył sierść i rzucił się na kota Sabiny.
Kot Sabiny przerwał na chwilę swe mycie i zdecydowanym ruchem zamachnął się łapą na Mruczka. Biedny Mruczek bezsilnie potoczył się po dywanie. Po chwili podniósł się niechętnie. Cóż to za stworzenie, które nawet jego się nie ulękło? Zaczął się podejrzliwie przyglądać kotowi Sabiny, lecz tamten z wielką pogardą odwrócił się do niego tyłem i po krótkiej przerwie zaczął się myć na nowo. Widocznie Mruczek doszedł do jakiegoś wniosku, bo od tej chwili nigdy już kota Sabiny nie atakował.
Wtem nagle Zyzio usiadł na poduszce i ziewnął szeroko. Gorąca krew w żyłach Mruczka zapłonęła i posunął się w stronę drugiego intruza. Szybko jednak zorjentował się, że Zyzio mimo pozornej melancholji, umiał doskonale walczyć i nawet potrafiłby zwyciężyć swego przeciwnika. Od tego czasu Mruczek i Zyzio staczali codzienne bitwy. Oczywiście za każdym razem Ania stawała po stronie Mruczka, Stella rozpaczała, a ciotka Jakobina uśmiechała się pobłażliwie.
— Niech się biją, — mówiła z zadowoleniem. — Potem się zaprzyjaźnią. Zyziowi ruch dobrze zrobi, bo był trochę za gruby, a Mruczek będzie miał naukę, że nie on jeden jest prawdziwym kotem na świecie.
Istotnie po pewnym czasie Zyzio i Mruczek zawarły dozgonną przyjaźń. Sypiały nawet na jednej poduszce, obejmowały się łapkami i myły sobie wzajemnie pyszczki.
— Wszystkim nam jakoś dobrze razem, — mówiła Iza z uśmiechem. — Nawet i ja nauczyłam się myć naczynia i zamiatać podłogę.
— Ale nie wmówisz nikomu, że umiesz usypiać koty, — śmiała się Ania.
— Wszystkiemu była winna ta dziura w pudełku, — Iza próbowała się bronić.
— Całe szczęście, że pudełko było dziurawe, — wtrąciła ciotka Jakobina niemal surowo. — Przyznaję, że kocięta można topić, bo inaczej byłoby ich zbyt dużo. Ale według mnie dużego kota zabijać się nie godzi.
— Inaczej ciocia mówiłaby, gdyby widziała Mruczka dwa tygodnie temu, — rzekła Stella. — Wyglądał, jak djabeł.
— Wątpię, czy djabeł jest taki brzydki, — rzekła ciotka Jakobina w zamyśleniu — nie mógłby tak szkodzić ludziom. Ja osobiście wyobrażam sobie djabła, jako przystojnego, eleganckiego młodzieńca.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Janina Zawisza-Krasucka.