Strona:L. M. Montgomery - Ania na uniwersytecie.djvu/13

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dwoje młodych, zasłuchanych w tajemnicze szepty przyrody.
— Czemuś taka milcząca, Aniu? — zapytał wreszcie Gilbert.
— Lękam się mówić, bo gotowam spłoszyć to wszystko, co tonie w ciszy, — szepnęła cichutko Ania.
Gilbert położył nagle dłoń na małej jej rączce, spoczywającej na balustradzie mostu. Duże jego oczy pociemniały jeszcze bardziej a chłopięce wargi rozchyliły się w nagłej chęci wypowiedzenia czegoś, co oddawna już musiało przepełniać jego duszę. Lecz Ania niespokojnie cofnęła rękę i czar prysnął.
— Muszę wracać do domu, — zawołała, z przesadną nieco obojętnością. — Maryla miała dzisiaj straszną migrenę, więc sądzę, że nie będzie się mogła zająć bliźniętami. Nie powinnam była tak długo zostawać poza domem.
Gawędząc wesoło o sprawach codziennych dotarli do dróżki, wiodącej na Zielone Wzgórze. Biedny Gilbert nie odważył się już zmienić tematu rozmowy, a gdy się żegnali, zdawało mu się, że Ania odetchnęła z ulgą. Od ostatniego zdarzenia w Chatce Ech, zrodziło się w jej duszy dziwne uczucie dla Gilberta, do którego sama przed sobą wolała się nie przyznawać. Coś nieznanego wtargnęło do ustronia starej ich przyjaźni. Widocznie to „coś” silniejsze było i miało zawładnąć zupełnie dziewczęcą duszyczką Ani.
— Dawniej nie cieszyłam się tak gdy Gilbert odchodził, — pomyślała ze smutkiem, idąc spiesznie do domu wąską ścieżką. — Jeszcze te głupstwa gotowe zniweczyć naszą przyjaźń. Och, dlaczego chłopcy są tacy niecierpliwi!