Ania na uniwersytecie/Rozdział I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania na uniwersytecie
Pochodzenie cykl Ania z Zielonego Wzgórza
Wydawca Wydawnictwo Arcydzieł Literatur Obcych RETOR
Data wydania 1930
Druk Drukarnia Zrzeszenia Samorządów Powiatowych
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Janina Zawisza-Krasucka
Tytuł orygin. Anne of the Island
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ I.
Chmurki na horyzoncie.

— Żniwa już skończone i lato minęło, — szepnęła Ania Shirley, spoglądając rozmarzonym wzrokiem na poszarzałe, nagie pola. Obydwie z Dianą Barry zajęte były zrywaniem jabłek w sadzie na Zielonem Wzgórzu, a w tej chwili postanowiły odpocząć trochę w osłonecznionym zakątku ogrodu, gdzie panowała cisza, przerywana tylko cichem brzęczeniem drobnych muszek i delikatnym powiewem wietrzyka, przynoszącego słodką woń z pobliskiego Lasu Duchów.
Cały krajobraz dokoła mówił o zbliżającej się jesieni. Fale morskie szumiały w oddali, pola były nagie, poszarzałe i poprzecinane miedzami, zasłanemi złotem opadających liści. Dolina Fiołków w pobliżu Zielonego Wzgórza rozkwitała teraz tysiącem purpurowych aster, a Jezioro Lśniących Wód stawało się coraz bardziej błękitne. Nie był to jednak zmienny błękit wiosenny, ani też blady lazur lata, był to czysty zdecydowany, poważny błękit, jakby wody jeziora przygotowywały się do zimowej drzemki.
— Piękne mieliśmy lato, — rzekła Diana, obracając z uśmiechem nowy pierścionek na palcu lewej ręki. — Ślub panny Lawendy był niejako ukoronowaniem letnich miesięcy. Sądzę, że państwo Irving są już obecnie nad brzegami Pacyfiku.
— Gdy myślę o tem, mam wrażenie, że w tę swoją podróż naokoło świata wybrali się przed wiekami, — westchnęła Ania. — Nie chce mi się wierzyć, że ślub ich odbył się przed tygodniem. Zbyt dużo mamy zmian naraz. Panna Lawenda wyszła zamąż, państwo Allan wyjechali, wszystko jakieś takie opuszczone. Przechodziłam wczoraj wieczorem koło Chatki Ech. Ten dom z zamkniętemi okiennicami, sprawia szczególnie przykre wrażenie. Wygląda jak po śmierci którego z mieszkańców.
— Nie znajdziemy drugiego takiego pastora, jak pan Allan, rzekła Diana ze smutkiem. — Jestem pewna, że tej zimy nabożeństwa rzadziej się będą odbywały. Ty i Gilbert także wyjeżdżacie, naprawdę będzie można oszaleć.
— Ale za to zostaje Alfred, — wtrąciła Ania przebiegle.
— Kiedy pani Linde przenosi się do was? — zapytała Diana, jak gdyby nie słysząc uwagi Ani.
— Podobno jutro. Bardzo się cieszę, że zamieszka na Zielonem Wzgórzu, ale ta jej przeprowadzka sprowadzi znowu ogromną zmianę. Obydwie z Marylą wyprzątałyśmy wczoraj gościnny pokój przeznaczony dla pani Linde. Wiesz, że mi to sprawia przykrość? Może głupia jestem, ale odniosłam takie wrażenie, jakbym się dopuściła świętokradztwa. Ten stary pokoik był zawsze dla mnie prawdziwą świątynią. Za czasów dzieciństwa uważałam go za najpiękniejszy apartament na świecie. Przypominasz sobie jak pragnęłam przespać choć jedną noc w szerokiem łóżku w gościnnym pokoju, ale nie na Zielonem Wzgórzu. Och, nigdy. To byłoby okropne, umarłabym chyba z wrażenia! Nigdy przez ten pokój nie przeszłam swobodnie; jeśli Maryla posłała mnie tam po coś, zawsze skradałam się na palcach, z zatamowanym oddechem, jakbym się znajdowała w kościele, a uczuwałam dziwną ulgę, gdy wychodziłam stamtąd. Wisiały tam na ścianach portrety George‘a Whitefield‘a i księcia Wellingtonu, które odbijały się w lustrze wiszącem po przeciwległej stronie i zdawały się patrzeć na mnie z niezwykłą surowością. Przechodząc koło lustra odwracałam nawet głowę, żeby uniknąć tego surowego spojrzenia. Często dziwiłam się, jak Maryla ośmiela się sprzątać w tym pokoju. A teraz facjatka ta jest zupełnie pusta. Obydwa portrety powędrowały na strych. Tak się kończy sława ludzka na tym świecie, — dodała Ania ze śmiechem, w którym drżała jednak cichutka nuta żalu. Przykro jest profanować dawne świątynie, chociaż się już nawet z dziecięcych wierzeń wyrosło.
— Będę ogromnie samotna po twoim wyjeździe — westchnęła Diana już chyba po raz setny. — I pomyśleć tylko, że wyjeżdżasz już na przyszły tydzień!
— Ale przecież jesteśmy jeszcze razem, — zawołała Ania wesoło. — Musimy ten ostatni tydzień odpowiednio wyzyskać, aby został dla nas obydwu pamiętny. Mnie samej sprawia myśl o wyjeździe z domu ogromną przykrość, bo przecież zostawiam tu tylu serdecznych przyjaciół. Mówisz o swej samotności! To ja powinnam się jej lękać. Ty zostajesz tu wśród starych przyjaciół, a przytem Alfred jest z tobą, gdy ja tymczasem będę między obcymi, bo nie znam tam ani żywej duszy!
— Ale za to będzie Gilbert i Karol Slone, — rzekła Diana, wpadając w ton Ani.
— Karol Slone, będzie dla mnie doprawdy wielką pociechą, — przyznała Ania ironicznie i nagle obydwie wybuchnęły głośnym śmiechem. Diana wiedziała doskonale, co Ania myśli o Karolu Słone, martwiło ją jedynie, że nie może zgłębić uczucia Ani dla Gilberta Blythe. A może Ania sama dokładnie nie zdawała sobie z tego sprawy.
— Chłopcy zamieszkają napewno na przeciwległym krańcu miasta, — ciągnęła dalej Ania. — Bardzo się cieszę, że jadę do Redmond i jestem pewna, że je wreszcie polubię. Najgorsze będą początkowe tygodnie, bo nie będę mogła przyjeżdżać na niedzielę do domu, jak to było za czasów seminarjum, a do Bożego Narodzenia jeszcze bardzo daleko.
— Wszystko się zmieniło, albo się zmieni, — rzekła Diana ze smutkiem. — Mam wrażenie, Aniu, że dawne, dobre czasy już nigdy nie wrócą.
— Stanęłyśmy na rozstajnych drogach, — szepnęła Ania w zamyśleniu. — I do tego dojść musiało. Czy sądzisz Diano, że być dorosłym to istotnie taka przyjemność, jak się nam zdawało, gdy byłyśmy dziećmi?
— Sama nie wiem, chociaż pewne przyjemności są z tem związane, — odparła Diana, bawiąc się znowu swoim pierścionkiem i uśmiechając się tajemniczo, jakby pragnęła zaznaczyć, że Ania jest jeszcze pod tym względem osobą niedoświadczoną. — Ale tyle jest rzeczy niezbadanych. Czasem mam wrażenie, że wam lęk przed tą „dorosłością” i w takich chwilach dałabym dużo za to, żeby być znowu małą dziewczynką.
— Przypuszczam, że z czasem przyzwyczaimy się do tego, że jesteśmy już dorosłe, — uśmiechnęła się Ania wesoło. — Dla człowieka dorosłego nie istnieją rzeczy nieprzewidziane, a przynajmniej istnieje ich bardzo niewiele. Te wszystkie niespodzianki, jakie nas czekają, są właśnie okrasą ludzkiego życia. Mamy teraz lat osiemnaście. Za dwa lata będziemy miały dwadzieścia. Jako dziesięcioletnia dziewczynka, uważałam, że ludzie dwudziestoletni są już zupełnie starzy. Za kilka lat ty będziesz stateczną matroną w średnim wieku, ja zaś będę ciocią Anią, która cię będzie odwiedzać podczas wakacyj. Chyba zawsze się u was kąt dla mnie znajdzie, kochanie? Oczywiście nie gościnny pokój, stare panny nie lubią windować się tak wysoko po schodach. Dla mnie wystarczy jakaś mała komórka przy kuchni.
— Cóż za głupstwa gadasz, Aniu, — zaśmiała się Diana. — Napewno zostaniesz żoną jakiegoś bogatego i przystojnego chłopca, zapomnisz wtedy o wszystkich gościnnych pokojach i będziesz zadzierała nosa wobec wszystkich dawnych przyjaciół z Avonlea.
— Szkodaby było — mój nosek jest dość ładny i zdaje mi się, że zadzieranie zniekształciłoby go, — Ania mówiła teraz z komiczną powagą. — Nie mam znowu tak wielu pięknych rysów, abym taki jeden możliwy nos skazywała na zeszpecenie. To też, jeżeli nawet zostanę żoną Króla Zaczarowanej Wyspy, obiecuję ci, że na twój widok nosa zadzierać nie będę.
Dziewczęta rozstały się w wesołym nastroju, Diana pobiegła w stronę Sosnowego Wzgórza, Ania zaś skierowała się na pocztę. Przewidywania jej się ziściły, bo istotnie wręczono jej list w dużej białej kopercie. Gdy w kwadrans potem Gilbert Blythe spotkał ją na moście nad Jeziorem Lśniących Wód, zauważył na twarzy jej wyraz radosnego podniecenia.
— Priscilla Grant także jedzie do Redmond, — zawołała. — Czyż nie nadzwyczajnie się składa? Lękałam się, że jej ojciec na to się nie zgodzi. Na szczęście nie stawiał przeszkód i mamy się spotkać na okręcie. Mogę teraz całkiem spokojnie stanąć w obliczu całej plejady profesorów z Redmond, skoro będę miała przy boku Priscillę.
— Sądzę, że Kingsport przypadnie ci do gustu, — rzekł Gilbert. — Jest to bardzo ładne, stare miasto i posiada podobno najpiękniejszy park na świecie. Opowiadano mi, że urządzenie parku jest poprostu nadzwyczajne.
— Wątpię, czy gdzieśkolwiek może być ładniej niż tutaj, — rzekła Ania, rozglądając się wokoło z rozmarzeniem, jak gdyby miejsce, które nazywała „domem“ było najpiękniejszym zakątkiem na świecie, choćby nie wiadomo ile i jak pięknych krain znajdowało pod obcem niebem.
Stali obydwoje, oparci o balustradę mostu, wchłaniając z rozkoszą upojną atmosferę zmierzchu. Tarcza zachodzącego słońca nie zniknęła jeszcze za szczytami pagórków, a już księżyc wzeszedł i odbijał się poświatą swych promieni w spokojnej tafli jeziora. Czar wieczoru zdawał się spowijać swą pieszczotą dwoje młodych, zasłuchanych w tajemnicze szepty przyrody.
— Czemuś taka milcząca, Aniu? — zapytał wreszcie Gilbert.
— Lękam się mówić, bo gotowam spłoszyć to wszystko, co tonie w ciszy, — szepnęła cichutko Ania.
Gilbert położył nagle dłoń na małej jej rączce, spoczywającej na balustradzie mostu. Duże jego oczy pociemniały jeszcze bardziej a chłopięce wargi rozchyliły się w nagłej chęci wypowiedzenia czegoś, co oddawna już musiało przepełniać jego duszę. Lecz Ania niespokojnie cofnęła rękę i czar prysnął.
— Muszę wracać do domu, — zawołała, z przesadną nieco obojętnością. — Maryla miała dzisiaj straszną migrenę, więc sądzę, że nie będzie się mogła zająć bliźniętami. Nie powinnam była tak długo zostawać poza domem.
Gawędząc wesoło o sprawach codziennych dotarli do dróżki, wiodącej na Zielone Wzgórze. Biedny Gilbert nie odważył się już zmienić tematu rozmowy, a gdy się żegnali, zdawało mu się, że Ania odetchnęła z ulgą. Od ostatniego zdarzenia w Chatce Ech, zrodziło się w jej duszy dziwne uczucie dla Gilberta, do którego sama przed sobą wolała się nie przyznawać. Coś nieznanego wtargnęło do ustronia starej ich przyjaźni. Widocznie to „coś” silniejsze było i miało zawładnąć zupełnie dziewczęcą duszyczką Ani.
— Dawniej nie cieszyłam się tak gdy Gilbert odchodził, — pomyślała ze smutkiem, idąc spiesznie do domu wąską ścieżką. — Jeszcze te głupstwa gotowe zniweczyć naszą przyjaźń. Och, dlaczego chłopcy są tacy niecierpliwi!
Niecierpliwością nazywała Ania nagłe, nieoczekiwane odruchy Gilberta, które wywoływały przeważnie niespokojne drżenie w jej duszy. Właściwie ta jego niecierpliwość nie sprawiała jej przykrości, odczuwała raczej zupełnie coś innego, niż przy zbliżeniu się Karola Slone, jak to było podczas tańca w Białych Piaskach. Na samo wspomnienie tego tańca Ania wzdrygnęła się z niechęcią. Prędko jednak zapomniała o tem wszystkiem, otoczona domową atmosferą wielkiej kuchni na Zielonem Wzgórzu, gdzie na szerokiej sofie ośmioletni jej wychowanek zanosił się teraz od płaczu.
— Tadziu, co się stało? — zapytała Ania, chwytając go w objęcia. — Gdzie Maryla i Tola?
— Maryla kładzie Tolę do łóżka, — szlochał Tadzio. — A ja płaczę, bo Tola spadła ze schodów na głowę do piwnicy i zdarła sobie skórę nad nosem...
— Och, ale nie płacz, kochanie. Rozumiem, że ci jej żal, ale twój płacz nic jej nie pomoże. Jutro napewno będzie zupełnie zdrowa. Płacz nikomu nie pomoże, Tadziu.
— Ale ja nie dlatego płaczę, że Tola spadła ze schodów, — zawołał Tadzio, przerywając potok wymowy Ani. — Płaczę dlatego, że nie widziałem, jak spadała. Każda taka dobra zabawa musi mnie ominąć.
— Och, Tadziu! — Ania z trudem powstrzymywała głośny wybuch śmiechu — więc to dla ciebie jest zabawne, że biedna Tola spadła ze schodów i tak się strasznie potłukła?
— Tak strasznie to się znów nie potłukła, — rzekł Tadzio, ocierając łzy rękawem. — Gdyby się zabiła, to bym napewno się martwił. Ale Keithowie tak prędko się nie zabijają. To tak coś jak Blewettowie. Henio Blewett spadł w zeszłą środę ze strychu i stoczył się prosto do stajni, pod kopyta nieujeżdżonego wierzchowca, a jednak nic mu się nie stało. Jest zdrów, żyje, tylko trzy żebra złamał. Pani Linde powiada, że są na świecie tacy ludzie, których nawet siekierą nie zarąbiesz. Aniu, czy pani Linde jutro się do nas sprowadza?
— Tak, Tadziu i mam nadzieję, że będziesz dla niej zawsze grzeczny.
— Naturalnie, że będę grzeczny. Ale Aniu, czy ona mnie będzie kładła codziennie do łóżka?
— Możliwe. Bo co?
— Dlatego, — rzekł Tadzio z powagą, — że ja przy niej nie chcę odmawiać pacierza, jak przy tobie, Aniu.
— Dlaczego?
— Dlatego, że nie powinno się przy obcych rozmawiać z Panem Bogiem. Tola może mówić pacierz przy pani Linde, ale ja nie chcę. Zaczekam aż odejdzie, i wtedy dopiero się pomodlę. Dobrze, Aniu?
— Dobrze, jeżeli jesteś pewien, że nie zapomnisz potem o pacierzu.
— O, napewno nie zapomnę. Ja bardzo lubię się modlić, ale zawsze większą przyjemność sprawiało mi, jak mówiłem pacierz przy tobie. Bardzobym chciał, żebyś została w domu, Aniu. Nie rozumiem dlaczego właściwie wyjeżdżasz i zostawiasz nas samych.
— I jabym wolała zostać, Tadziu, ale czuję, że powinnam wyjechać.
— Jeżeli wolisz zostać, to po co jedziesz? Przecież jesteś już zupełnie dorosła. Jak ja dorosnę, to nic nie zrobię takiego, na co nie będę miał ochoty.
— W ciągu całego życia nieraz może się zdarzyć, że będziesz robił to, co ci nie będzie sprawiało przyjemności, Tadziu.
— Ani mi się śni, — zawołał Tadzio gorąco. — Teraz robię to, co mi każą, nawet muszę pójść spać, bo ty i Maryla tak chcecie. Ale jak będę dorosły, nikt mnie do niczego nie zmusi. Emilek Boulter słyszał, jak matka jego mówiła, że ty wyjeżdżasz na uniwersytet, aby poszukać męża. Czy to prawda, Aniu? Chciałbym to wiedzieć koniecznie.
Twarzyczkę Ani oblał krwawy rumieniec, zaraz jednak zaśmiała się wesoło, tłumacząc sobie, że wulgarne plotkarstwo pani Boulter nie powinno jej wcale obchodzić.
— Nie, Tadziu, to nie prawda. Jadę, ażeby się nauczyć wielu mądrych rzeczy.
— Jakich rzeczy?
— Jak się kotu buty szyje.
— I niegrzeczne dzieci bije, — wyrecytowała Ania śmiejąc się.
— Ale jak będziesz chciała znaleźć męża, to jak się do tego weźmiesz? Bardzo chciałbym to wiedzieć, — indagował Tadzio, dla którego ta sprawa musiała mieć widocznie specjalne znaczenie.
— Zapytaj lepiej o to panią Boulter, — odparła Ania całkiem bezmyślnie. — Ona zna się lepiej na tych sprawach odemnie.
— Zapytam, jak ją tylko zobaczę, — rzekł Tadzio, uspokojony już prawie zupełnie.
— Tadziu! Ani mi się waż! — zawołała Ania, zorjentowawszy się nagle w popełnionym błędzie.
— Przecież sama mi kazałaś, — zaprotestował Tadzio, patrząc na nią z niedowierzaniem.
— Już najwyższy czas, żebyś poszedł do łóżka, — oznajmiła Ania z powagą, pragnąc w tej chwili przerwać niemiły temat rozmowy.
Ulokowawszy Tadzia w łóżeczku i wysłuchawszy długiego pacierza, Ania zeszła na dół i wolnym krokiem poczęła iść wąską ścieżką w stronę lasu. Przysiadła nad brzegiem strumyka, zapatrzona w srebrzystą tarczę księżyca, i zasłuchana w ciche szmery mknących przed siebie fal. Wzrok jej zawisł na wartkim prądzie unoszonej wody, która cichym swym pluskiem zdawała się wtórować powiewowi lekkiego wieczornego wietrzyka. Ania zawsze bardzo kochała strumyk. Wiele marzeń dziecięcych łączyła z bystrem i jego falami podczas owych dni, które już dawno minęły. Niejednokrotnie w latach swego dzieciństwa przepędzała na marzeniach całe godziny tu ta j właśnie, nad brzegiem. Wówczas to w wyobraźni płynęła wątłą łodzią po niezmierzonych obszarach dalekich mórz i chwilami dostrzegała w oddali wybrzeże upragnionej Krainy Czarów, do której nigdy dotrzeć nie mogła. W godzinach marzeń była bogatszą, niż w rzeczywistości, bo wtedy nieziemskie skarby spływały na ziemię, a ona spoglądała na nie rozjaśnionym wzrokiem i dotykała ich drżącemi palcami.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Janina Zawisza-Krasucka.