Ania na uniwersytecie/Rozdział XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania na uniwersytecie
Pochodzenie cykl Ania z Zielonego Wzgórza
Wydawca Wydawnictwo Arcydzieł Literatur Obcych RETOR
Data wydania 1930
Druk Drukarnia Zrzeszenia Samorządów Powiatowych
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Janina Zawisza-Krasucka
Tytuł orygin. Anne of the Island
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ XVII.
List od Tadzia.

Dziewczęta, śnieg zaczyna padać, — oznajmiła Iza, wróciwszy pewnego listopadowego wieczoru do domu. — Wszystkie ścieżki ogrodowe pokryte są już płatkami. Dopiero dzisiaj po raz pierwszy przekonałam się, że płatki śnieżne są naprawdę cudowne. Dotychczas nie miałam nigdy czasu zastanawiać się nad tem. Błogosławieństwo Boże spłynie na was za to, żeście zechciały wziąć mnie do siebie. Z przyjemnością nawet martwię się, jak masło zdrożeje o pięć centów na funcie.
— Naprawdę zdrożało? — spytała Stella, która zajmowała się rachunkami gospodarskiemi.
— Tak, moja droga. Masz tutaj swoje masło. Wprawiłam się doskonale w robienie zakupów. Doszłam do wniosku, że zakupy są o wiele milszą zabawą, niż flirt, — dodała Iza poważnie.
— Jakże też wszystko szybko drożeje, — szepnęła z westchnieniem Stella.
— Nic nie szkodzi. Dzięki Bogu czyste powietrze i radość życia otrzymuje się jeszcze darmo, — dorzuciła ciotka Jakobina.
— Śmiać się też można bez pieniędzy, — wtrąciła Ania. — Dotychczas na śmiech niema jeszcze cennika, i całe szczęście, bo za chwilę będziecie się musiały śmiać. Chciałam wam przeczytać list, który otrzymałam od Tadzia. Poprawiła się jakoś ostatnio jego ortografja, chociaż zupełnie jeszcze jej nie opanował. Mój pupilek posiada jednak niezwykły talent do pisania ciekawych listów. Posłuchajcie, a uśmiejecie się.
— Kochana Aniu, — pisał Tadzio, — Biorę piuro, ażeby ci donieść, że wszyscy jesteśmy zdrowi, czego i tobie życzymy. Dzisiaj pada trochę śnieg, a Maryla mówi, że to stara Pani Zima w niebie wytrząsa pierzynę. Czy Pani Zima jest żoną Pana Boga? Muszę to wiedzieć Aniu.
— Pani Linde była naprawdę chora, ale teraz już się czuje lepiej. W zeszłym tygodniu spadła ze schodów do piwnicy. Spadając, zatrzymała się o deskę, na której stoją garnki, ale deska nie wytrzymała jej ciężaru i upadła na nią. Maryla sądziła, że to trzęsienie ziemi. Jeden garnek uderzył panią Linde w żebro. Zaraz posłaliśmy po doktora i doktór zapisał jej lekarstwo do smarowania, ale pani Linde nie zrozumiała widocznie, co mówił, bo całe lekarstwo wypiła. Lekarz potem mówił, że chyba cudem nie umarła. Pani Linde zawsze ma szczęście, bo nietylko nie umarła, ale i wyleczyła sobie żebro. Puźniej powiedziała, że doktorzy nie mają o niczem pojęcia. Tylko jeden garnek się zbił, więc Maryla musiała go wyrzucić. W zeszłym tygodniu było święto Wdzięczności, więc nie poszliśmy do szkoły i Maryla zrobiła doskonały obiad. Dostaliśmy pasztet, pieczonego indyka, placek z owocami, ożechy, ser, szynkę i tort czekoladowy. Maryla nawet powiedziała, że jak zjem to wszystko to napewno umrę. Tolę po objedzie zabolało ucho, ale przecież obiad nie poszedł do uszu, tylko do brzucha. Mnie tam uszy nie bolały.
— Już nie mamy teraz nauczycielki tylko nauczyciela, ktury jest bardzo śmieszny i wesoły. W zeszłym tygodniu zadał nam ćwiczenie o tem jaką chcięlibyśmy mieć żonę, a dziewczynom, jakiego chciałyby mieć męża. Jak potem czytał te ćwiczenia, to o mało nie pękł ze śmiechu. Ja napisałem takie ćwiczenie:
Jaką żonę chciałbym mieć.
— Musi być dobrze wychowana, dobrze gotować i robić wszystko co ja będę chciał i zawsze być dla mnie uprzejmą. Musi mieć piętnaście lat. Musi pomagać biednym i ciągle sprzątać w domu. Musi być dobra musi chodzić co niedzielę do kościoła. Musi być ładna i mieć jasne włosy. Jak dostanę żonę, to będę dla niej dobrym mężem. Uważam, że kobieta powinna być dobra dla swego męża. Wiem, że dużo biednych kobiet nie ma wcale mężów.

Koniec.

— W zeszłym tygodniu byłem w Białych Piaskach na pogrzebie pani Wright. Mąż trupa był bardzo zmartwiony. Pani Linde mówi, że dziadek pani Wright kradł owce, ale Maryla powiada, że nie powinno się źle mówić o umarłych. Aniu, dlaczego się nie powinno? Chciałbym to wiedzieć. Przecież to zupełnie bespieczne, prawda?
— Pani Linde rozłościła się na mnie, bo raz ją zapytałem, czy pamięta czasy Noego. Myślałem, że mi opowie, jak to wtedy było. Aniu, czy ona wtedy żyła?
— Pan Harrison chciał się pozbyć swego psa, więc go raz powiesił, ale pies odżył i schował się w stodole, gdy pan Harrison kopał mu już dół w ogrodzie. Więc pan Harrison jeszcze raz go powiesił i tym razem już na śmierć. Pan Harrison ma nowego pastucha, który jest strasznie pokraczny. Pan Harrison uważa, że ten pastuch jest mańkutem na obydwie nogi. Pastuch pana Barry jest strasznie leniwy, chociaż pan Barry mówi, że on wcale nie jest leniwy, tylko nie chce mu się pracować.
Świnia pani Andrews, otrzymała nagrodę, ale nazajutrz zdechła. Pani Linde powiada, że to kara Boża spadła na panią Andrews. Ja jednak myślę, że tym razem Pan Bóg ukarał tylko świnię. Emilek Boulter był niedawno chory i doktór zapisał mu lekarstwo bardzo niesmaczne. Powiedziałem, że wezmę to lekarstwo za pięć centów, ale wiesz, jacy Boulterowie są skąpi. Emilek powiedział, że woli sam wziąć lekarstwo i nie wydać pieniędzy. Zapytałem raz panią Boulter, jak to się łapie męża. Strasznie się rozgniewała i powiedziała, że niema pojęcia, bo ona nigdy męża nie łapała.
— K. M. A. znowu zaczęło malować Dom Ludowy. Widocznie znudził im się już ten niebieski.
— Wczoraj wieczorem był u nas nowy pastor na herbacie. Połknął odrazu aż trzy kawałki pasztetu. Gdybym ja tak zrobił, pani Linde powiedziałaby, że jestem żarłok, a on jadł bardzo prędko i prawie wcale nie mówił. Dlaczego Maryla zawsze się gniewa na mnie za to, że jem prędko. Dlaczego księżom wolno robić to, czego dzieciom nie wolno? Muszę to wiedzieć.
Pozatem nic nowego niema. Posyłam ci w tym liście sześć całusów. Tola dołącza jednego.
Twój kochający Cię
Tadeusz Keith.
P. S. Aniu, kto był ojcem djabła? Muszę to wiedzieć.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Janina Zawisza-Krasucka.